< POSTKULTURA | << FILMY
Mad Max 4 (Mad Max beyond Thunderdome)
Mad Max 3

Mad Max 3 (Mad Max beyond Thunderdome)
Produkcja: Kennedy-Miller Production - Warner Bros - Australia - USA 1985
Reżyseria: George Miller
Scenariusz: George Miller
Obsada: Mel Gibson, Tina Turner, Helen Buday, Bruce Spence, Rod Zuanic
Zdjęcia: Dean Semler
Muzyka: Maurice Jarre
Czas: 109 min.

George Miller ponad trzy lata kazał nam czekać na kolejny film traktujący o historii Maxa Rockatansky'ego - byłego gliniarza, wojownika szos, zmuszonego do wręcz syzyfowej walki o przetrwanie na niegościnnych, postapokaliptycznych pustkowiach Australii. W lipcu 1985 roku seria "Mad Max" doczekała się obrazu, jak się dziś okazuje, wieńczącego trylogię, która zapisała się złotymi zgłoskami w annałach światowej kultury, a przede wszystkim sztuki filmowej. Czas jednak płynął nieubłaganie, Max nie młodnieje, a kino motoryzacyjne powoli odchodzi do lamusa. Poprzednie części bardzo wysoko postawiły poprzeczkę, więc utrzymanie tytanicznego poziomu oraz ponowne stworzenie równie nietuzinkowego dzieła, łatwym zadaniem nie było i wymagało pewnych istotnych zmian. W ich wprowadzeniu miała pomóc współpraca z amerykańskim potentatem filmowym Warner Bros. oraz zaangażowanie George'a Ogilvie'a, który miał skoncentrować się na kreacjach aktorskich (czyli jednej z największych bolączek serii). Jaki skutek odniósł ten niezwykły mariaż?

"Wiesz, kim byłam? Nikim. Katastrofa wszystko zmieniła. Miałam szansę zostać kimś. (...) Rozejrzyj się. Sama to zbudowałam. Brodziłam po pachy w krwi i gównie. I na miejscu pustyni wyrosło miasto. Zamiast rabunków mamy handel, a zamiast rozpaczy - nadzieję. To jest cywilizacja. Zrobię wszystko, by ją obronić." - Cioteczka.

Świat po wojnie nuklearnej, gdzieś na australijskich bezdrożach. Max (Mel Gibson) podczas jednej z codziennych i monotonnych podróży przez pustkowia, płaci za chwilę nieuwagi, dając się zaskoczyć niczym dziecko i w sprytny sposób zostaje obrabowany z całego swojego dobytku. Ogołocony i ośmieszony natrafia na Bartertown - ostoję cywilizacji i wysepkę prawa na morzu pełnym anarchii. Pozorną władzę nad miasteczkiem trzyma w swych twardych, acz sprawiedliwych dłoniach charyzmatyczna "Cioteczka" (Tina Turner), jedna z założycielek osady i twórczyni jej prosperity. Jednak jest to panowanie złudne, gdyż prawdziwe rządy absolutne sprawuje tajemniczy MasterBlaster (Angelo Rossitto i Paul Larsson), który jest głównym dostarczycielem elektryczności dla Bartertown. Głęboko w cuchnących podziemiach miasta, za pomocą tysięcy prosiaków oraz specjalistycznej aparatury, wytwarza on metan z... hmmm... brązowego złota, które owe świnki produkują. Mieszkańcom jednak daleko do docinek na ten niecodzienny duet (karzeł jest mózgiem, kolos pełni role mięśni), gdyż wystarczy jeden ruch kurkiem, który jest symbolem swoistego "embarga" na dostawy energii elektrycznej, a cała osada gotowa jest pełzać ku ich stóp. Nie ma elektryczności, nie ma cywilizacji - proste. Takiego stanu rzeczy i ciągłego podważania autorytetu nie jest w stanie zaakceptować Cioteczka, która bardzo chętnie pozbyłaby się pary. Niestety Bartertown uchodzi za miasto prawa i porządku, więc zwykłe morderstwo nie wchodzi w rachubę, gdyż doprowadziłoby one do skandalu oraz niepokojów społecznych. Jedynym logicznym rozwiązaniem tej kwestii jest potyczka na specjalnej arenie, w której rządzi jedna reguła - racje ma ten, który przeżyje. Należy więc nająć chętnego śmiałka, który jest dość sprytny i zdesperowany, aby pokonać Blastera w sprawiedliwej walce. Szczęśliwym trafem ktoś taki przybył właśnie do miasteczka. Max zawiera więc intratny kontrakt, w którym gotów jest zgładzić kolosa. Tylko czy bohater dobrze przyswoił sobie reguły panujące w postapokalpitycznej rzeczywistości, aby przeżyć i zwyciężyć w morderczym pojedynku pod kopułą Gromu?

