< POSTKULTURA | << FILMY
Coś (1982)

Plakat filmu Coś

Coś (The Thing)
Produkcja: USA, 1982
Reżyseria: John Carpenter
Scenariusz: Bill Lancaster
Obsada: Kurt Russell (R.J. MacReady), Wilford Brimley (Dr Blair), T.K. Carter (Nauls), David Clennon (Palmer), Peter Maloney (George Bennings) i inni
Muzyka: Ennio Morricone
Zdjęcia: Dean Cundey
Czas: 109 min.

"Coś", wydany w 1982 roku, kultowy dziś horror Johna Carpentera, jest remakiem filmu "Istota z innego świata" z 1951 roku w reżyserii Christiana Nyby'ego, nad którym pieczę trzymał sam Howard Hawks. Wersja Carpentera pozostawiła w tyle klasyczny pierwowzór, mimo że krytycy początkowo odnosili się doń z dużą dozą rezerwy, zarzucając m.in. to, iż reżyser "Ucieczki z Nowego Jorku" postawił na szokujące efekty wizualne, nie zaś na budowanie napięcia. Czas pokazał, że mylili się - "Coś" Carpentera wszedł do klasyki gatunku filmu grozy, a stworzona w nim atmosfera strachu do dziś jest wzorem do naśladowania dla twórców filmowych.

Akcja filmu rozgrywa się w zlokalizowanej gdzieś na Antarktydzie amerykańskiej bazie naukowej. Obraz rozpoczyna słynna sekwencja pościgu za pozornie niczym niewyróżniającym się psem. Usiłujący go dogonić badacze z Norwegii lecą helikopterem, maszyna rozbija się, jeden z nich uchodzi z życiem i nie bacząc na nic, próbuje za wszelką cenę uśmiercić zwierzę. Przestraszeni Amerykanie zabijają skandynawskiego kolegę, bojąc się, iż w przypływie szału gotów jest strzelać także do nich. Zaintrygowani i zaniepokojeni postanawiają sprawdzić, co wydarzyło się w norweskiej bazie. To, co odkryją przejdzie ich najśmielsze oczekiwania, a ocalony pies stanie się zalążkiem ich walki o życie.

"Coś", na tle ogromnej ilości produkowanych na początku lat '80 horrorów, wyróżniał doskonale wykreowany nastrój paranoicznego strachu i permanentnego niepokoju. Mocny styl reżyserii Carpentera przebija się w każdym ujęciu, każdym kadrze. Potrafi z pozornie ospałej akcji, znikąd, stworzyć scenę, która dosłownie zmrozi krew w żyłach. To, co zwykliśmy nazywać "klimatem" filmu, jest w "Coś" wyjątkowe - misternie budowana, klaustrofobiczna atmosfera odosobnienia i ciągłego zagrożenia potrafi wciągnąć. Wrażenie potęgują wspomniane efekty specjalne, które absolutnie nie trącą kiczem jak w szeregi innych produkcji z tamtego okresu, prezentują się świetnie i działają piorunująco nawet dziś. Całość dopełnia oszczędna scenografia i minimalistyczna oprawa muzyczna autorstwa Ennio Morricone.

Fascynujący jest także antagonista osadzonych na lodowym pustkowiu naukowców. Tytułowe "Coś" to obca forma życia, potrafiąca przybrać formę każdego żyjącego stworzenia - także człowieka. Dzięki takiej konstrukcji głównego oponenta, Carpenter zdołał stworzyć faktycznie oddziałujące na oglądającego napięcie. Nigdy nie wiadomo kto jest wrogiem, nikt z dwunastoosobowej załogi bazy nie jest pewien kto pozostał jeszcze człowiekiem, a w kim siedzi potwór. Pod presją ugina się nawet grany przez Kurta Russella główny bohater - menelowaty, ale budzący niezrozumiały respekt MacReady - który od początku wydaje się ostoją spokoju widza. "Coś" to film o istocie strachu, o walce z nim, czyli tak naprawdę pojedynku człowieka z sobą, z własnymi lękami.

Bez wątpienia film Carpentera to kino pełną gębą, ale ma to do siebie, że trzeba stoczyć z nim walkę, która nie zawsze musi zakończyć się zwycięstwem. Jego specyficzna konstrukcja, surowość i wwiercający się w głowę klimat nie wszystkim może przypaść do gustu."Coś" to przednia mieszanka horroru, survivalu i tematyki apokaliptycznej (mocno spersonalizowanej), z którą każdy szanujący się widz powinien się zapoznać. A przynajmniej spróbować. Ja walczyłem co najmniej kilka razy, lecz w końcu wygrałem i dostrzegłem piękno jego brzydoty. Polecam.

Moja ocena: 8,5/10

© 2011 Zrecenzował Michał 'Veron' Tusz

< POSTKULTURA | << FILMY