<< Nowiny | << Archiwum nowin
10 października 2012
Premiera w klimatach: Dredd 3D - wrażenia sceptyka - 10:20 - Veron
Wychodząc z kina po seansie "Dredda 3D", będąc do tego w płochym nastroju, w który to rzeczony film mnie wprowadził, w głowie układały mi się gotowe zdania raczej bezpardonowo rozprawiające się z dziełem Pete'a Travisa. Już dawno bowiem żaden film tak skutecznie nie wymęczył mojej skromnej osoby. Całe szczęście minęło trochę czasu, więc na spokojnie i z czystym sumieniem mogę przystąpić do jego oceny, która bynajmniej nie stanie w jednym szeregu z zachwytami recenzentów mediów uważanych za opiniotwórcze.

W postapokaliptycznym świecie przyszłości, w którym ludność egzystuje w odgradzających od napromieniowanej pustyni, gigantycznych metropoliach, egzekutorami prawa są sędziowie - połączenie policjantów, prokuratorów i wykonawców wyroków. Jednym z nich - bezwzględnym, ale przy tym diabelnie skutecznym - jest pracujący w Mega City One Dredd. Zostaje wezwany na interwencję do ogromnego gmachu mieszkalnego, "Brzoskwiniowego Gaju". Na miejscu okazuje się, że budynek jest pod kuratelą gangu, któremu przewodzi okrutna Ma-Ma. Dredd i towarzysząca mu młoda sędzia wpadają w pułapkę.

Czytając opinie krytyków i osób, którym nowy "Dredd" przypadł do gustu, dochodzę do wniosku, że być może nie jestem odpowiednią osobą do jego recenzowania. Wychodzi na to, że po prostu nie poczułem konwencji filmu. Obraz Travisa istotnie jest realizacyjnie spójny, reżyser sprawia wrażenie, jakby dokładnie wiedział, co chce osiągnąć w finalnym efekcie. A jednak oglądanie "Dredda" jest małą katorgą. Film ciągnie się jak zbyt długo żuta guma i tak samo smakuje. Fabularnie fatalny i upstrzony idiotycznymi dialogami, wypełniony jest woltami, z których każda następna bije poprzedniczkę szablonowością i zwyczajną głupotą (a za scenariuszem stoi przecież solidny rzemieślnik, Alex Garland). Być może Travis w trakcie kręcenia "Dredda" sam dorwał jakąś działkę "slo-mo", czyli przywołującego na myśl falloutowego "Jeta", filmowego narkotyku, gdyż tempo akcji oscyluje między powolnym a ślamazarnym.

Ciężko jest mówić w przypadku "Dredda 3D" o remake'u "Sędziego Dredda", filmu z 1995 roku z rolą nieśmiertelnego Sylvestra Stallone'a. Obraz Travisa to osobna historia, pewnymi tylko elementami pokrewna filmowi Danny'ego Cannona. Trochę infantylny, na siłę moralizatorski "Sędzia Dredd" ujmował jednak specyficznym, pełnym kiczu i przerysowania klimatem. Nowy "Dredd", owszem, ma swój klimat - ciężki, brutalny - ale jest przy tym dziwnie pusty. Nie eksplikuje motywacji działań protagonistów (zwłaszcza tytułowego egzekutora prawa), nie próbuje wejść pod skórę sugestywnie zarysowanego świata przedstawionego. Nie ma w nim czynnika, dzięki któremu widz zechciałby wejść w ów świat. Nie ma serca. Dla "Sędziego Dredda" był nim głównie Stallone. Jego następca, Karl Urban, w "Dreddzie" tylko jest. W ogóle ten film po prostu jest. Jest jaki jest.

Trzeba jednak oddać hołd za całą techniczną stronę filmu. Scenografia świata po zagładzie jest świetna. Pojedynek bohaterów z antagonistami odbywa się w zamkniętej przestrzeni, ale Travis unika wtórności. Zdjęcia, montaż, oprawa muzyczna i dźwiękowa to raczej dolne rejony poprawności. Z 3D też można było zrezygnować, gdyż poza efektownymi rozbryzgami posoki (film jest naprawdę krwawy!) na niewiele więcej się zdaje i ma za zadanie jedynie potęgować zyski dla producentów. Niemniej w tym aspekcie jest i tak całkiem nieźle.

Bo poza tym "Dredd 3D" nie zrobił na mnie pozytywnego wrażenia. Nie moja to bajka. Zachęcam do weryfikacji własnej. Albo i nie.

Moja ocena: 4/10

Podgląd newsa | Skomentuj newsa

<< Nowiny | << Archiwum nowin

X Apoc - Trzynasty Schron [ v 1.0 ] & PHP by Hammer