<< Nowiny | << Archiwum nowin
26 września 2009
„Surogaci” - okiem nobilisa - 9:17 - Zagłoba
Surogaci
Tajemnicą poliszynela jest, że kuluarami w możnych willach hollywoodzkich potentatów filmowych rządzi jedna i na dodatek wyjątkowo zmienna dziewka – moda. Nie trzeba mieć umysłu Einsteina lub zmysłów tropicielskich Holmesa, aby dojść do tego logicznego wniosku. Wystarczy pobieżnie przeanalizować historię premier filmowych, pochodzących prosto z planów „Fabryki Snów”. Swego czasu mieliśmy powrót do starożytno-średniowiecznych klimatów, który zapoczątkował sukces kasowy „Gladiatora” Ridley’a Scotta. Potem przyszedł czas na reanimacje i odkurzenie dawnych bohaterów - Johna McClane’a, Rambo, Dr Henry’ego Jonesa czy Terminatora. Natomiast obecnie panuje mocny trend na ekranizacje czegokolwiek związanego z komiksem, co nie jest wcale szokującą informacją, patrząc na pieniądze jakie przyniósł niejaki „Człowiek-pająk” czy „Człowiek ze stali”. Co interesujące, tym razem bogacze hollywoodzcy ochoczo dają pieniądze również tym reżyserom, którzy czerpią inspiracje z tytułów może mniej popularnych, ale równie klasycznych i skłaniających do głębszych refleksji.


Może i by było wszystko wspaniale, w końcu miło jest obejrzeć na ekranie jakieś frapujące uniwersum z historią skłaniającą do myślenia, gdyby nie dawno tej mamony byle komu. Niestety nie wszyscy mogą być takimi wizjonerami jak Zack Snyder, a sama podstawa, jaką jest komiks, to często za mało. Przekonał się o tym boleśnie nawet sam Frank Miller (autor historii obrazkowych takich jak „Sin City” czy „300”), gdy w swoim debiucie reżyserskim koncertowo spartolił „The Spirit”.

obrazek


Kolejną ekranizacja komiksu, która zadebiutowała w piątek na ekranach polskich kin są „Surogaci”. „The Surrogates” to futurystyczna, składająca się z pięciu tomów, rysunkowa opowieść autorstwa Roberta Venditti. Uniwersum jest stosunkowo świeże, gdyż pierwszy zeszyt pochodzi z 2005 roku, lecz częste porównania do kultowego „Łowcy androidów” i sukces jaki osiągnęła ta intrygująca wizja przyszłości, skutecznie zanęcił producentów filmowych do wykupienia praw, pozwalających na przeniesienie „Surogatów” na duży ekran. Na stołku reżyserskim osadzono niejakiego Jonathana Mostowa, który pozwolił się poznać szerszej publiczności za sprawą efekciarskiej i mocno kontrowersyjnej kontynuacji legendarnej serii - „Terminator 3: Bunt Maszyn”. Mocno dyskusyjna decyzja jeżeli mnie pytacie, ale zachowam ostatki obiektywizmu i nie będę pisał co myślę o jego ostatnim „dziele”.

Tym bardziej, że pierwszą podstawą do obaw był oficjalny zwiastun, który owszem – prezentował się nieźle, ale przedstawiał film jako typową futurystyczną historyjkę z mnóstwem efektów specjalnych, pościgów i strzelanin; gdzie Bruce Willis ponownie zabawi się w Pana Prawo i Porządek, skopie kilka tyłków i rzuci jakimś kolejnym, pełnym patosu, tekstem. Polski plakat też nie pozostawiał złudzeń, tekst „Tylko on może nas ocalić!”, powodował u mnie niesmak. No i nie oszukujmy się, chociaż Willis ma u mnie nieograniczony kredyt zaufania, to czas leci, a aktor nie młodnieje. To już nie jest ten sam cyniczny skurwiel z papierosem w ustach, za którego go wręcz ubóstwiam i który potrafi podnieść swoją charyzmą nawet najgorszy koncept fabularny. Wizja 54-letniego, podstarzałego agenta FBI, który prawi morały oraz mówi o doli i niedoli człowieka, potrafiła przyprawić mnie o gęsią skórkę. Czy obawy były słuszne? Niestety.

