<< Nowiny | << Archiwum nowin
23 października 2013
Andriej Diakow - 'Za horyzont' - recenzja - 13:22 - Squonk
Powieść z serii Uniwersum Metro 2033
Trudno było mi napisać recenzję tej powieści, nawet bardzo trudno. I to z wielu powodów. Historia opisana w trzech książkach z pozoru wydaje się banalna i oklepana, jak dajmy na to większość historii, czy opowieści będących podstawą RPG. Jest bohater, jest misja, zbiera się grupa, idą, po kolei giną bądź oddają swoje życie za sprawę. Przyjaciel okazuje się być wrogiem, wróg przyjacielem. Banał popędza banał i aż się prosi o stwierdzenie, że to wszystko to pewnie taki trik stosowany przez pewne polskie wydawnictwo: najprawdopodobniej celowo dali większą czcionkę i rozbili jedną powieść na trzy tomy by kasę wydoić od czytelników.

A jednak nie.

Andriej Diakow umiejętnie wykorzystał podstawy jakie dał mu świat stworzony w wyobraźni Dmitrija Głuchowskiego. Nie poszedł w stronę mdłego filozofowania, a w oparciu o wrogi i okrutny - w swoich prawach - postnuklearny świat, opisał w sumie prostą i tą samą historię, jaką człowiek opowiada sobie od tysiącleci. Tą samą, jaką każdy z nas musi przechodzi i musi przejść. O dorastaniu, poświeceniu, traceniu.

W rozszerzeniu newsa recenzja powieści "Za horyzont".

"Za horyzont" to ostatnia część przygód stalkera Tarana, jego przybranego syna Gleba oraz ich grupy przyjaciół z petersburskiego metra. Jak w poprzednich powieściach: "Do światła" i "W mrok" dość szybko razem z bohaterami opuściliśmy mroczne tunele i udaliśmy się na pełną niebezpieczeństw i zagrożeń powierzchnię, tak w "Za horyzont" wyruszamy hen... Właśnie za horyzont, na wschodni kraniec Rosji.

Przyznam się, że z wydanych do tej pory w Polsce książek z serii Uniwersum Metro 2033 - w tym oczywiście z tych, które zapoczątkowały cykl: "Metro 2033" i "Metro 2034" - trylogia Andrieja Diakowa najbardziej przypadła mi do gustu. Przede wszystkim dlatego, że autor postanowił akcję swoich powieści przenieść na powierzchnię oraz w dalsze okolice, umiejętnie jednak przeplatając ją wydarzeniami dziejącymi się w głębi. Do tego w "Za horyzont" sprawnie podjął dialog z klasycznymi już dziełami kultury postapokaliptycznej jak filmowa seria o przygodach Szalonego Maksa czy Fallout. Zaś całość przeplótł główną tezą, na której jest oparty świat powstały parę lat temu w wyobraźni Dmitrija Głuchowskiego: czas ludzi na Ziemi się skończył. Jedynym pragnieniem człowieka, nawet na gruzach cywilizacji którą zniszczył, jest zostać ich władcą. I tak też robi. Tymczasem nowe - powstałe w wyniku mutacji radiacyjno-biologicznych - życie powoli, krok za krokiem przejmuję władzę nad globem. Lepiej przystosowane, do tego również inteligentne. Ludzie to już tylko jedne z wielu istot posilających się przy wielkim stole życia na Ziemi, niestety ale resztkami z niego pochodzącymi. W tym ponurym i podłym świecie wartość mają jedynie rzeczy, które w naszym są tak często banalizowane oraz zbywane, jak miłość - zwłaszcza rodzicielska - oraz przyjaźń.

O tym w sumie jest cała trylogia, a "Za horyzont" najbardziej. O dorastaniu, przemianie, nauce stawiania coraz śmielszych kroków w życiu. Także o poświęceniu i umiejętności godzenia się ze stratą czegoś, by coś móc zyskać. A także o walce by uratować resztki człowieczeństwa, mającego swoje źródło jeszcze w tamtym, lepszym, przedwojennym świecie. Tu wrogiem jest nie tylko promieniowanie radioaktywne, skażenie biologiczne i chemiczne, kanibale, mutanty, potwory czy drugi - jeszcze - człowiek. Wrogiem jest się samemu dla siebie, walcząc z własnymi słabościami.

Ot co!

W taki mało odkrywczy, banalny wręcz sposób opisuję to co zastałem na kartach powieści "Za horyzont". Ale też nie wiem co mam napisać więcej. Każdą z trzech książek czytałem z zapartym tchem, nie mogąc się od nich oderwać. Normalni, zwykli, pełni słabości bohaterowie, którym przyszło żyć w okrutnym i podłym świecie, na dodatek chylącym się ku upadkowi. Nie potrzeba tu wielkiej filozofii, traktatów moralnych o końcu, gdy się ma pusty żołądek, a obok są ci, którzy mając więcej zabrali by nam i te resztki. I takim to właśnie, czystym, realnie brutalnym okrucieństwem jest podszyta cała trylogia, z przeciwwagą dla niego w postaci wartości które przytoczyłem powyżej.

Andriej Diakow według mnie idealnie na kartach swoich powieści wymieszał wiele wątków i motywów znanych z dzieł fantastyki postapokaliptycznej. Jest przygoda, elementy powieści drogi, kopanie tyłków i żucie gumy, ponurość i mrok upadającego świata, nawet z lekką nutką dekadencji, którą wprowadza "nowe". Nowe, powstałe w wyniku mutacji życie, jak i nowa - bo inna od poprzedniej - sytuacja. Taka sytuacja - nawiązując do modnego ostatnio mema. Taka też była by postapokalipsa, jak było życie przed nią. Ci co mieliby dobrze "przed", mieliby dobrze "po", zaś bezwzględni ludzie, podobnie jak "przed" tak i "po", radzili by sobie świetnie. Jedyna nadzieja to taki ktoś jak Taran: samotnik, lekki socjopata, jednak z zasadami. Poszukajmy może takich ludzi teraz, bo gdy "się zacznie", może to z nimi uda się na przetrwać owe powstałe po tym "po".

Podgląd newsa | Skomentuj newsa

<< Nowiny | << Archiwum nowin

X Apoc - Trzynasty Schron [ v 1.0 ] & PHP by Hammer