<< Nowiny | << Archiwum nowin
08 stycznia 2010
Pierwszy błysk - recenzja - 22:30 - Squonk
Leszek Adamczewski - Pierwszy błysk
Książka Leszka Adamczewskiego "Pierwszy błysk. Tajemnica hitlerowskiej broni jądrowej" nie udziela jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy hitlerowskie Niemcy były już w posiadaniu czy tylko o jeden krok, od wybudowania broni jądrowej.

Dlaczego?

Nie da się łatwo odpowiedzieć na to pytanie bez zrozumienia całego kontekstu programu atomowego hitlerowskich Niemiec. W tych pracach brało udział wielu naukowców z ogromnym dorobkiem z zakresu badań nad promieniotwórczością czy budową cząstek. Laureaci Nagrody Nobla jak Werner Heisenberg, Otto Hahn oraz szeroka rzesza mniej utytułowanych, wywodzącą się z tej samej niemieckiej szkoły fizyki co Albert Einstein czy Max Planck. Nie wszyscy z nich, baa, zdecydowana większość nie miała nic wspólnego z pseudonaukowymi maniakami w rodzaju Josefa Mengele. Swoją pracę wykonywali z czystej fascynacji nauką, możliwościami prowadzenia badań, wreszcie nawet dlatego, że ówczesne Niemcy były ich państwem. Dopiero poznanie prawdziwych skutków działania broni atomowej, po zrzuceniu jej na japońskie miasta sprawiło, pojawienie się typowej dla wielu Niemców amnezji i wyparcia się swoich dokonań. Jeśli jakieś badania były nawet prowadzone, to tylko nad cywilnym wykorzystaniem rozpadu atomowego - po wojnie twierdził ten czy inny, z Heisenbergiem na czele.

Ale nie zapominajmy, że sam szef amerykańskiego militarnego programu jądrowego - Robert Oppenheimer - po naocznym przekonaniu się, w czym brał udział, zaczął nabierać wątpliwości, które sprowadziły na niego ostracyzm środowisk naukowych i wojskowych. Tymczasem naukowcy niemieccy stali po stronie "sił zła", z szaleńczym Hitlerem na czele. Nie wszyscy mieli takie szczęście jak Werner von Braun, by móc rozwijać swoje badania. Broń atomowa była silnie pilnowana i rozwijana przez Stany Zjednoczone oraz ZSRR, i żadni pomagierzy nie byli do tego zbytnio potrzebni.

Kolejnym czynnikiem zaciemniającym odkrycie prawdziwej wiedzy na temat tego, jak Niemcy były bliskie budowy sprawnej broni jądrowej, byli różni cwaniacy z SS na czele z Himmlerem. Zbliżająca się klęska sprawiła, że pilną potrzebą stało się uwiarygodnienie u zachodnich aliantów. A co, jak możliwość przekazania im wyników badań nad "straszną bronią" to spełniało. Rozmowy, które miały umożliwić Himmlerowi miękkie lądowanie po wojnie, jak wiemy nie wyszły. Wielu zbrodniarzy zamiast do stołu rokowań, trafiło na ławę oskarżonych. Zaś w zamęcie ostatnich dni wojny, to czego nie zdobyli zachodni alianci (przede wszystkim Amerykanie) albo Rosjanie, przepadło lub zostało zniszczone. Nadeszła Zimna Wojna, która utrzymała atomowe status quo do dzisiaj, mimo udanych lub nie prób obejścia go przez różne państwa, z dzisiejszym Iranem na czele. Zaś niemieckie doświadczenia z bronią jądrową zostały przykryte toną niedomówień, tajemnicy lub też sprowadzone do rojeń Hitlera, w jego ostatnich dniach życia.

Dlatego też można stwierdzić jedno. Hitlerowskie Niemcy przez splot absurdalnych i głupich wręcz okoliczności nie weszły w posiadania broni jądrowej szybciej niż Stany Zjednoczone. To przede wszystkim skutek polityki rasowej, która zmusiła do emigracji wielu naukowców żydowskiego pochodzenia (w tym samego Alberta Einsteina), a samą fizykę budowy cząstek i rozpadu promieniotwórczego sprowadziła do roli "nie aryjskiej nauki". Usilne udowadnianie, że "jądro atomowe nie jest koszerne", bardzo opóźniło hitlerowski program atomowy. Do tego, w scentralizowanym i uporządkowanym państwie niemieckim, nad programem atomowym pracowało kilka grup naukowców, uwikłanych w ambicjonalne spory między sobą, oraz instytucja, tylko z pozoru kuriozalna na takie przedsięwzięcia jak Poczta Rzeszy. Na to wszystko nałożyła się początkowa nieufność Hitlera do tej tematyki, zmieniona dopiero w ostatnich miesiącach wojny w obsesyjną nadzieję na pojawienie się wunderwaffe. Na cudowną broń było już jednak za późno.

