<< Nowiny | << Archiwum nowin
21 maja 2011
Koniec… wciąż nie jest bliski - 17:47 - Ulyssaeir
Gone baby, gone!
Chciałbym się z Wami podzielić pewnymi przemyśleniami, do jakich całkiem niespodziewanie doszedłem ostatnimi czasy. W trakcie urokliwego spaceru z moim psem, grzejąc zarówno mój jak i psi pysk w ostatnich tego dnia, jakże łaskawych promieniach zachodzącego nad Katowicami słońca, w mojej głowie zrodziła się osobliwa myśl. Co jest dziwne już z racji tego, że zwykle chwil olśnienia, wzorem Archimedesa, doznaję mocząc tyłek w wannie.

Ale ja nie o tym.

W takim razie o czym?


Nie wiem, czy za sprawą schronowego wypaczenia i zamiłowania do tematyki postapo mój umysł automatycznie przekształcił czerwoną tarczę słońca i otaczające je chmury w atomowego muchomora, czy może na skutek ostatnich, dodam kolejnych w tym roku i niewiele wartych doniesień o rychłym końcu świata. Tak czy inaczej, spróbowałem, tylko na 5 sekund, ledwie na krótką chwilę stworzyć w swojej głowie przekonanie, nie o prawdziwości wyssanych z palca teorii o sobotnim przyjściu Wielkiego J’a, lecz że w tej właśnie chwili nasz świat się kończy w jeden z najbrutalniejszych sposobów znanych katastrofistom a przecież nam jeszcze lepiej – przez wojnę atomową. Mam tu jednak na myśli prawdziwe uwierzenie, z użyciem wszystkich zmysłów, całej siły woli i autoperswazji, uwierzenie tak potężne, przy którym cierpnie skóra, błyskawicznie spłyca się oddech, serce gwałtownie przyspiesza, żołądek się zaciska, podobnie zresztą jak krtań, źrenice rozszerzają się, gardło zalewa dziwna gorycz i ma się wrażenie, że wraz z nierzeczywistym, niespodziewanym zatrzymaniem się świata, całkiem realnie staje także i czas.

W głowie natychmiast pojawia się tysiące wytworzonych przez wyobraźnię, zainspirowanych filmami, grami, relacjami wojennymi i zdjęciami scen, które choć nie pochodzą z postapokaliptycznej, dystopijnej rzeczywistości zniszczonej cywilizacji, przedstawiają nawet bardziej przerażające, bo przecież prawdziwe, realia wyniszczonych przez kataklizmy rejonów globu. Co ciekawsze, katastroficzne wizje są tym bardziej odczuwalne, gdyż wyobraźnia nakłada je na miejsca, które dobrze znamy i w których często przebywamy albo nawet jesteśmy codziennie: miejsca pracy, spotkań ze znajomymi itp. Wrażenie wydaje się na tyle realne, iż wyraźnie odczuwalne są skutki rozprowadzania adrenaliny w układzie krwionośnym i jej wpływ na całe ciało, choć w danej chwili jest to ostatnie, do czego ucieka zaskoczony i nieco zdezorientowany własną potęgą i twórczością umysł.

Tak szybko, jak wrażenie udało się wywołać, tak też zostało wypchnięte z głowy przez świadomość fikcyjności doznań. Już małą chwilkę później, po ledwie kilku sekundach, które zdawały się trwać wyjątkowo długo, znów byłem w uwielbianym przeze mnie mieście, grzejąc twarz na słońcu, spacerując z psiakiem. Niby nic się w tym krótkim czasie nie zmieniło, świat był dokładnie takim, jakim go zostawiłem, opuściłem, nie czyniąc nawet jednego kroku. A jednak, było w tym świecie coś innego, coś jeszcze, poza mną. Zieleń była równie zielona, wiatr tak samo orzeźwiający. Może więc zmiana polegała na łatwiejszym dostrzeżeniu i docenieniu przeze mnie tych rzeczy? Może bardziej dotarła do mnie jedna z przydatniejszych porad bohatera „Zombieland” – by cieszyć się drobnymi rzeczami?

W tym momencie, odprowadzając słońce wzrokiem aż do widocznej na horyzoncie linii drzew, poczułem się wyjątkowo dobrze; Wiedząc, że świat jest zbudowany tak jak jest i żadna wiara lub jej brak nie zmienią go ani tym bardziej nie zniszczą. Uświadomiłem też sobie jak bardzo jest mi żal ludzi, którzy mają swoje pasje, w większy lub mniejszy sposób determinujące ich życie, jednak w przeciwieństwie do nas i naszego postapokaliptycznego zamiłowania, pasje tych osób są destruktywne oraz niszczące nie tylko dla pasjonata, także ludzi, na których oddziałuje, wciąż pozostając na tyle obezwładniającymi, że nie pozwalają dojść do głosu logice i rozsądkowi.

