<< Nowiny | << Archiwum nowin
04 grudnia 2014
reVieW - recenzja dwuportalowa: 'Interstellar' - 9:58 - Veron
Interstellar
Są reżyserzy, których nowych produkcji wyczekuję jak długiego weekendu po długich, rutynowych tygodniach w pracy. Jednym z nich - i jestem pewien, że nie mówię tylko o mojej skromnej osobie - jest Christopher Nolan, jeden z najbardziej inspirujących, najsprawniejszych obecnie filmowców w Fabryce Snów. Jego filmy po prostu ogląda się. A że jego ostatnie dzieło trafia w klimaty apokaliptyczno-fanastycznonaukowe, nie sposób było nie wziąć go na warsztat reVieW. Jak w oczach Wiktula z GamExe i moich wypada "Interstellar"? Zapraszamy do lektury!

*


Wiktul: Kupno biletu na film o enigmatycznym tytule, reklamowanym przez niewiele mówiące trailery, stanowi zawsze spore ryzyko. O czym to będzie? O mutantach? O zombie? O globalnej zagładzie? O seryjnych mordercach? Nie wiedziałem i uznałem to za komfort, pokładając zaufanie jedynie w osobie Christophera Nolana. W ramach reVieW przyzwyczailiśmy was niechcący do recenzji filmów słabych lub średnich. Tym razem jednak...

Veron: ...istniała nadzieja na film cokolwiek bardziej wartościowy, właśnie ze względu na osobę reżysera. Nolan wyrobił sobie markę speca od "ambitnych blockbusterów", jakkolwiek ambiwalentnie by to nie zabrzmiało. Nie da się zaprzeczyć, że do chwili premiery "Interstellar" twórca trylogii o Batmanie w zasadzie nie miał w dorobku zupełnie nieudanego filmu - za to co najmniej dwa wybitne (osobiście uważam, że trzy). Wypracowany styl, pietyzm wykonania, nieprzeciętne zdolności narracyjne. W jego najnowszym filmie wszystko to znalazło swoje miejsce, nieprawdaż?

W: Dawno już nie widziałem równie zręcznego połączenia niedopowiedzeń i stopniowego rozwoju fabuły. Od początku wiemy tylko, że akcja toczy się w niedalekiej przyszłości, świat boryka się z poważnymi problemami: brak żywności, klęski żywiołowe, nieokreślona wojna pozbawiła USA konieczności planowania budżetu na armię, a Związek Radziecki i bycie rolnikiem to coś wręcz urzędowo "fajnego". Przez pierwsze pół godziny filmu nie mamy pewności, co tak naprawdę się dzieje, ale zamiast chaosu i konsternacji towarzyszy nam jedynie rosnąca wraz z napięciem ciekawość. W tym miejscu zaczyna też kręcić się gatunkowa karuzela, na którą zabiera nas scenariusz Nolana. Dziwne zdarzenia w domu głównych bohaterów, apokaliptyczne burze piaskowe i atmosfera zagrożenia tworzą wciągający thriller, czemu w żadnej mierze nie przeszkadza fakt, że główną osią fabuły jest farmer i jego rodzina.

V: Tak, to charakterystyczne dla filmów Nolana. Jego niebywała umiejętność do zaintrygowania widza, wciągnięcia go bez reszty w kreowany na ekranie świat daje o sobie znać i w najnowszej produkcji. To kwintesencja reżyserii. Nolan jest w niej mistrzem. Chociaż poprzyczepiałbym się nieco do pierwszego aktu, o którym mowa. Jest stanowczo za długi, mimo licznych, coraz bardziej charakterystycznych dla filmów tego reżysera skrótów myślowych. Ponadto wykorzystane w nim motywy, jak np. "gadające głowy", trącą sfatygowaniem i w zasadzie można byłoby się bez nich obejść. Niemniej Nolan jest niezrównany w jeszcze jednej kwestii - zbierania powszechnie znanych czy to w popkulturze, czy w zwyczajnej codzienności idei oraz pomysłów, i nad wyraz zgrabnego wykorzystywania ich świetnie zbudowanego konglomeratu. W tym aspekcie "Interstellar" chyba najbardziej przypomina "Incepcję" - tam chodziło o sny, tutaj o elementy fantastyki naukowej. Ale o tym za chwilę...