O tym też traktuje pierwszy rozdział niniejszej książki Leszka Adamczewskiego, który nosi, z pozoru tylko dość dwuznaczny tytuł "Płonące stosy". W nim poznajemy najważniejsze nazwiska pracujące przy atomowych badaniach z Wernerem Heisenbergiem na czele, "znanym" do tej pory tylko z opowiadania Andrzeja Ziemiańskiego. Budowa reaktorów atomowych, doświadczenia z rozpadem jąder uranu, problemy ze zdobyciem ciężkiej wody, rozgrywki między naukowcami oraz instytucjami państwa hitlerowskiego, to zakres bogato ilustrowanej wiedzy, którą poznamy z początkowych kart "Pierwszego błysku".

Niemiecki program atomowy "opuszczamy" w momencie dokonania dziwnej eksplozji na poligonie koło Ohrdrufu w Turyngii, którą wszystkie przesłanki mogą dziś określić jako próbę odpalenia prymitywnego ładunku jądrowego. Rozdział drugi: "Fakty i mity" zaprasza czytelnika w podroż po miejscach, w których pracowano nad zagadnieniami rozpadu atomowego. Przez podziemne bunkry i fabryki aż do Uniwersytetu w Poznaniu, poznajemy od zaplecza miejsca w których "kuto" historię hitlerowskiej broni jądrowej. Do tego autor zamieszcza dużą bazę wiedzy na temat trudnej eksploracji takich miejsc w Polsce. Odważni mogą spróbować na własną rękę zmierzyć się z tą tematyką. Wreszcie rozdział trzeci: "Zmierzch bogów", opisujący wyścig aliantów, po efekty prac niemieckich naukowców. Tu nie było przeproś, nawet między zachodnimi sojusznikami, a co dopiero gdy chodziło o rysujące się na horyzoncie zwarcie z ZSRR. Np. Amerykanie z wywiadowczej misji "Alsos" przy wsparciu swojego dowództwa, bez żadnych skrupułów "zakosili" ostatni reaktor Heisenberga w raz z zapasami uranu i ciężkiej wody, znajdujący się we francuskiej strefie okupacyjnej Niemiec, który miał przypaść Francuzom. Po prostu z "atomem" już wówczas nie było żartów.

Na dokładkę dostajemy mini rozdział "Tajemnica Puszczy Goleniowskiej", o podszczecińskim ośrodku w Mostach, który do dziś jest objęty tajemnicą: wojskową z polskiej armii. Czy tam znajdowało się stanowisko reaktora atomowego? 100% dowodów nie ma.

"Pierwszy błysk. Tajemnica hitlerowskiej broni jądrowej" to spora dawka wiedzy o tym zbywanym milczeniem albo sprowadzanym do stylu brukowej sensacji aspekcie II Wojny Światowej. Ciężko więc napisać książkę opartą na faktach, o których tak naprawdę mało wiemy, a zarazem nie popaść w zbytnią fantazję, do której pełni brakuje tylko czerwonego diabełka z kamienną łapą. Jeśli nawet do tłumu mniejszych lub większych zbrodniarzy, którzy znaleźli schronienie w krajach Ameryki Południowej, dokooptowano żywego Hitlera, a czarnoksiężnicy Himmlera nadal utrzymują go przy życiu, to póki co jednego możemy być pewni. Doświadczenia i wiedza związana z hitlerowską bronią jądrową, zostały pogrzebane wraz z końcem III Rzeszy lub przejęte przez mniej lub bardziej fajniejsze "siły dobra".

I to w tych zwariowanych jak dziś czasach tzw. "wojny z terrorem" powinno nam wystarczyć.


Podgląd newsa | Skomentuj newsa

<< Nowiny | << Archiwum nowin

X Apoc - Trzynasty Schron [ v 1.0 ] & PHP by Hammer