<< Nowiny | << Archiwum nowin
04 czerwca 2013
Wywiad z Michałem Cholewą - 0:03 - Veron
Michał Cholewa
Nazwisko Michała Cholewy nader często przewijało się w ostatnim czasie na Trzynastym Schronie. Autor rewelacyjnego Gambitu i jeszcze lepszego, wydanego w kwietniu Punktu cięcia - książki pod patronatem Schronu - jest jednak postacią dość enigmatyczną. Osobiście nie zetknąłem się z żadnym wywiadem z tym piekielnie utalentowanym twórcą. Udało się jednak nakłonić pana Michała do odpowiedzi na kilka pytań.

W wywiadzie udzielonym Schronowi Michał Cholewa opowiada o swoich inspiracjach, o tym, jak wpadł na pomysł stworzenia uniwersum, o początkach i metodzie jego pracy nad książkami i wielu innych, interesujących kwestiach. Serdecznie zapraszam do lektury!

*

Veron: Skąd w ogóle u Pana zainteresowanie science fiction? Abstrahując od faktu dysponowania przez Pana nieprzeciętnymi w moim odczuciu talentem i wyobraźnią, obie Pana książki zdradzają więcej niż solidne przygotowanie - nazwijmy to - merytoryczne: oczytanie, swego rodzaju obycie w świecie fantastyki. Ale nie tylko w nim, bo przecież z powodzeniem łączy Pan w swoich książkach różne gatunki - kryminał, thriller itp. Co podłożyło fundament pod widoczną w Pana powieściach - to nieco patetyczne, ale myślę, że trafne określenie - miłość do science fiction? Czy my, czytelnicy, winniśmy analogicznie wiązać tę kwestię z wielkimi nazwiskami i tytułami, promującymi Pana twórczość - serią "Obcy", Dickiem, Weberem, Ringo?

Michał Cholewa: Fantastyką byłem zainteresowany odkąd pamiętam. Głównym sprawcą tego stanu rzeczy jest mój tata, który działa w polskim fandomie w zasadzie od początku jego istnienia. To sprawiło, że od najmłodszych lat nie tylko miałem dostęp do książek i filmów, ale też kontakt z masą wspaniałych ludzi, z którymi mogłem na temat porozmawiać. Miażdżąca większość moich przyjaciół fascynowała się fantastyką, więc można powiedzieć odrobinę górnolotnie - nigdy nie znałem świata bez niej.
W konsekwencji naturalnie można wiązać to, że zacząłem pisać z tekstami i filmami, które w jakiś sposób zrobiły na mnie wrażenie. Obcy zarówno w wydaniu Scotta jak Camerona i Finchera jest pośród nich, podobnie jak twórczość Lema, Dicka, Carda czy Haldemana, choć zdecydowanie takich nazwisk jest dużo więcej i to nie tylko na polu fantastyki.

Z Pana twórczością zetknąłem się przy okazji "Gambitu", Pana debiutanckiej powieści. Ale czy przed nią - może także teraz - zajmował czy zajmuje się Pan tworzeniem krótszych form literackich, np. opowiadań? Czy może para się Pan jeszcze inną działalnością publicystyczną?

Zaczynałem - myślę, jak większość - od opowiadań. Tych opowiadań powstało może kilkanaście, wydanych zostały - licząc wydawnictwa konwentowe i internet - zdaje się siedem, część ze świata "Gambitu".
Teraz skupiam się na powieściach, nie dlatego, że nie lubię opowiadań - bo lubię - ale ponieważ najzwyczajniej w świecie nie mam czasu. Pisanie idzie mi bardzo powoli, zatem jeżeli nie chcę pisać jednej książki przez trzy lata - muszę się skupić wyłącznie na niej.
Ciągle noszę się z zamiarem powrotu do opowiadań, ale myślę, że na razie będzie to trudne, głównie ze względu właśnie na czas.

