<< Nowiny | << Archiwum nowin
30 maja 2014
Premiera w klimatach: 'Godzilla' - 20:05 - Veron
Ilustracja do nowiny Premiera w klimatach: 'Godzilla'
Moja pierwsza myśl po obejrzeniu nowej Godzilli? To naprawdę mógł być wielki film... Konkluzja rzecz jasna nasuwa się sama, ale wcale nad monster movie Garetha Edwardsa pastwić się nie zamierzam. Bo ani jemu, ani tytułowemu potworowi zarzucić wiele nie można (zwłaszcza temu drugiemu). Autor niezgorszej Strefy X wybronił swoją koncepcję filmu na tyle, na ile mógł. Zawiodła przede wszystkim hollywoodzka influencja - aksjomat współczesnych blockbusterów, smutny stygmat czasów.

Nowa Godzilla została przekombinowana na poziomie fabuły i to jest jej podstawowy mankament. Nie ma w niej ani charyzmatycznego protagonisty, ani nieinfantylnych wątków pobocznych, lejtmotyw zaś jest rozmyty, momentami totalnie bzdurny i generalnie nie potrafi wciągnąć na maksa. Tok fabuły śledzi się z co najwyżej umiarkowanym zainteresowaniem, dialogów słucha z kwaśną miną, konstrukcje bohaterów obserwuje przez palce. Dziecięca perspektywa wielu scen filmu - choć to klarowny ukłon reżysera w stronę Stevena Spielberga z czasów świetności - trąci pensjonarskością i potrafi czasem porządnie zirytować. Niestety, script doctorzy przesadzili z ingerencją i to odbija się na efekcie końcowym. Aktorzy natomiast... ograniczę się do stwierdzenia, że film jest fatalnie zagrany. Tyle.

Chciałoby się jednak powiedzieć, że za finalnym obrazem dzieła stoi dyrygent wszystkich jego elementów, czyli reżyser. To on ma - przynajmniej w teorii - decydujący głos w kwestii takiego doboru składowych, by widz wyszedł z kina ukontentowany i historią, i sposobem jej opowiedzenia. Paradoksalnie Garethowi Edwardsowi udało się zachować klimat swego udanego debiutu, ba! nawet japońskiego pierwowzoru z lat 50-tych. Stworzył blockbuster, jak najbardziej, ale blockbuster wymagający, przekorny, igrający z cierpliwością widza i... wygrywający z nią. Tajemnica jest symptomatem Godzilli, ekranowa Godzilla zaś - fantastycznym zwieńczeniem swej najnowszej filmowej odsłony.

Niczym wspomniany Spielberg w Parku Jurajskim (także poniekąd w Szczękach), ale i w stonowanej atmosferze wspomnianej Strefy X, Edwards prowadzi narrację posiłkując się zasadą dawkowania informacji. Z rzadka wplata ujęcia potworów, jeśli już - to z nieoczywistej perspektywy, momenty naładowane suspensem pokazuje z optyki przerażonych ludzi (tu czasami cięcia zawodzą, gdyż ma się poczucie przerwania interesującej akcji) lub uczestniczących w niej amerykańskich marines, których oczywiście zabraknąć nie mogło (fenomenalna sekwencja desantu HALO - vide plakat). Długo każe czekać na pojawienie się tytułowego jaszczurzyska, także i później celowo skąpi jego ujęć. Kiedy jednak oglądający dostaje w końcu możliwość przypatrzenia się Godzilli w pełnej okazałości... No cóż, ja przeżyłem audiowizualne uniesienie. Godzilla nigdy nie wyglądała, nie brzmiała i nie magnetyzowała tak doskonale. M.U.T.O. niczego nie brakuje, podobnie jak walkom gigantów, ale to legenda rządzi i dzieli w filmie Edwardsa.

Filmie, który przedstawia Godzillę w tak dosadnym przeciwieństwie do wizji Rolanda Emmericha z 1998 roku. To wreszcie (bo takież było założenie japońskiego oryginału) siła natury, nad którą człowiek nie ma absolutnie żadnej kontroli, nie bezmyślna potęga, której celem jest jedynie zniszczenie. "Master of Disaster" powinien się wstydzić - wypada przy Edwardsie jak niedojrzały fiksat, nadmiernie rozentuzjazmowany obsesjonat demolki.

Dlatego tym bardziej bolą niedociągnięcia Godzilli Garetha Edwardsa. Film to... nie tyle o zmarnowanym potencjale, bo byłaby to obraza konsekwentnej pracy reżysera. Bardziej - usidlony, stłamszony w pewnym sensie przez wytwórnię, producentów - cały ten okołofilmowy anturaż, niezbędny, acz nadto zaangażowany. Jest nieźle, ale mogło być znakomicie.

Moja ocena: 5,5/10

Podgląd newsa | Skomentuj newsa

<< Nowiny | << Archiwum nowin

X Apoc - Trzynasty Schron [ v 1.0 ] & PHP by Hammer