W: Thriller ustępuje miejsca sensacji z chwilą dotarcia głównego bohatera do miejsca, w którym znajduje odpowiedzi na nurtujące nas od początku pytania. Tym razem jednak zmiana tempa nie wychodzi filmowi na dobre, bo choć w oczywisty sposób należało wyjaśnić widzom, co i dlaczego się dzieje, a także jak główne postaci zamierzają temu przeciwdziałać, to przyspieszenie akcji i migawkowe skakanie od jednej wikipedycznej odpowiedzi do drugiej nieco psuje zbudowany wcześniej nastrój napiętego wyczekiwania. A choć rolę mędrca w dobie kryzysu pełni Michael Caine, dalsza część jego aktorskiej kreacji znacznie bardziej przypadła mi do gustu. Z punktu widzenia psychologicznego realizmu nieco razi też reakcja całej grupy odnalezionych naukowców na spotkanie Coopera (Matthew McConaughey) po tak wielu latach – "Hej, kolego z bardzo dawnych czasów! Fajnie, że znalazłeś naszą super tajną bazę, może chcesz wziąć udział w naszym super tajnym eksperymencie?". Nie jest to jednak moment, w którym rozpocznę pokaz swojego czepialstwa, bowiem "Interstellar" nie daje ku temu zbyt wielu powodów. No, chyba że bardzo chcemy udowodnić, iż o lotach międzygwiezdnych wiemy więcej, niż sam Nolan pomimo otrzymywanych podczas produkcji korepetycji od NASA.

V: Ależ wcale nie chcemy! Nolan odwalił kawał dobrej roboty, konstruując scenariusz w aspekcie sci-fi. Bo co się tyczy mędrkowania, stawiania kawy na ławę i tłumaczenia naukowych niuansów za pomocą kartki i ołówka - ot, prawa kina mainstreamowego. Ale przebijają tu ambicje reżysera. Chciał stworzyć - to ważne i odpowiednie słowo - prawdziwy film science fiction; tzw. hard sf - utwór, który niejako wykorzysta "zdobycze" teorii nauki. "Interstellar" do pewnego momentu wręcz je eksploatuje. Ale najwięcej zyskuje na wartości właśnie wtedy, gdy Nolan wkracza na tereny nauce nieodkryte - tę istną ziemię niczyją między wiedzą a fantazją. Ponadto, jak słusznie zauważył Paweł Frelik, prezes stowarzyszenia Science Fiction Research Association, "science fiction to przede wszystkim sposób mówienia o tu i teraz, który w XXI wieku jest jedynym dyskursem kulturowym systematycznie odnoszącym się do wszystkich palących problemów naszego globu". Tego także w filmie nie brakuje.
Nolan podjął ryzyko - rzucił wyzwanie widzowi, zaufał otwartości jego umysłu. Szacun. To w końcu film wysokobudżetowy, choć jednocześnie kino gatunkowe. Niemniej wyniki box office'u świadczą o tym, że ryzyko opłaciło się.

W: Cała fantastyka naukowa przedstawiana na tym etapie jest dowodem odwagi twórców w tworzeniu koncepcji nowych planet, zjawisk i praw nimi rządzących, jak też staranności w ich prezentowaniu. Powstało już sporo opinii piętnujących Nolana za rzekomą nienaukowość, rakiety startujące we wnętrzach budynków czy inne filmowe mambo-jumbo, lecz osobiście postrzegam je jako wyraz frustracji krytyków pozbawionych pomysłu na recenzję lub dowód na to, jak dawno nie widzieliśmy na ekranach owego prawdziwego science-fiction w definicyjnym znaczeniu tego terminu. "Interstellar" zdecydowanie jest jednym z nich. Ukazywanie zjawisk teoretycznie znanych, a jednak dostępnych jedynie na kartach podręczników, jak czarne dziury, tunele czasoprzestrzenne, przedstawienie czasu jako fizycznej wartości, wyglądu i funkcjonowania innych planet itp. od zawsze fascynowało i niosło ze sobą ogromne ryzyko krytyki lub śmieszności. Nolan nie tylko atrakcyjnie przedstawia nam swoją wizję wszechświata, spektakularnie pokazując choćby wpływ bliskości czarnej dziury na pływy oceaniczne, ale niejednokrotnie wykazuje się wspomnianą nowatorską odwagą, tak ważną dla tego gatunku. Pomysł na wnętrze czarnej dziury – coś teoretycznie niemożliwego do zbadania, a zatem także zobrazowania - uzależnienie głównego wątku od zmian w funkcjonowaniu czasu, nieantropomorficzne roboty będące członkami załogi – kiedy ostatni raz widziałeś takie rzeczy?