Rok 2054 to czas kiedy człowiek jest absolutnie wolny i może spełniać swoje najskrytsze marzenia bez żadnych obaw i ograniczeń. Powodem tego jest rewolucyjny wynalazek Dr Lionela Cantera (James Cromwell) – Surogacja. Surogaci to idealne maszyny-sobowtóry, sterowane myślami człowieka, które są zdolne praktycznie do wszystkiego i nie posiadają fizycznych ubytków ludzkiego ciała. Początkowo stworzone dla ludzi ciężko chorych i niepełnosprawnych (możliwość pełnego powrotu do społeczeństwa) oraz dla wojska (wirtualne, bezkrwawe konflikty), z czasem trafiły do cywilnych użytkowników. Możliwości jakie daje Surogacja (brak chorób, brak urazów, idealne wersje nas samych) stopniowo uzależniła i sparaliżowała społeczeństwo, do tego stopnia, że nastąpiła całkowita izolacja, a jedyny kontakt odbywa się właśnie za pomocą maszyn.

obrazek


Spada przestępczość, morderstwa istnieją już tylko w legendach, a gwałtowni osobnicy są z łatwością „neutralizowani”. Dla nielicznych ludzi, którzy sprzeciwili się idei Surogacji (zwanych pogardliwie „workami z mięsem”), powstają specjalne getta, gdzie wstępu nie mają maszyny. Dowodzi nimi tajemniczy Prorok (Ving Rhames), który z iście fanatyczną maksymą głosi, że ludzie żyją w kłamstwie i zatracili swoje ideały.

Pozorny pokój i rajską rzeczywistość zakłóca przerażające morderstwo. Ktoś zaczyna polować na Surogatów i ich ludzkie odpowiedniki, a jego pierwszą ofiarą jest Jarid Canter, jedyny syn ojca Surogacji. Do akcji wkracza agent FBI Greer (Bruce Willis) i jego partnerka agentka Peters (Radha Mitchell). Utopia zaczyna powoli się rozpadać i stopniowo toczy ją zgnilizna.

Przy tworzeniu komiksu Venditti kierował się doniesieniami mediów, traktujących o osobach głęboko uzależnionych od Internetu i swoich wirtualnych tożsamości. Postanowił przedstawić interesujący koncept futurystycznego świata; zadając przy tym pytanie, co by było gdybyśmy nigdy nie wychodzili z domu, a zastępowałby nas roboty, stanowiące obraz naszych odwiecznych marzeń i pragnień? Czy takie wirtualne zbieranie doświadczeń, nie obdarłoby nas z naszej własnej osobowości? Gdzie jest granica człowieczeństwa i czy, aby na pewno powoli nie jest przekraczana?

obrazek


Jeżeli jednak liczyłeś na ambitne dzieło i krystaliczne odzwierciedlenie komiksu, to pomyliłeś adresy. Niestety film to kolejna, banalna i widowiskowa historyjka rodem z Hollywood. Jest zwyczajnie, schematycznie i tendencyjnie, a zamiast porządnego kina z przejmującą intrygą i drugim dnem, dostajemy typowe efektowne mordobicie, z nieudolnym knowaniem. Mostow ponownie zaprzepaścił okazję i dobrą podstawę zamienił w mdłą papkę, gdzie od samego początku widza traktuje się jak idiotę, pokazując mu kto tu jest zły i nieludzki, a kto jest nieskazitelnie dobry i heroiczny.

Scenariusz „Surogatów” ponownie serwuje nam opowieść o twardym facecie po przejściach, który może i jest znakomity w łapaniu wykolejeńców, ale w życiu rodzinnym kompletnie sobie nie radzi. Niby Willis nie wypadł źle, ale umówmy się, że aktor przyzwyczaił nas do roli twardych skurczybyków, którzy zabijają tabuny przeciwników z ironicznym uśmiechem na ustach i rzucających cynicznymi tekstami jak z rękawa. W końcu nie pokochaliśmy jego za granie uczuciowców, którzy lamentują pod drzwiami zdradzającej go żony, nie? Dialogi też pozostawiają niestety sporo do życzenia. Są po prostu drętwe i bezbarwne. Gdzie się zapodział smakowity klimat Venditti’ego? Człowiek podczas seansu zadaje sobie bez przerwy pytanie, jak do ciężkiej cholery można to było spieprzyć?

