< SCHRONKULTURA | << LITERATURA
Robert J. Szmidt - Szczury Wrocławia. Kraty - recenzja #2

Okładka książki 'Szczury Wrocławia. Kraty' Autor: Robert J. Szmidt
Tytuł: Szczury Wrocławia. Kraty
Wydawnictwo: Wydawnictwo Insignis
Data wydania: 2019
Liczba stron: 616
ISBN: 978-83-65743-88-6 / 978-83-66071-68-1 (e-book)

Bardzo smutno mi się zrobiło, gdy zgłębiłem się w lekturę najnowszej powieści Roberta J. Szmidta Szczury Wrocławia. Kraty. Oj bardzo! Smutno, że moja ulubiona powieść tego pisarza, czyli Apokalipsa według Pana Jana, nie została napisana w taki sam sposób. Że bliżej jej do scenariusza RPG, niż obszernej, bogatej w apokaliptyczne mięcho powieści jaką są najnowsze Szczury.

Akcja obu powieści zaczyna się we Wrocławiu, w obu dochodzi do zagłady ludzkości, ale różni je wszystko pozostałe. Jeśli miałbym je porównać do bodajże najlepszego Fallouta (a na pewno Fallouta 3D), czyli New Vegas, to Apokalipsa według Pana Jana przypomina poznawanie okolic Las Vegas takie jakie jest w tej grze. Czyli obszarze o skompresowanej wręcz powierzchni, z minimalną ilością postaci. Natomiast Szczury Wrocławia. Kraty to takie Las Vegas w skali 1:1. I taka też apokalipsa.

Przyznać się od razu muszę, że choć sam jestem bohaterem pierwszej części Szczurów, to nie czytałem ich jeszcze. No tak wyszło. Natomiast jak już dostałem własny egzemplarz Krat, to zamiast się nimi zająć, czy choćby spróbować, sięgnąłem po ostatnie, poprawione wydanie właśnie "Apokalipsy według Pana Jana". I czegoś podświadomie mi tu było brak. Postapokalipsa z 2003 roku, wydawała mi się jakoś płytka i nie do końca pełna. Nieusatysfakcjonowany, jak smakosz piwa po jednym kufelku, sięgnąłem więc po Szczury Wrocławia. Kraty. Pomyślałem przy tym sobie, że jeśli mnie tam nie ma (bo w pierwszej części po bohaterskiej walce z zombie, zostałem przez nie zjedzony), a lektura mi nie podejdzie, to odłożę książkę na przeczekanie. A tu się okazało, że obszerny rozmiar książki, powiększony twardą okładką, zawiera równie obszerne dowody na to, jak przez 15 lat rozwinął się pisarski warsztat Roberta.

Znów się muszę przyznać, że jest coś co sprawia że proste opisy katastrof i zagłady już mnie nie ruszają. Zbycie jej przyczyn mogę przyjąć na wiarę, tylko w czymś tak porażającym jak Droga (zarówno film jak i książka). A już nieakceptowalne jest dla mnie to, że w świecie po zagładzie bohaterowie żyją sobie mniej więcej tak jak przed nią, magicznie wyczarowując żywność, wodę czy lekarstwa (są takie choćby powieści, ale pomińmy to). Jeśli nie ma nakreślonego mechanizmu jak i dzięki czemu ludziom udało się przetrwać, to nic mnie nie zmusi bym się nad sprawą pochylił. A to wszystko przez kilkuletnią już służbę w Związku Ochotniczych Straży Pożarnych, podczas której mogłem być czynnym uczestnikiem mniejszych lub większych zdarzeń. W tym również tych prawie że apokaliptycznych w 2017 roku, podczas nawałnic na Pomorzu. Bezradni ludzie, którzy nie mają prądu, wody, za to z czekającym inwentarzem do wykarmienia lub z plonami do zebrania, zupełnie inaczej wyglądają na filmach czy książkach, a inaczej w rozmowie w cztery oczy, gdy w sumie nie ma jak im pomóc. Stąd jeśli w najnowszej powieści Roberta J. Szmidta natknął bym się na motyw "zombie przyszły, ale mamy kupę konserw, a do tego umiemy w survival więc damy jakoś radę", to nie dawałbym jej szansy. Nawet jeśli osobiście bardzo lubię i cenię samego autora.

