<< Nowiny | << Archiwum nowin
25 sierpnia 2014
Wolfenstein: The New Order - recenzja - 17:26 - Gość 13S
Ilustracja do wiadomości 'Wolfenstein: The New Order - recenzja'Tekst napisała Fejzi, wrzucił Squonk.

Gra, która za bardzo chciała być filmem


Na nowego Wolfensteina czekałam z niecierpliwością. Czytałam zapowiedzi, jakoby gra ta miała być dobra pod kątem scenariusza, przepełniona czarnym humorem jak Bękarty wojny Tarantino, z piękną oprawą wizualną i możliwością wpływu na fabułę podejmowanymi decyzjami. Jednak Wolfenstein mnie rozczarował i nie wiem, czy będę jeszcze chciała do niego wrócić. Moja recenzja jest jedną z niewielu krytycznych ocen tej gry i muszę przyznać, że byłam mile zaskoczona faktem, że są osoby, które nie pieją z zachwytu nad jej rzekomą zajebistością - bo to nowy Wolfenstein.

Gra rozpoczyna się atakiem aliantów razem z naszym wolfowym bohaterem - B.J. Blazkowiczem - na kwaterę diabolicznego generała Trupia Główka, w celu ostatecznego rozprawienia się z nim. Szturm kończy się niepowodzeniem, B.J. zostaje ranny w głowę i budzi się po kilkunastu latach w szpitalu psychiatrycznym w okupowanej Polsce. Tak, Niemcy wygrali wojnę i opanowali cały świat, włącznie z Księżycem. Berlin to teraz Germania, a generał Trupia Główka wciąż ma się dobrze i zajmuje się tworzeniem armii śmiercionośnych robotów. Blazkowicz po ucieczce ze szpitala postanawia odnaleźć resztki ruchu oporu, by przeciwstawić się nazistom.

Tak rozpoczyna się gra, która miała być wydarzeniem, a zamiast tego pozostawia niesmak i irytację. W najlepszym wypadku wzruszenie ramion i stwierdzenie, że zagrać w to można, ale szału nie ma. To już nie jest Wolfenstein. Nawet jego niesłusznie niedoceniany poprzednik, zatytułowany po prostu Wolfenstein, miał w sobie charakterystyczny "wolfowy" klimat, którego tutaj brak. Grając w The New Order czułam się jakbym grała w zwyczajnego, współczesnego FPS-a o tematyce wojennej, których dzisiaj pełno. Zniknął gdzieś nadprzyrodzony klimat, i nawet easter egg w postaci poziomu z oryginalnego Wolfa tego nie ratuje. Misje są nudne jak flaki z olejem, przewidywalne, ograniczające się do dotarcia do określonego miejsca, wciśnięcia przycisku, przyniesienia czegoś czy poczekaniu na wsparcie. Większość lokacji to podobne do siebie tunele, korytarze i bunkry, po których się snujemy, strzelając i wykonując powierzone zadania. Przeciwnicy "wypróżniają" amunicją i walą do naszego bohatera jak do kaczki, a ich sztuczna inteligencja pozostawia wiele do życzenia. Czasami zapominają strzelać i odwracają się tyłem, czasami nie "pomyślą" o tym żeby nas okrążyć. Kolejną irytującą rzeczą są podwójne rodzaje broni. Jakkolwiek w starszych produkcjach zabieg ten był często stosowany, tak współczesne gry bardziej stawiają na realizm, a jak można strzelać jednocześnie z dwóch shotgunów czy dwóch karabinów maszynowych? Blazkowicz to nie robot, tylko człowiek. Na szczęście można również korzystać z pojedynczych rodzajów broni.

Kolejną sprawą jest grafika. Od gry zajmującej 50 GB miejsca na dysku spodziewałam się czegoś więcej, a tymczasem graficznie wypada najwyżej przyzwoicie. Widać to zwłaszcza w teksturach widzianych z bardzo bliska (są "plastikowe") oraz w dużych lokacjach widzianych w perspektywie (są płaskie). Wydaje się, że jest to kolejna gra robiona z myślą o konsolach, zamiast o PC.