Jak wspomniałem na wstępie, George Miller przy tworzeniu trzeciej części "Mad Maxa", zdecydował się współdziałać z amerykańskimi producentami filmowymi i niestety partnerstwo to negatywnie odbiło się na obrazie. Oczywiście całość nadal utrzymana jest w podobnym klimacie postapokaliptycznej przyszłości rodem z "Wojownika Szos", a cała konwencja pozostała taka sama, bez żadnych rewolucyjnych szlifów. Niestety pozytywne wrażenie i nastrój jaki tworzy początek opowieści, pryska niczym bańka mydlana, mniej więcej w połowie obrazu, w momencie gdy Max trafia do idyllicznej oazy, zrodzonej chyba w umysłach disnejowskich producentów filmowych. Od właśnie tej chwili scenariusz pokazuje swoje niedostatki, a całość uderza w schematyczność typowego kina amerykańskiego. Akcja została tak niefortunnie poprowadzona, iż film stał się do bólu przewidywalny, a całość nie tworzy już takiej spójności jak dawniej, tylko przedstawia nam dość luźno połączone ze sobą motywy i miejsca, które nie mogą stworzyć logicznej oraz przekonywującej historii. "Pod kopułą Gromu" został także znacznie ugrzeczniony w stosunku do poprzednich części. Powody takiego zagrania są jasne i oczywiste, film zgarnął niziutkie ograniczenie wiekowe (PG-13), co oznaczało łatwiejsze dotarcie do potencjalnej widowni, a co za tym idzie, większe zyski. Efektem czego mamy wrażenie jakbyśmy oglądali emocjonujące i dobrze zrealizowane kino przygodowe, zamiast science-fiction pełną gębą. Bardzo lubię gatunek filmów awanturniczych, ale z poprzednimi częściami to miał on jednak niewiele wspólnego. Do tego scenarzyści zapewne uznali, że główny bohater to nie może być nadal twarda szelma, która dba tylko o czubek własnego nosa, a jest gotowa do działania wyłącznie wtedy, gdy jej się to opłaci albo nie ma już nic do stracenia. Nie... bo gdzie tu płynie nauka dla takiego nastolatka, więc Max przechodzi nagłą metamorfozę i od teraz jest niczym zbawiciel pustkowi, który jest zdeterminowany wkroczyć nawet do piekła, aby tylko uchronić przed zagładą oraz degeneracją niewinne duszyczki. No i oczywiście, im mniej przemocy i seksu tym lepiej, gdyż takie elementy w filmie mogą tylko zniesmaczyć i są jednym wielkim złem.

"Słuchajcie! Oto cała prawda... Walka prowadzi do śmierci, a śmierć wywołuje wojny. Wojna prawie wszystkich nas zabiła. Wszyscy jesteśmy kalecy i mówimy o ciężkim deszczu. Śmiertelny opad dał nauczkę nam i całemu Bartertown. Jeśli ktoś chce walczyć, niech czyni to tutaj. I niech tu się to skończy. Dwóch wchodzi, jeden wychodzi."

Oczywiście nie zważając na to, że "Mad Max" został na wskroś przesiąknięty hollywoodzkim schematem, pozostaje on nadal dziełem trzymającym wysoki poziom. Znacznej zmianie uległa sceneria, porzucając monotonną wizję pustkowi, na rzecz bardziej urozmaiconych i tętniących życiem krajobrazów, takich jak Bartertown. Wbrew pozorom miasteczko nie gwarantuje spokoju strudzonemu wędrowcowi i tutaj też trzeba się oglądać za plecy, bo stracić życie można dwa razy łatwiej niż na pozbawionej cywilizacji pustyni. Oczywiście zwykłe morderstwo nie wchodzi w rachubę, ale już jakieś hochsztaplerstwo czy niewolnicza praca do końca swoich dni w wytwórni metanu, to perspektywy, które do przyjaznych nie należą. Okazuje się, że społeczeństwo niczego się nie nauczyło i cechy takie jak wyzysk, władza, degeneracja czy hedonizm nadal są w cenie. Prawo nagina się wedle własnych potrzeb, a o jakiejkolwiek namiastce równości nie może być mowy. Dysproporcja życia między rządzącymi (czysta woda, świeże owoce i inne wygody) a rządzonymi (bród i ubóstwo) jest aż nadto widoczna. Co ciekawe owa władza nie stara się nawet ukrywać owej wyższości nad pospólstwem, okazując brak szacunku każdemu kto nie ma jej zupełnie nic do zaofiarowania i oddzielając się od biedniejszego plebsu. W Bartertown nie ma miejsca na miłosierdzie i odkrywa ono całą nagą rzeczywistość. Zupełny przeciwieństwem tej osady jest arkadyjska Oaza, do której cudem trafia nasz bohater. Jest to kraina przesiąknięta czystością, niewinnością i wolnością, gdzie z nabożeństwem kultywuje się pamięć o przodkach i ich dziejach. Nietypowi mieszkańcy osady, dzieci, żyją nadzieją powrotu swego farysa - dzielnego pilota, który zabierze ich do obiecanego raju, do miasta światła. Jednak taki świat już nie istnieje i nie powróci, a dziatwa jak większa część populacji nie docenia tego co posiada, a wizja ponurej rzeczywistości poza Oazą, wzbudza w nich wręcz chorobliwe oczarowanie. Nie słuchając głosu rozsądku wyruszają na pewną śmierć, aby zaspokoić ciekawość i osamotnienie. Trzeba przyznać, iż od wątków psychologicznych, wypełnionych symboliką i zmuszających do przemyśleń jest w obrazie bardzo gęsto, co jest zdecydowanie jego mocną stroną. Miły akcentem ze strony reżysera jest też umieszczenie w filmie kilku odniesień do poprzednich części cyklu. Bo, co trzeba przyznać i zaznaczyć, "Pod kopułą Gromu" miał przyciągnąć nowych widzów, którzy nie mieli absolutnie żadnej styczności z poprzednimi przygodami Maxa (stąd nie trzeba ich znać, aby połapać się w fabule filmu). Nie zobaczymy więc na ekranie starych przyjaciół czy znanych miejsc, zamiast tego weterani serii w mig wychwycą smaczki, które są nawiązaniem do starszych części. Takie sceny jak ta ze ślepym saksofonistą (wygrywa podobną melodię jak żona Maxa), poznaniem prawdziwego oblicza Blastera (czy nie przypomina wam on niedorozwiniętego Benno z farmy May Swaisey ), pilotem Jedediahem i jego synem (odwołanie do Gyro z drugiej części, co ciekawe gra go ten sam aktor - Bruce Spence. Czyżby Max cierpiał na amnezję?) czy z odkryciem wybuchowej niespodzianki przyczepionej do podwozia auta Maxa, to momenty, w których starzy fani cyklu, nie mogą się nie uśmiechnąć i nie wspomnieć z rozrzewnieniem dawnych czasów.