No ale kilkanaście lat minęło, a czas pokazał że Robert nie zakopywał zombie w ziemi, tylko raźno zabrał się im za ucinanie głów - że zastosuję taką metaforę (choć w niniejszej powieści to nie działa). Już podczas lektury jego dwóch poprzednich książek dziejących się w Uniwersum Metro 2033, czuć było że autor nie chce się ograniczyć tylko do brawurowo prowadzonej akcji, ale rozbudować nadany mu odgórnie setting (coś podobnego widać też u Pawła Majki i jego "metrowych" powieści). I to nawet gdy nie było przecież takiej potrzeby, bo wszystko i tak już określił Dmitrij Głuchowski. OK, gdybym wcześniej przeczytał poprzednią część Szczurów Wrocławia, to może miłego zaskoczenia by nie było. A tak jest bardziej niż dobrze.

Podczas lektury Szczurów Wrocławia. Kraty widać więc sprawną rękę wytrawnego pisarza, który potrafi zarówno przyspieszać akcję, jak i "mickiewiczować" barwnymi opisami miejsc w których ta się dzieje. Do tego oczywiście dochodzą bohaterowie powieści, mający imiona, nazwiska oraz wygląd czytelników i fanów twórczości Roberta. Tu sytuacja była ciut grubszego kalibru, bo o ile lepsze lub gorsze cechy prawdziwego człowieka można przełożyć na strażnika więziennego czy żołnierza, o tyle wyzwaniem mogli być przestępcy. Z ich to bowiem perspektywy, po pierwszym zawiązaniu się wszystkich wątków powieści, śledzimy rozwój sytuacji we Wrocławiu. Podobny motyw z wyraźnym nakreśleniem roli przestępców podczas zagłady, autor zastosował w Apokalipsie według Pana Jana. Ale, o czym wspomniano na początku, zostało to zawężone do retrospekcji opowiadanych przez jednego z bohaterów powieści. W drugich Szczurach Wrocławia zaś, czytelnik razem z ekipą Fabiana Sprychy (samozwańczy szef oprychów), urządza się w zazombionym Wrocławiu. I mówiąc szczerze autor lekko nie miał, bowiem stanęło przed nim pokazanie czytelnikom najgorszych zwyrodnialców, jacy w 1963 roku chodzili po ziemi Polski Ludowej. Podpalacze, truciciele, zabójcy, mający na koncie wiele ofiar. Każdy mający mieć lada dzień wykonany wyrok śmierci. No i główny przyjemniaczek, czyli kanibal-sadysta Sprycha, doznający erotycznych wręcz uniesień podczas oskórowywania swoich ofiar. Gdy jest potrzeba, autor szarżuje jak jego amerykańcy koledzy po piórze, nie przekraczając jednak przy tym granicy jaką są niewnoszące nic w treść klimaty gore. Tu właśnie widać jak bardzo rozwinął się warsztatowo Robert, i jak bardzo mi tego brakowało w przypomnianej sobie po latach Apokalipsie według Pana Jana.

To był garniec miodu, jeśli jeszcze nikt tego nie zauważył. Teraz szczypta soli. To czego brakuje, lub też może jest zdecydowanie za mało w Szczurach Wrocławia. Kraty, to klimatu Polski Ludowej wczesnych lat 60-ch ubiegłego wieku. Do tego dochodzą jeszcze umieszczone w środku książki grafiki z bohaterami powieści, autorstwa Roberta Rajszczaka. Owymi bohaterami, jak już wspomniano, są przecież żywi, z krwi i kości sympatycy twórczości Szmidta, przedstawieni tak jak wyglądają teraz. Co daje w efekcie lekko schizofreniczny miks współczesnych fryzur i zarostów na twarzach funkcjonariuszy Służby Więziennej oraz żołnierzy Sił Zbrojnych Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej (aka Ludowe Wojsko Polskie). Czego jak czego, ale kozich bródek w ówczesnej armii nie tolerowano, jeśli już to pozwalając na wąsa, a i to u średniej kadry dowódczej wzwyż. Emploi bywalców spotkań fanów ciężkich brzmień, jakie spoziera na czytelnika z ilustracji przedstawiającej bandytów, tu się akurat sprawdza. Jednak tylko, gdy się zapomni o tym że w Polsce Ludowej z okresu rządów ekipy Gomółki, wygolone oblicza były w modzie. Zwłaszcza wśród klasy robotniczej czy pracującej inteligencji, a już na pewno wśród przedstawicieli zbrojnego ramienia władzy. Barber shopów wówczas nie było, przedwojenni golibrodzi jakoś jeszcze przędli, wtłoczeni w ramy gospodarki centralnie planowanej. Zaś ogolona twarz stanowiła po prostu dowód na szczere oddanie się sprawie budowy socjalizmu!