V: Poniekąd w "2001: Odysei kosmicznej", a to już świadczy samo o sobie. Film Nolana koresponduje z arcydziełem Kubricka na wielu płaszczyznach. Oba różnią się jednak w kwestii zasadniczej - tym, o czym właściwie mówią. Twórca "Mechanicznej pomarańczy" pozostawił szerokie pole interpretacji poprzez nierozwiązaną tajemnicę. Nolan nie pozwala sobie na to, mówiąc wprost: miłość. To miłość jest siłą potężniejszą od mocy wszechświata, od teorii względności, od równoległych wymiarów - od wszystkich poruszonych w "Interstellar" zagadnień naukowych. To ona kieruje Cooperem w podróży przez czarną dziurę i podczas "pobytu" w hiperprzestrzeni. Naiwne? Owszem, jeśli przyjąć za takie kwestie prymarne. Za to na pewno bardzo nolanowskie. Poza tym - niejeden twórca nie tylko filmowy poległ na zabawach z czasem. Nolan wychodzi z nich obronną ręką. Sciencefictionowość "Interstellar" jest jego największym atutem. Niestety trochę gorzej z "przaśnością" scenariusza, o której powiem więcej niebawem.

W: Wraz z przeniesieniem akcji w przestrzeń kosmiczną następuje kolejna gatunkowa wolta – film z sensacyjnego staje się dramatem, na który składają się kolejno rozłąka z najbliższymi, niezrozumienie motywacji odchodzącego ojca przez zrozpaczoną córkę, ciężar misji spoczywającej na barkach załogi oraz bezkres kosmosu, będącego w równym stopniu tajemnicą, co więzieniem i zbiorem zagrożeń. Wszystkie te elementy fascynującego nas od zawsze wszechświata Nolan przedstawia nadzwyczaj sprawnie, atrakcyjnie i pieczołowicie. Montaż i dźwięk naprzemiennie pozwalają nam doznać głębi tej bezkresnej pustki, czy to detalem osadzonym w absolutnej ciszy, czy też szerokim ujęciem zilustrowanym przez fenomenalne, symfoniczne kompozycje Hansa Zimmera. Zarówno techniczne elementy filmu, jak i świetne efekty specjalne, ponownie wolne, acz nienudzące tempo akcji oraz gra aktorów tworzą prawdziwą podróż w nieznane, w której towarzyszymy im z pełną chęcią i zaangażowaniem.

V: Tak, do warstwy realizacyjnej filmu większych zastrzeżeń mieć nie można. Poza zdjęciami. Zmiana etatowego operatora z Willy'ego Pfistera na Hoytego Van Hoytemę nie wyszła na lepsze. Co dziwi, bo Van Hoytem ma już na koncie kilka naprawdę udanych obrazów. "Interstellar" sfotografowany jest natomiast monotonnie, powtarzalnie i bez polotu - czyli odwrotnie proporcjonalnie do roboty Pfistera przy poprzednich dziełach Nolana. Przy "Grawitacji" zaś nie ma nawet z czym stawać. Montaż - jak zawsze błyskotliwy w filmach Nolana, oparty na mieszaniu miejsca i czasu - owocuje kilkoma zajmującymi sekwencjami, zwłaszcza w drugim akcie. No i muzyka, najmocniejszy techniczny element filmu. Zimmer w końcu sięgnął w głąb swego talentu i zaprezentował zgrzebną klasykę industrialną, idealnie komponującą się z wydarzeniami przedstawianymi na ekranie, nie zaś autotematyczne wariacje, brzmiące niczym koturnowa suita na silnik parowozowy.

W: Pomimo wszystkich atrakcji właściwych dla takiego widowiska największym atutem filmu jest gra aktorów. Wszyscy odtwórcy ról pierwszego i drugiego planu nie tylko trzymają poziom, lecz nadają całej konwencji spójności, przez co wątki dotyczące spraw "pozostawionych" na Ziemi są równie istotne dla fabuły, co problemy związane z eksploracją nieznanej galaktyki. Zakres obserwowanego przez nas dramatu zmienia się z personalnego na globalny – w opowieść o nadziei, jej utracie wobec nieuchronnej porażki oraz o ulubionej przez Nolana refleksji, że nawet w obliczu największych wyzwań i zagrożeń ludzie – niestety – pozostają ludźmi i gdzie tylko się da wepchną kłamstwo, egoizm i manipulację. McConaughey, Anne Hathaway, Michael Caine, młodziutka Mackenzie Foy, a nawet użyczający głosu samobieżnej, pokładowej pralce Bill Irwin swoją grą nadają bohaterom, ich przeżyciom i działaniom autentyczności. A autentyczność w filmie o podróżach w czasie i przestrzeni to więcej, niż wielu mogłoby sobie wymarzyć.