Przejdźmy do Pana książek. Jak narodził się pomysł na uniwersum, w którym osadził Pan akcję "Gambitu" i "Punktu cięcia", ten rozpisany ze zdumiewającym rozmachem świat przedstawiony? Przyznam, że wciąż pozostaje pod wielkim wrażeniem i jego ogromu, i Pana kontroli nad wszelkimi jego elementami, nawet najdrobniejszymi. Za świetne uważam pomysły np. postaci magów czy minerału caellium. Gdzie szuka Pan koncepcji, skąd czerpie inspiracje?

Zamierzchły początek narodził się z połączenia idei gier fabularnych oraz mojej fascynacji sagą "Obcego". W tym czasie - przez "w tym czasie" rozumiem przełom wieków - graliśmy bardzo dużo, a ponieważ lubiłem kosmos taki, jaki przedstawiał Scott i Cameron - zdecydowałem się na przeniesienie rozgrywki tam. Oczywiście pojawiły się pewne zmiany, głównie ze względu na to, że świat do gry fabularnej musi być bardziej kompletny niż świat do filmu, ale idea pozostała ta sama. Ten pomysł jednak ewoluował, bardzo szybko praktycznie przestały się w nim pojawiać gigerowskie potwory, środek ciężkości został przeniesiony na wojny kolonialne, potem życie w świecie pogrążonym w wojnie. Kilka lat temu - nadal długo zanim napisałem swój pierwszy tekst - stanąłem naprzeciw pytania "dlaczego colonial marines z "Obcych" są uzbrojeni gorzej niż współczesna armia?". Ponieważ nie chciałem tego zbytnio zmieniać, pojawił się pomysł stworzenia świata de facto postapokaliptycznego. To było źródłem Dnia. Magowie i szperacze to prosta konsekwencja świata który opierał się prawie we wszystkich aspektach na SI i nagle musiał przestać.
Teraz gramy już rzadko, wszyscy mają mniej czasu, ale nadal pytania - i narzekanie - moich graczy są często źródłem pomysłów na konstrukcję uniwersum. W grupie zawsze lepiej się zastanawiać "jak w takim razie rozwiązano to i to", po prostu inna osoba zawsze zauważy coś nowego - nawet jeżeli znam odpowiedź na jej pytanie, wiem, że sprawa nie jest oczywista, bo ktoś zapytał.

Nie mogę nie zadać tego pytania: czy naprawdę uważa Pan, że Unia Europejska - pomijając jej obecną kondycję i potencjał (w wielu aspektach) - mogłaby lub nawet może przetrwać kolejne, jak by nie patrzeć, setki lat, choćby ideowo? Do tej pańskiej idei musiałem się, powiem szczerze, przyzwyczaić, z początku wydała mi się bowiem naznaczona pewną... hm... naiwnością?... Strasznie ciekawi mnie, czym kierował się Pan czyniąc z tej organizacji jedną z sił przyszłego świata?

Ależ to bardzo proste - chcąc dysponować bohaterami wielu narodowości - w tym Polakiem - w jednej armii, w dodatku armii, która miałaby być realną konkurencją dla powiedzmy Stanów Zjednoczonych czy Chin, miałem do wyboru trzy opcje. Hegemonia jednego państwa, które jakoś podporządkowało sobie zasoby pozostałych, gigantyczna przewaga technologiczna rozdrobnionych państw Europy albo jakiś rodzaj zjednoczenia. Ponieważ nie chciałem tak potężnej dysproporcji technologicznej i z natury rzeczy uważam, że ludziom lepiej idzie jak współpracują niż jak walczą - wybrałem tą trzecią opcję. Unia Europejska z moich powieści to nie ta sama Unia co dziś, oczywiście.

Uważa Pan, że losy świata mogą się potoczyć tak, jak Pan to opisał? Nie mam na myśli nawet całkowitej zagłady Ziemi, ale kwestię unifikacji, imperializacji, mocarstwowości. Czy według Pana w tę stronę "to idzie", mówiąc kolokwialnie?

