<< Nowiny | << Archiwum nowin
24 lipca 2010
Moloch nadchodzi - 22:12 - nie wiem
Nowinę napisał Jerzy.

Wszyscy już chyba zdają sobie sprawę z tego, że współczesne armie w coraz większym stopniu korzystają z robotów. Nie wszyscy jednak wiedzą jakiego tempa nabrał proces robotyzacji armii w ostatnich latach, po II wojnie w Zatoce Perskiej, czyli od 2003 roku. Ośmiostronicowy, ilustrowany artykuł P.W. Singera – "Wojna zdalnie sterowana" w sierpniowym (2010) Świecie Nauki pozwoli im, przynajmniej częściowo, nadrobić zaległości - Świat Nauki - sierpień (niestety artykuł w internecie niedostępny, można pooglądać okładkę). Co ciekawe, amerykańska armia świadomie nie stosuje w swoim nazewnictwie słowa robot, żeby uniknąć skojarzeń z hollywoodzkimi filmami o zbuntowanych maszynach.

Przegląd "inteligentnych", bezzałogowych systemów (wykryj - pomyśl - działaj), które w najbliższym czasie mają szanse wejść do służby, pozbawiony jest technicznych szczegółów. Jego zadaniem jest raczej pokazanie różnorodności możliwych zastosowań. Od sterowca z radarem wielkości piłkarskiego boiska, który może unosić się przez miesiąc na wysokości 20 kilometrów, aż po drona wielkości kolibra, który w zawisie prowadzi rozpoznanie w najbliższym otoczeniu. Czworonożny, transportowy "pies" (BigDog) na skrajnie ciężkie warunki terenowe, sąsiaduje na stronach z gąsienicowym wehikułem pełniącym funkcję wartownika lub snajpera, wyposażonego w działko i granatnik (taki prawie Skynet robot). Wszystkie rodzaje wojsk amerykańskiej armii korzystają z robotów. Ich ilość i jakość szybko rośnie. Zmienia się też zastosowanie, to już nie tylko roboty zwiadowcze i specjalistyczne (np. saperskie), tylko coraz częściej samodzielne maszyny bojowe, programowane przez człowieka, ale mające coraz większą swobodę działania i decyzji. Taki sprzęt zapewnia, czasowo przewagę techniczną na polu walki. Ale nie to jest najważniejsze. On zmienia reguły gry.

Nie tylko sposób prowadzenia, ale wręcz definiowania wojny (choć wszyscy wiemy, że wojna nigdy się nie zmienia). Zmiany są nieuniknione bo pozwalają na ograniczenie strat wśród "naszych chłopców", z których zawsze - w demokratycznym kraju - trzeba się tłumaczyć. Wojskowi mogą, nawet w demokracjach, toczyć wojny których nikt nie wypowiedział. Dopóki chłopcy nie będą ginąć, nikt nie będzie się raczej tym przejmował. Prawdopodobieństwo zbrojnego konfliktu rośnie.

Armia powoli odchodzi od kultywowanego od wieków archetypu macho, niezwyciężonego wojownika o unikalnych psychofizycznych predyspozycjach wzmocnionych długotrwałym szkoleniem. Zastępuje go kompetentny technik-urzędnik, który po robocie wraca do domu na obiad. Sposób dowodzenia musi się zmienić, a dowódcy nie są do tego przygotowani. Pojawia się problem dyscypliny, stresu i odpowiedzialności za błędy operatora i programisty. Jeśli samodzielne działo przeciwlotnicze, na skutek "drobnego błędu w oprogramowaniu", strzela wokół siebie aż do wyczerpania amunicji i ginie 9 żołnierzy (przykład z artykułu) to kto jest winien? Jeśli takie działo błędnie zidentyfikuje cel i zestrzeli swoją maszynę? Czy jakikolwiek operator zakwestionuje w ciągu pół sekundy - bo tyle ma czasu - ocenę sytuacji dokonaną przez robota?

Ludzie właśnie tracą ważny monopol. Monopol na prowadzenie wojen.
Podgląd newsa | Skomentuj newsa

<< Nowiny | << Archiwum nowin

X Apoc - Trzynasty Schron [ v 1.0 ] & PHP by Hammer