< POSTKULTURA | << FILMY
Coś (2011)

Plakat filmu Coś z 2011 roku

Coś (The Thing)
Produkcja: USA, 2011
Reżyseria: Matthijs van Heijningen Jr.
Scenariusz: Eric Heissererr
Obsada: Mary Elizabeth Winstead (Kate Lloyd), Joel Edgerton (Sam Carter), Ulrich Thomsen (Dr Sander Halvorson), Eric Christian Olsen (Adam Finch) i inni
Muzyka: Marco Beltrami
Zdjęcia: Michel Abramowicz
Czas: 103 min.

Powzięcie decyzji o realizacji prequela filmu "Coś", kultowego obrazu Johna Carpentera z 1982 roku, było więcej niż ryzykowne. Film twórcy "Ataku na posterunek 13" do dziś pozostaje dla wielu niedoścignionym wzorem horroru, a wypełniająca go paranoiczna atmosfera strachu wydaje się być nie do skopiowania. Holenderski reżyser Matthijs van Heijningen Jr. musiał zdawać sobie sprawę, iż stając w szranki z legendą naraża się ogromnej rzeszy jej fanów. Postanowił więc swoim debiutem oddać hołd wielkiemu poprzednikowi, realizując film silnie nim inspirowany, ale jednocześnie zaznaczając w nim swoją obecność. Czy mu się udało? Średnio.

Nowe "Coś" opowiada o wydarzeniach dziejących się dosłownie na godziny przed tym, jak niosący w sobie obcego norweski husky wpadł do obozu Kurta Russella w filmie Carpentera. Główną bohaterką jest Kate Lloyd (Mary Elizabeth Winstead), urodziwa pani paleontolog, która zostaje poproszona o pomoc w wydobyciu - z ukrytego pod lodem pokaźnych rozmiarów statku kosmicznego - i zbadaniu tytułowego "czegoś". Jako jedyna nie podziela, motywowanej perspektywą sławy i bogactwa, euforii norweskich naukowców, wywołanej przez prowodyra zaistniałej sytuacji, doktora Halvorsona (Ulrich Thomsen). Sytuacja wymyka się spod kontroli, gdy zamrożony stwór nagle ożywa i zaczyna konsekwentnie mordować badaczy.

Van Heijningen sprawnie zawiązuje akcję i szybko zaczyna imitować klimat carpenterowskiego oryginału. Dopóki to czyni, dopóty jego film prezentuje się wcale niezgorzej i w porównaniu do większości wydanych w ostatnim roku thrillerów, nieźle trzyma w napięciu (chyba najlepsza scena w filmie - weryfikacja, który z naukowców ma w sobie pasożyta - to naprawdę niezły poziom suspensu). I chociaż do ciężkiego nastroju ciągłego niepokoju z filmu twórcy "Halloween" mu daleko, to widz, który nie zetknął się wcześniej z dziełem Carpentera, może czuć się usatysfakcjonowany utrzymującą się w nowym "Czymś" aurą zagrożenia. Holenderskiemu reżyserowi udaje się to niestety tylko do pewnego momentu, uściślając - do chwili odkrycia przez badaczy sposobu atakowania obcego. Później jego film wpada w sidła schematu współczesnego horroru.

Sztampowość obrazu van Heijningena objawia się w tak w konstrukcji fabularnej, jak i portretowaniu bohaterów. W ilu to już filmach oglądaliśmy jedynego (w tym przypadku - jedyną) pojmującego faktyczne zagrożenie w samotnej (no, prawie) krucjacie przeciw śmiertelnie groźnemu i skutecznemu antagoniście, dodatkowo będącego zmuszonym do walki z zaślepionym chciwością i dzierżącym władzę, niewiele rozumiejącym (lub niechcącym zrozumieć) przedstawicielem "złego systemu"? "Coś" machinalnie wpada w rutynę, z której nie udaje mu się wygrzebać - napięcie sukcesywnie spada, gromadzą się nielogiczności (jak oni się nie podusili po spopieleniu niemal wszystkiego wokół!?), a sceny z założenia przerażające takimi nie są. Ostatni zarzut spotęgowany jest do tego bardzo słabymi efektami specjalnymi - stwory są sztuczne, a przez to komiczne, i po prostu nie przekonują. Całość wieńczy puste zakończenie i irrelewantny, doszywany epilog, domontowany jedynie po to, by uzasadnić pierwszą, słynną sekwencję z pierwowzoru Carpentera.

Matthijs van Heijningen to pasjonat, podobnie jak producenci filmu, Eric Newman i Marc Abraham. Potwierdza to przede wszystkim dbałość inscenizacyjna - drobiazgowo odtworzona scenografia stacji badawczych to chyba najmocniejszy punkt ich dzieła. I za to im chwała, bo film wyszedł im mimo wszystko przeciętny. "Coś" van Heijningena to już nie ten ekstremalny, podszyty rozważaniem o istocie strachu survival, znany z filmu Carpentera. To standardowa opowiastka, jakich wiele widzieliśmy chociażby w dobiegającym końca roku 2011 (vide "Ksiądz", "Krzyk 4" czy piąta część serii "Oszukać przeznaczenie"). Jego obraz wpisuje się w modny trend odświeżania starych filmowych hitów nowymi, wzbogaconymi technologicznie wersjami. I podobnie jak wiele jego poprzedników - a podejrzewam, że i następców (mam na myśli choćby zapowiedziany remake "Ucieczki z Nowego Jorku", jeśli trzymać się jedynie przeróbek filmów Johna Carpentera) - nie pozostanie w pamięci widzów na dłużej. Holender miał kilka niezłych pomysłów, dość sprawnie poprowadził akcję, ale pojedynek z legendą przegrał. Przez nokaut. Techniczny.

Moja ocena: 5/10

© 2011 Zrecenzował Michał 'Veron' Tusz

< POSTKULTURA | << FILMY