Uważam, że jest to jedna z opcji. Dość prawdopodobna, jeśli chce się rozważać kolonizację kosmosu - naturalnie w lepszej sytuacji byliby w niej ci, którzy mogliby wystawić więcej statków i założyć więcej kolonii w pierwszym, "dzikim" okresie. Stąd w takim świecie jak mój, powstanie koalicji w ten lub inny sposób reprezentujących ogólnie pojęte "wspólne interesy" wydało mi się dobrym rozwiązaniem.

Trzynasty Schron opiera się w głównej mierze na fantastyce postapokaliptycznej. Wojna światowa, zagłada ludzkości, wreszcie postapokalipsa właśnie jest dla Pana uniwersum punktem wyjścia. Co było punktem wyjścia dla wykorzystania tej konwencji? Co Pana zainspirowało do jego obrania? A także skąd zainteresowanie militariami, których szczegółowych opisów w obu pańskich książkach nie brakuje?

Zainteresowanie militariami pojawiło się dawno, dokładnie w dniu kiedy dzieckiem nieletnim będąc obejrzałem film "Top Gun" z Tomem Cruisem i postanowiłem, że koniecznie chcę być pilotem myśliwca. Potem to się rozszerzyło, podążając szlakiem "modele do sklejania-sklepy modelarskie-żołnierzyki-"a co to właściwie było to Guadalcanal?" i tak już zostało. Pilotem myśliwca nie jestem nad czym ubolewam do dziś :-)
Co do apokalipsy - to był jeden z moich podstawowych punktów konstrukcji uniwersum. Potrzebowałem świata po pierwsze rozdartego na różne poziomy, po drugie dosyć ponurego, po trzecie wreszcie - cofniętego technologicznie wobec tego, jaki mógłby być. Do tego dochodzi relacja ludzie - SI, która była dla mnie bardzo istotna.

Nieśmiertelne pytanie o fantastykę naukową - czy wierzy Pan w UFO? :-)

To zależy, co pan rozumie przez to pytanie. Jeżeli chodzi o moją wiarę w życie gdzieś poza Ziemią, nawet inteligentne życie - to zdecydowanie tak, choć raczej sądzę, że będzie to coś całkowicie odmiennego od życia ziemskiego.
Zupełnie natomiast nie wierzę nie tylko w wizyty tegoż na naszej planecie, ani nawet w ogóle w możliwość jakiegokolwiek świadomego kontaktu. Nie w przewidywalnej przyszłości w każdym razie.

Jaki poziom według Pana prezentuje polskie science fiction? W zorganizowanym niedawno konkursie na Trzynastym Schronie, w którym "Punkt cięcia" był nagrodą, zadaliśmy czytelnikom pytanie, co według nich powinno charakteryzować udany utwór w gatunku fantastyki naukowej. Odpowiedzi padały przeróżne - że musi być osadzony w nurcie dystopijnym, że autor powinien stworzyć dobrze uargumentowany "science", swego rodzaju "własną naukę", że winien cechować się specyficznym, autoironicznym poczuciem humoru. Odnosząc się do polskiej fantastyki - czy jest co czytać (o oglądaniu możemy sobie rzecz jasna pomarzyć)? Czy natknął się Pan w ostatnim czasie na coś interesującego, coś, co mógłby Pan polecić czytelnikom Trzynastego Schronu?

Polskie science-fiction, mam wrażenie, wraca na półki. Mam tu na myśli zwiększoną ilość, bo chyba nie mieliśmy - od bardzo dawna - momentu, kiedy ono było całkiem nieobecne. Są choćby książki Tomka Kołodziejczaka, Jarosława Grzędowicza, Marcina Przybyłka, są teksty Rafała Kosika - a to zaledwie cztery z wielu nazwisk, które przychodzą do głowy. Jest wielu którzy piszą książki nieco inne, spełniające warunki, o których mowa w pytaniu, ale w mniej technologiczny sposób - jak choćby Anna Kańtoch czy Jacek Dukaj.
Przyznam, że powstrzymuję się od podawania zamkniętej listy głównie dlatego, że świetnie zdaję sobie sprawę jak łatwo kogoś - niesłusznie - pominąć.