Zdecydowanie więc za mało jest w drugich Szczurach tego specyficznego lifestylu, jakim cechowało się życie w epoce Gomułki. Przaśność, surowość, wręcz asceza, styl bycia któremu ton nadawał sam pierwszy sekretarz z kubkiem kawy zbożowej, kontrastujący z barwnym premierem Cyrankiewiczem popijającym tonik podczas sejmowych przemówień, jazzowym powiewem wolności czy subtelnym absurdem oraz ironią najwyższych lotów a'la Kabarat Starszych Panów. Kaszanka do wódki kontra kawior do koniaku. To wszystko cechowało życie w latach 60-ch w PRL, i tego klimatu nie można poczuć, czytając Szczury Wrocławia. Kraty.

Wyobraziłem więc sobie, że porwałem i zamknąłem w odosobnieniu Roberta J. Szmidta, karząc mu każdą jego poprzednią powieść - a zwłaszcza Apokalipsę według Pana Jana - przerobić tak, by wyszła z tego obszerna cegła, dosłownie krok po kroku opisująca przed, apo i postapokalipsę tam się dziejącą. Teraz bowiem mam już niezbity dowód na to, że autor ten poza umiejętnością prowadzenia brawurowo akcji swoich powieści, umie je też dociążyć wręcz aptekarskim opisywaniem "kto z kim i jak". Do tego taką apokalipsę wręcz się czuje, jednocześnie jeszcze bardziej poznając takie miasto jak Wrocław i jego mroczne zakamarki.

Czyli teraz zostało mi jeszcze przeczytanie Szczurów Wrocławia. Chaos, i zmierzenie się ze swoimi dzielnymi podobno tam czynami, jak na na podoficera Zawodowej Straży Pożarnej przystało. Zombiekalipsa w Polsce Ludowej bowiem nikogo nie oszczędza, zjadając po równo robotników, inteligentów, aktyw partyjny, funkcjonariuszy, jak i aspołeczny element oraz bumelantów. Chyba nie o taką rewolucję, ideowym ojcom PRL chodziło. Ale kto tam wie 😉

PS. Akcja powieści Szczury Wrocławia. Kraty dzieje się w trzech miejscach, wśród trzech grup społecznych. Strażnicy więzienia przy ulicy Kleczkowskiej oraz żołnierze okopani we wrocławskim ZOO, nie zostali przedstawieni tak "barwnie", jak bandyci z gangu Sprychy. Więzienna gwara, którą posługuje się git-ekipa, jeszcze bardziej zwiększa ich wyrazistość na tle pozostałych bohaterów książki, którzy jedyne w czym są dobrzy, to w strachu oraz panice przed nieznanym. Jak przystało na wytrawnego pisarza, o czym już było powyżej, Robert tak prowadzi akcję, że czytelnikowi wręcz chce się trzymać kciuki za Sprychę i spółkę. Do czasu aż dojdzie do kontaktu, z ocalałymi mieszkańcami Wrocławia. I tu autor, że znów się powtórzę, wchodzi na kolejny poziom umiejętnego operowania emocjami oraz dozowaniem opisów okrucieństwa. Apokalipsa, czy atomowa czy zombie, bowiem to nie rurki z kremem.

© 2019 Marek 'Squonk' Rauchfleisch

< SCHRONKULTURA | << LITERATURA