<< Nowiny | << Archiwum nowin
12 maja 2013
Jeff Hanneman (1964 - 2013) - 21:43 - Squonk
Obrazek do newsa
2 maja zmarł gitarzysta - często hołubionej na naszych łamach - amerykańskiej grupy Slayer Jeff Hanneman. Przyczyna śmierci - filozoficznie mówiąc - może się odnosić do twórczości tej grupy i naszej - tzw. spiny tyłka - w jej odbiorze (jak ktoś takową posiada). Jeśli bowiem spojrzymy na sprawę jako cnotliwe, a wręcz święto(...)bliwe osoby, to wszystko jest jasne: umarł, bo wątroba nie wytrzymała z przepicia, a wszyscy metalowcy to przecież pijaki. Gdy jednak do sprawy podejdziemy, tak jak powinno się podchodzić do twórczości macierzystej grupy Hannemana, to robi się to tak jak jeden ze statusów związku na Facebooku: zbyt skomplikowane.

W 2011 roku Hanneman zapadł na bardzo rzadką chorobę zakaźną, noszącą dość "klimatyczną" nazwę martwicze zapalenie powięzi. Powikłania z nią związane, w tym wpływ na pracę organów wewnętrznych sprawiły, że jego działalność w grupie w następnych latach została zawieszona. Czy na taki, a nie inny stan zdrowia Hannemana, miał wpływ jest styl życia, to nie mnie to oceniać. Choćby dlatego, że nie mam dyplomu z medycyny. Pamiętam jednak sam dobrze, jak parę lat temu po dużym wysiłku fizycznym, "odezwał" mi się zaleczony kanałowo ząb. To radykalnie ogranicza moje potencjalne nawet dowcipasowanie, jaki wpływ na zdrowie mogą mieć bakterie czające, nawet w środku nas.

Wracając zaś do twórczości Slayera, to można powiedzieć o niej to, że opisywała, oddawała ona wszystkie brudne i mroczne strony życia i świata w jakim przyszło nam żyć. Gdzieś tam w tle czaił się "spinotyłkowy" i działający jak płachta na byka na prawomyślne osoby - "rogaty". Sam zresztą pamiętam swój strach, gdy jako młode, podstawówkowe chłopie kupiłem sobie w 1992 kasetę z "Seasons in the abyss" i bałem się i słuchałem. Słuchałem i się bałem, że z głośników wyskoczy na mnie jakiś demon. Na szczęście nie byłem tak otumaniony, jak czytelnicy pisma Fronda i nie poleciałem natychmiast się wyspowiadać, że słuchałem takiej muzyki. Slayer w tamtym okresie mnie nie chwycił i wróciłem do niego dopiera po latach, jako do szczerej i prawdziwej muzyki, pozbawionej sztuczności i pozerstwa tak obecnej w choćby w modnym swego czasu grunge czy new metalu. A przy okazji też już wtedy rozumiałem lub dochodziłem prawdy, że prawdziwym złem nie będzie jakiś rogaty i pachnący siarką koleś, ale np. bliska i znana nam od lat osoba, której coś się w głowie odmieni. Lub mała bakteria. Czyli rzeczy, z którymi na co dzień się stykamy, a czasem nawet znamy.

Taaak... Twórczość Slayera była - a być może i będzie - bardzo postapo. Tak prawdziwie postapo, w tym także odnosząc się do różnych apokalips w głowie. Bezkompromisowa, szczera, nawet bez robienia sobie jaj jakie są robione przez nas, gdy udowadniamy, że "pieski też są postapo".

W związku z tym - na koniec - nie będę prawił czułych gadek o Jeffie Hannemanie, tylko po prostu posłuchajcie Slayera. Zaś widząc rzeczy złe, brzydkie czy brudne, nie doszukujcie się w tym działania złych mocy, tylko człowieka. Co tym bardziej Was powinno skłaniać do zadziałania i przeciwstawienia się im.

I tyle.

Podgląd newsa | Skomentuj newsa

<< Nowiny | << Archiwum nowin

X Apoc - Trzynasty Schron [ v 1.0 ] & PHP by Hammer