Co ciekawego z zagranicy widział lub czytał Pan ostatnio?

Ostatnio najbardziej "twardą" fantastyką zagraniczną jaką czytałem były ksiązki Petera Wattsa, zarówno "Ślepowidzenie" jak seria rozpoczynająca się od "Rozgwiazdy". Naprawdę doskonała rzecz. Z lżejszych tekstów mógłbym polecić "Przebudzenie lewiatana" Coreya. Dobre sf, w relatywnie niedalekiej przyszłości, świetnie napisane.

Trzynasty Schron ma swoje korzenie w serii gier "Fallout". Bawi Pana w ogóle elektroniczna rozrywka? Co Pan porabia dla zabicia czasu?

Ha, oczywiście, że mnie bawi! Jestem zapalonym graczem z chronicznym problemem braku czasu - przez co gram zdecydowanie mniej niż bym chciał. Co nie zmienia faktu, że akurat gry serii Fallout przechodziłem wielokrotnie i na różne sposoby, łącznie z podstępnym napromieniowywaniem postaci i czekaniem na korzystne mutacje.

Wróćmy na chwilę do Pana twórczości. Wyobrażam sobie, że napisanie tak rozciągniętych na wielu płaszczyznach powieści jak "Gambit" i "Punkt cięcia" wymaga pewnej systematyzacji pracy. Może Pan zdradzić jak Pan pracuje nad książkami? Jak unika utraty kontroli nad fabułą, pogubienia się w jej meandrach, zapędzenia się w kozi róg?

Początkowo moja kontrola była ograniczona do technologicznej i ogólnego sensu fabuły. Przy "Punkcie cięcia" wiedziałem już, że to podejście nie zadziała, więc postanowiłem wziąć się do sprawy w sposób zorganizowany - i zanim napisałem pierwszy rozdział, miałem gotowy plan, który mówił co się będzie działo, kiedy, jak planuję kończyć rozdziały, które fakty pokazuję gdzie, jak przemycam potrzebne informacje. Nie uniknąłem oczywiście kilku zmian tego planu, ale to mi zdecydowanie bardziej pasowało. Do ksiązki którą piszę teraz podchodzę w jeszcze bardziej poukładany sposób, a mimo to miałem już kilka zmian.

Proszę wybaczyć bezpośredniość, ale czy w Pana opinii książki pańskiego autorstwa sprzedają się zgodnie z Pana oczekiwaniami? Literacki rynek science fiction, umówmy się, jest i raczej pozostanie w Polsce niszowy, zwłaszcza jeśli chodzi o rodzimych autorów...

Powiedziałbym, że sprzedają się mniej więcej tak jak się tego spodziewałem. Do bestsellera jeszcze daleka droga, ale już mogę liczyć na to, że wydawca mnie nie wyrzuci za drzwi jak przyjdę z kolejnym, tekstem.
Polski rynek fantastyki niby nie jest wielki, ale przecież ma swoje bestsellery, istnieją zawodowi pisarze. W dodatku fantaści to chyba najwspanialsza możliwa grupa docelowa, bardzo aktywna, wspierająca i pełna pomysłów. Nawet jeżeli przyjąć, że to jakiegoś rodzaju nisza, to chyba najlepsza, do jakiej można trafić.

Seria WarBook, do której zaliczają się i Pana książki, jest według mnie znakomitą robotą. Military fiction, political fiction, science fiction spod szyldu WarBook i wydawnictwa pana Sławka Brudnego to dzieła naprawdę solidne i godne polecenia. Jeśli to nie tajemnica, proszę wyjawić, w jaki sposób trafił Pan pod skrzydła wydawnictwa Ender?