Wszyscy pewnie słyszeli, bo nie usłyszeć było wyjątkowo trudno, o zapowiedzianym przez Harolda Campinga i mającym rzekomo nadejść w dniu dzisiejszym końcu świata. Patrzę właśnie na zegarek - do 18:00 zostało jeszcze trochę czasu. Mimo tego, nie szykuje się na żaden koniec końców. W planach mam coś o wiele lepszego – pierś kurczaka z ryżem w sosie słodko-kwaśnym. Nie daję temu wiary z kilku powodów, m.in. dlatego, że nie jestem aż tak naiwny – ot posługuje się rozumem, zaś cudowny wynalazek Internetu pozwala mi stwierdzić, że liczba ludności świata nie zmalała o jakieś 4 miliardy istnień ludzkich a Azja, gdzie szósta po południu zdążyła już wybić dawno temu, nadal istnieje. Istnieje i ma się całkiem dobrze., nie licząc Japonii, która zmuszona jest sobie tylko radzić, oraz Korei Północnej, z którą nie radzą sobie ani uważane za cywilizowane rządy krajów wysoko rozwiniętych, ani międzynarodowe organizacje i ich stowarzyszenia. Nieszczególnie dobrze radzą sobie także ludzie w Iraku, Afganistanie i strefie Gazy. Ponadto Gruzji, północnej Afryce… cholera, naprawdę przyszło nam żyć w „ciekawych czasach”. Ale ja nie o tym, przynajmniej nie dziś.

Nikt, kto nie jest zamknięty w betonowym bunkrze własnych, upadających w zderzeniu z logiką, ubzduranych przekonań, nie oczekiwał chyba, że kolejny zapowiadany koniec świata będzie "tym jedynym". Wszechświat jest mimo wszystko bardziej złożony, by rozszyfrować go za pomocą najprostszych matematycznych działań - dodawania i mnożenia – nawet przeprowadzonych przez inżyniera a więc osobę wykształconą w kierunku operowania matematyką, udało się Dzień Sądu przewidzieć. Nasz ewentualny Host (bardzo polubiłem to dyplomatyczne i politycznie poprawne określenie sprawczej siły, która w domniemaniu stworzyła życie, nawet jeśli tą siłą są prawa fizyki, natury i przypadek) z pewnością zabezpieczyłby się lepiej na okoliczność ludzkiej dociekliwości i przynajmniej mocno utrudnił, jeśli nie uniemożliwił, obliczenie ostatniej daty z ostatnich. Matematyka nie kończy się na potęgowaniu, są jeszcze macierze, całki oznaczone i nieoznaczone, różniczki… zwłaszcza różniczki powinny być bliskie przepowiadającym koniec świata. Rozsądkowi wymyka się też sztywno określona liczba tych, którzy, zgodnie z przepowiednią inżyniera, byliby zbawieni - zwolennicy samozwańczego proroka od miesięcy namawiali ludzi do powrotu "na właściwą ścieżkę" (i właściwy kurs :) ). Co by się stało, gdyby ich misja zakończyła się sukcesem? Co by się stało z tymi wszystkimi, którzy uwierzyli a nie zmieścili się w limicie 200 000 000 zbawionych dusz? Interesujący jest także, godny przytoczenia, ale już nie skomentowania, sposób argumentowania zasadności dokonanych wyliczeń:
"Pokażcie mi w Biblii dowód na to, że tego dnia nie będzie końca świata".

Właśnie dlatego jest mi żal. Pomyślcie tylko, przez co ci ludzie przechodzili przez ostatnie miesiące, które wcale nie okazały się być „ostatnimi” – przynajmniej nie w takiej formie, w jakiej spodziewali się tego przemierzający amerykańskie (przede wszystkim, lecz nie tylko!) drogi „jeźdźcy apokalipsy”. Wyśmiewani, krytykowani, związani ze sobą tylko chorym przekonaniem, które ma chronić ich przed niepewnością jutra. Szukając jedynie odpowiedzi na zadawane od wieków pytania dotyczące sensu życia i jego pochodzenie, poszukując w świecie rzeczy absolutnie pewnych, na których mogliby "zbudować siebie" i schować przed równie brutalnym, co nieprzewidywalnym, życiem, powierzyli wszystko, włącznie z życiem zawodowym i rodzinnym oraz spójnością wewnętrzną. W zamian uzyskali jeszcze większe zwątpienie, słabość i rozczarowanie, lecz przede wszystkim dalsze zagubienie, które, o ironio, z każdym kolejnym wyznaczonym terminem w jeszcze większy sposób naraża ich na wpływy innych.

Tym, co w przytoczonej historii irytuje mnie najbardziej, jest podejście do tej sprawy mediów. Zamiast ignorować podobne wystąpienia, dziennikarze im hołdują i nagłaśniają. Kiedyś już na łamach Trzynastego Schronu miałem przyjemność pisać o pseudodziennikarstwie i nie zamierzam się powtarzać. Liczę jednak na to, że gdy przy kolejnej przepowiedni ludzie popełnią zbiorowe samobójstwa, medialne sumienie ludzi szukających sensacji i łatwych tekstów będzie choć trochę odpowiedzialne. Szkoda, że mimo upływu czasu pewne rzeczy nie zmieniają się. Chociaż wniosek wypływający z poprzedniego zdania doskonale współgra z osławionym "War, war never changes", to wydawało by się, że nie powinniśmy stać w miejscu a rozwijać się i nieustannie pracować nad sobą, w myśl starego przysłowia "Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz".

Zatem - dobranoc i dzień dobry. Oto pierwszy dzień reszty naszego życia. Świat istnieje, ale jego kształt zależy od nas. I niech to ostatnie będzie krótkim, miejmy nadzieję, trafnym podsumowaniem całości.

Życzcie mi smacznego!

Podgląd newsa | Skomentuj newsa

<< Nowiny | << Archiwum nowin

X Apoc - Trzynasty Schron [ v 1.0 ] & PHP by Hammer