Jedynym światełkiem w tunelu jest właśnie Bruce Willis, dla którego rola głównego bohatera była po prostu stworzona. Greer to zmęczony życiem charakternik, który w sytuacjach krytycznych pokazuje pazur i nie daje łatwo za wygraną. Przeciwnicy aktora zapewne znów zaczną kręcić nosem, że przez cały film „jechał na jednej minie twardziela i tylko w nim był, ale niekoniecznie grał”. Jednakowoż ja uważam, że znowu zrobił swoje i wyszło mu to całkiem nieźle – szczególnie na tle reszty. Całkiem znośnie wypadł też James Cromwell, pomimo tego, że rolę w „Surogatach” dostał epizodyczną. Ogólnie ciężko mi kogoś jeszcze wyróżnić, bo pozostała obsada, niczym szczególnym się nie odznaczyła. Jak to w filmach akcji, pod względem gry aktorskiej jest przeciętnie.

obrazek


Oczywiście jeżeli popatrzymy przez pryzmat kina akcji, film prezentuje się solidnie. Zapierające dech w piersiach pościgi, trzymająca w napięciu fabuła i emocjonujące strzelaniny – to coś co powinno zadowolić każdego konesera tegoż gatunku. Dzięki niebiosom, mimo tego, że Mostow po raz kolejny przeszedł obok tematu, to udało mu się przemycić odrobinę klimatu zawartego w komiksie. Surogaci to idealne odbicia nas samych – chodząca doskonałość. Jednakowoż to co wygląda na prawdziwe i rzeczywiste, jest tak naprawdę całkowicie pokryte fałszem i zakłamaniem. Ludzie bez maszyn to tak naprawdę żałosny i twardy obraz rzeczywistość – niezadbane, nieradzące sobie nawet z najprostszymi problemami i bojące się wyjść na zewnątrz istoty. Piękna kobieta z niesamowitą osobowością, którą spotykamy w klubie, może okazać się tak naprawdę podstarzałą matką z depresją lub… grubym i obleśnym facetem. Analogia do współczesnego społeczeństwa internetowego jest aż nazbyt widoczna. Wrażenie robi też scena przedstawiająca futurystyczny konflikt oraz ta z niecodziennymi używkami.

Film od strony technicznej prezentuje się całkiem porządnie. Efekt specjalne i oprawa dźwiękowa, choć nie zasługują na peany, potrafią ucieszyć oko, ucho i nasze podniebienia.

Okiem nobilisa
Stranger

„Surogaci” to frapujący świat i niezły koncept fabularny, ale jak to w filmach akcji, wyszła z tego raczej ładna historyjka z przesłodzonym zakończeniem, niż coś zmuszającego do myślenia. Jak się nie nastawiacie na coś głębszego, tylko na porządną akcję, strzelaniny i liczne zwroty akcji (jeden był nawet zaskakujący!), a po seansie macie perspektywę kilku „głębszych”, w lokalnym pubie z przyjaciółmi - to narzekać i żałować pieniędzy nie powinniście. Bo film jest tak jak dania w fast-foodzie. Może i są niezdrowe oraz tylko chwilowo zaspokajają apetyt, ale czasem trudno sobie odmówić „wrzucenia na ruszt” serwowanych tam potraw. Zawsze to jakaś niezła i miła dla podniebienia odskocznia od wyszukanych frykasów, a jeden hamburger chyba nam jeszcze nigdy nie zaszkodził?

Ocena 4.5/10

PS. Fani solidnego kina akcji z Brucem Willisem mogą dorzucić półtora punktu do tej oceny.

Podgląd newsa | Skomentuj newsa

<< Nowiny | << Archiwum nowin

X Apoc - Trzynasty Schron [ v 1.0 ] & PHP by Hammer