Jeśli chodzi o scenariusz i koncepcję gry to wygląda to tak, jakby nowy Wolf robiony był przez bandę ekstrawertyków. Wszystko jest tu przesadzone, egzaltowane, z typowym rozmachem cechującym hollywoodzkie produkcje filmowe. Pomysłów mnóstwo, tylko nie wszystko ze sobą współgra. Jeśli ktoś lubi amerykańskie, "zaangażowane" kino wojenne to ta gra jest dla niego. Bohaterowie prawią wzniosłe komunały o wojnie, wolności, niepodległości i braterstwie, a przoduje w tym sam Blazkowicz. W poprzednich odsłonach Wolfensteina B.J. był cichym bohaterem, bez szemrania wykonującym swoje zadania. Teraz twórcy postanowili wzorem współczesnych standardów pobłogosławić go darem mowy. Byłoby lepiej, gdyby nie odzywał się wcale. Blazkowicz karmi nas banałami i pseudo filozoficznymi przemyśleniami wziętymi z kapelusza, jak również zupełnie niepotrzebnymi wtrętami o swoim dzieciństwie. A to wszystko w większości pomiędzy jednym a drugim nazistowskim trupem. W wolnych chwilach uprawia seks z panną, będącą męczennicą w słusznej sprawie (nawiasem mówiąc jej historia jest dość naciągana). Zwłaszcza druga scenka erotyczna przyprawia o zgrzytanie zębów. Twórcy z cichego i skutecznego B.J.'a zrobili przyciężkawego typa o kwadratowej szczęce, ponurego i zionącego nienawiścią do Niemców. Tak naprawdę stworzyli antybohatera, z którym ciężko się identyfikować. Inna sprawa, że udzielający mu głosu Brian Bloom, jeden z moich ulubionych aktorów głosowych, odwala tu kawał dobrej roboty. Gorzej sprawa wygląda z Alicją Bachledą-Curuś, podkładającą głos pod sympatię głównego bohatera. Bachleda po angielsku mówi szybko, niewyraźnie i niechlujnie. Jednak pomimo to właśnie udźwiękowienie stanowi mocną stronę tej gry. Niemcy mówią tutaj po niemiecku, a nie po angielsku z niemieckim akcentem. Pojawia się też język polski, a nawet Krzysztof Gosztyła w niewielkim epizodzie.

Scenariusz w dużej mierze opiera się na kwestii "co Amerykanie wiedzą o drugiej wojnie światowej i Europie". Droga z Polski do Niemiec wygląda, jak nie przymierzając autostrada międzystanowa. Obóz koncentracyjny na Słowacji to pagórek z wieżą strażniczą i dwa baraki na krzyż. Na scenę uwolnienia więźniów tego obozu spuśćmy kurtynę milczenia.

W grze roi się od tandetnej symboliki w rodzaju nacinania sobie przedramienia za grzechy czy lukrowanych obrazków szczęśliwego życia z ukochaną u boku, dziećmi, psem i domkiem na przedmieściach. Odnajdujemy łzawe listy i nagrania, słyszymy miłosne wyznania i szepty. Czarnego humoru tutaj ani śladu, a zamiast Tarantino mamy kiepskie romansidło okraszone pseudo patriotycznym bełkotem w amerykańskim stylu.

Odnośnie nacinania, bohaterowie wprost uwielbiają mokrą robotę i ciachanie się nawzajem nożami. Szczególnie lubuje się w tym okrutny generał Trupia Główka, skądinąd świetnie stworzona postać. Generał lubi też wyciągać mózgi z żywych jeszcze ludzi w celu wykorzystania ich do "zasilania" swoich blaszanych super żołnierzy. Odnoszę wrażenie, że brutalność tej gry to momentami sztuka dla sztuki. Im więcej ciachania. im więcej krwi tym lepiej. Nie jest to zarzut w przypadku gier robionych z przymrużeniem oka, jednak w przypadku tak "sieriożnej" i wzniosłej produkcji razi.

Gra ma kilka mocnych stron i dobrych momentów, np. z esesmanką w pociągu czy z Trupią Główką. Kapitalnym pomysłem było przerobienie muzycznych klasyków z repertuaru Beatles czy Animals na "wersję niemiecką", pokazanie propagandowych wycinków prasowych w różnych językach czy lądowanie na Księżycu przez Hansa Armstarka zamiast Neila Armstronga. Są to jednak nieliczne pozytywne cechy tej produkcji, której potencjał został zmarnowany przez wysilony dramatyzm i pomieszanie z poplątaniem.

Jeśli ktoś poszukuje przyzwoitego shootera bez konieczności analizowania fabuły i zgrzytania zębami na niedociągnięcia to nowy Wolfenstein jest dla niego.

Podgląd newsa | Skomentuj newsa

<< Nowiny | << Archiwum nowin

X Apoc - Trzynasty Schron [ v 1.0 ] & PHP by Hammer