Na całkiem niezłym poziomie stoi też gra aktorska, za którą był odpowiedzialny drugi reżyser George Ogilvie. Oczywiście Mel Gibson, znów pokazał klasę i praktycznie bezbłędnie wcielił się w rolę Maxa Rockatansky'ego. Za to miłym zaskoczeniem jest to co zaserwowała nam Tina Turner, która wcieliła się w Cioteczkę. Zapowiadała się kompromitacja, a tymczasem jej kreacja ambitnej i twardej przywódczyni miasteczka Bartertown, okazała się jedną z lepszych w filmie. Na wspomnienie zasługują również rolę Helen Buday (beztroska i naiwna Savannah Nix), Franka Thringa (The Collector) oraz Roberta Grubba (Pig Killer). Jeżeli chodzi o stronę techniczną (dźwięk, zdjęcia oraz efekty specjalne), to tu praktycznie nic się nie zmieniło i nadal jest to klasa sama w sobie. Za muzykę tym razem odpowiadał duet Tina Turner-Maurice Jarre i odwalili oni kawał świetnej roboty. Ścieżka dźwiękowa to prawdziwy majstersztyk łączących ze sobą klimatyczne utwory, będące świetną ilustracją tego, co dzieje się na ekranie wraz z takimi, które nadają niezbędny rozmach filmowi. Za to wielkie brawa oraz wieczysta chwała.

"Płyną dni, miesiące, lata. Wiemy już, że trudno nam będzie odnaleźć dawną świetność, ale to powołanie, które musimy wypełnić. Nikt nie wie, co nas jeszcze czeka. Nadal, co wieczór, snujemy Opowieść, by pamiętać kim jesteśmy i skąd pochodzimy. Najbardziej pamiętamy człowieka, który nas odnalazł i uratował. Niech miasto jaśnieje, nie tylko dla niego, lecz dla wszystkich, którzy tam zostali. Bo wreszcie nadejdzie noc, gdy ujrzą odległe światło i wrócą do domu." - Savannah Nix.

Z filmem "Mad Max pod kopułą Gromu" jest jak z trzecią częścią serii Fallout. Jest to doskonały obraz, zmuszający do przemyśleń, a zarazem pełen akcji. Jednakowoż nie ulega wątpliwości, że dzieło George'a Miller'a było przygotowywane z myślą o przyciągnięciu nowych widzów, którzy nie mieli okazji zapoznać się ze starszymi częściami i im historia zaserwowana przez reżysera będzie się podobać. Natomiast weterani cyklu z pewnością będą kręcić nosem na wprowadzone zmiany, nielogiczności, ugrzecznienia, a także znaczne odcięcie się trzeciej części od poprzednich epizodów. Pozostaje więc tylko jedno pytanie: czy "Pod kopułą Gromu" jest wart statusu kina kultowego i wspominania o nim z szacunkiem jak w przypadku pierwszego "Mad Maxa" czy "Wojownika Szos"? Odpowiedź na to pytanie pozostawiam Tobie drogi Czytelniku.

© 2009 Zrecenzował Tomasz 'Zagłoba' Tokarczyk

< POSTKULTURA | << FILMY