V: Muszę się nie zgodzić. Autentyczność, owszem - ta w "Interstellar" trzyma się pewnie. Ale w najmniejszym stopniu budowana jest na grze aktorów. Bo najmocniej z całego towarzystwa, które raczyłeś wymienić, wypada ta nieobecna - moja ulubienica Jessica Chastain. I w moim odczuciu tylko w jej ustach patetyczne bon moty i łzawe komunały (coraz trudniej w przypadku nowego filmu Nolana mówić o dobrych dialogach; kto pamięta one-linery z "Mroczny Rycerz powstaje" chyba przyzna mi rację) zyskują na prawdziwości. McConaughey zaczyna się autoparodiować niczym Will Smith, Caine gra tę samą rolę co zawsze, Matt Damon (tak, on też się pojawia) jest równie drewniany jak zawsze, a na tyradzie Hathaway (swoją drogą kolejnej mojej ulubienicy) o rzekomym wpływie miłości na zaginanie czasoprzestrzeni (WTF?!?!!) po prostu parsknąłem śmiechem. Siłą filmu jest to wszystko, o czym mówiliśmy do tej pory - elementy fantastycznonaukowe. Owa zwyczajna jego część - nazwana przeze mnie "przaśną", bo najbliższa statystycznemu widzowi - pozostawia nieco (lub więcej) do życzenia. Jest mięcho, ale niewłaściwie doprawione.

W: Cóż, na widok Damona też zacząłem rozglądać się za Christianem Balem - kolejnym ulubieńcem reżysera - ale mnie ta "potrawa" i oprawa okazała się znacznie bardziej w smak. Jak wspomniałem na początku, po "Interstellar" nie spodziewałem się niczego konkretnego, a już z pewnością nie tego, co zobaczyłem w kinie. Po wszystkich gatunkowych przemianach film ostatecznie okazał się dojrzałą bajką o bardzo mocnym morale, którą oglądałem jak urzeczony, nawet kilkanaście minut po pojawieniu się końcowych napisów. Dzięki doskonałej narracji nie dłuży się ona nawet mimo niemal trzech godzin seansu, a bez większego problemu można by dodać jej jeszcze czwartą. Ogromnym jej atutem jest też zakończenie, podobnie jak większość filmu niespieszne, nierozciągnięte, pozostawiające furtkę naszym własnym domysłom na temat tego, co zdarzy się dalej. W świetle tego wszystkiego tym mocniej wybrzmiewa zilustrowana kulminacyjną sceną pointa Nolana, że nic we wszechświecie nie zakrzywia czasu równie mocno, co porządna, wciągająca opowieść. Za to, za odwagę reżysera i scenarzysty w jednej osobie, a także samego Warner Bros, które zainwestowało w ambitny, niesztampowy "blockbuster" – 8,5 / 10. Mam nadzieję, że kiedyś, gdzieś w innym czasie lub wszechświecie, spotkam pana Nolana i z wdzięcznością uścisnę mu rękę.

V: Nie dziwi mnie twój zachwyt nad "Interstellar" i szanuję go, bo to istotnie najlepszy film, jaki mieliśmy dotąd okazję wspólnie oceniać. Christopher Nolan jest perfekcyjnym rzemieślnikiem, ma do tego własną, zdeklarowaną wizję kina i konsekwentnie ją realizuje. Problem w tym, że ta optyka przestaje do mnie trafiać. Twórca doskonałych pod każdym względem "Prestiżu", "Mrocznego rycerza" i "Incepcji" wałkuje wciąż ten sam temat. Chwała mu, że potrafi za każdym razem ubrać go w nowatorską, frapującą formę, ale boję się, że w końcu przestanie to wystarczać. Z przekory i w ramach ostrzeżenia, ale i z wciąż tlącego się sentymentu do reżysera oraz za całokształt "Interstellar" - filmu niemal kompletnego, lecz pozostawiającego pewien niedosyt - wystawiam mu 6,5 / 10. Nolan, trzymasz poziom, ale opowiedz w końcu o czymś innym. Bo szału nie było. Szkoda, to jak dotąd twój najsłabszy film.
Podgląd newsa | Skomentuj newsa

<< Nowiny | << Archiwum nowin

X Apoc - Trzynasty Schron [ v 1.0 ] & PHP by Hammer