Przypadkiem i przyznam, że nie był to dla mnie oczywisty wybór. Miałem silne przekonanie, że Warbook zajmuje się jednak tekstami które mają ewentualnie fantastyczne wątki - ale nie science-fiction.
Warbook został mi zasugerowany jako ciekawa opcja, więc spróbowałem - w końcu co złego mogło się stać, najwyżej mnie odrzucą. Wiadomość zwrotną dostałem bardzo pozytywną, na co na tym etapie już powoli przestawałem mieć nadzieję. Jak łatwo się domyśleć - byłem zachwycony. Sławek Brudny powiedział wtedy, że myślał właśnie nad spróbowaniem zanurzenia się nieco w fantastykę i akurat mu się przytrafiłem. Słowem - szczęście.

Jeszcze słowo o "Punkcie cięcia". Z tego, co się orientuję promocja książki obejmuje wizyty w różnych miastach Polski. Gdzie i kiedy możemy się spodziewać Pana opowiadającego o swoim najnowszym dziele?

Przyznam, że nie mam poukładanej trasy promocyjnej, zresztą mam wrażenie, że jestem zbyt mało znanym autorem, żeby sama moja obecność przyciągnęła ludzi na spotkanie. Jak dotąd w przypadku "Punktu Cięcia" wyglądało to tak, że Sławek Brudny pisał do mnie maila, czy chciałbym mieć spotkanie tu-i-tu. Ja się zgadzałem i spotkanie się odbywało. Stąd moja trasa promocyjną na dzień dzisiejszy jest wirującą chmurą z której raz po raz wyłania się jakiś pomysł i ewentualna data. Jednak jedną z rzeczy, którą planuję - i bardzo chciałbym, żeby się udała - to wybrać się przynajmniej na fragment festiwalu "Rock and Read" - ale to dopiero po wakacjach.

Co dalej, Panie Michale? :-) Nie dopuszczam myśli, że zaniecha Pan kontynuacji losów Marcina Wierzbowskiego i spółki. Może Pan uchylić rąbka tajemnicy o przyszłych przygodach oddziału porucznik Cartwright, czego możemy się spodziewać? Jak wiele w ogóle planuje Pan książek osadzonych w swoim uniwersum?

Marcin Wierzbowski jest dla mnie dość istotną postacią, więc - przynajmniej jeszcze przez jakiś czas - pozostanie jednym z głównych bohaterów moich książek. Co do reszty - trudno powiedzieć, jest w końcu wojna. Na wojnie ludzie giną, także ci, których dobrze znamy.
W najbliższej książce zamierzam kontynuować wątek zaczęty w "Gambicie" - miejsc odciętych po Dniu, do których obecnie Unia próbuje powrócić. Ze względu choćby na oddalenie od linii frontu, książka ta będzie odrobinę inna od poprzednich, zresztą nie chcę pisać cały czas tej samej książki :-)
Moja "główna linia fabularna" jeszcze chwilę potrwa - ale, aby uspokoić, od razu powiem, że zamierzam utrzymać formę, w której każda książka jest samodzielna. To jest dość pojemny świat, lubię go, rozumiem jak działa - mam więc mnóstwo pomysłów, łącznie z (kiedyś) kryminałem noir mającym miejsce a Nowym Londynie, historią całkowicie oderwaną od wojska, ale istotną dla wojny.

Ostatnie już pytanie - jak zachęciłby Pan wszystkich tych, którzy nie znają Pana książek do sięgnięcia po Pana twórczość?

Jako czytelnik lubię niejednoznaczne konflikty i brak czarno-białego podziału. Lubię czytać o starciach inteligentnych przeciwników i znajdować drugie dna w przedstawianych historiach.
Jako autor, starałem się napisać książki, które mają te cechy. Na ile się to udało, trudno mi samemu ocenić, na pewno jednak próbowałem. Jeżeli ktoś lubi podobne rzeczy co ja, ma szanse - czy raczej ja mam szansę - że moje teksty mu się spodobają.

Dziękuję pięknie za wywiad :-)
Podgląd newsa | Skomentuj newsa

<< Nowiny | << Archiwum nowin

X Apoc - Trzynasty Schron [ v 1.0 ] & PHP by Hammer