<<Niusy
01 marca 2014
Schronowy Znak Jakości #6 - 8:21 - Squonk
Schronowy Znak Jakości
Są książki, których nie powinno się czytać będąc "dziecięciem". Nie pamiętam zresztą co było pierwsze: gra czy książka. A dokładnie gra Dune II: Battle for Arrakis, luźno nawiązująca do historii zarysowanej na kartach tej powieści. A jednak coś "zagryzło". Klimat, nastrój, tajemnica pustynnego świata, przedstawiona w grze, co sprawiło, że sięgnąłem po literackie dzieło Franka Herberta. A po nim po następne części, co było już błędem. Bowiem pierwszą książkę z serii, choć z trudem może ogarnąć umysł kilkunastoletniego dzieciaka. Jest tam przygoda, jest droga przemiany, którą musi przejść główny bohater. Historie jakich powstały tysiące jeśli nie miliony, a jednak było to "COŚ", co sprawiało, że parłem przez nią naprzód.

Młody człowiek, gdy z fazy dziecka przechodzi w stan dorosłości, szuka odpowiedzi jak zrozumieć świat, który go otacza. Poznać jego mechanizmy, zasady, systemy działania. Zabawne jest, że w Diunie można to wszystko znaleźć, w oparciu o świat tam przedstawiany. Jednak znaleźć, a zrozumieć to dwie inne rzeczy.

Kto się jeszcze z nim nie zmierzył może spróbować. Może i ja również, kiedyś - ponownie - spróbuje.

Notka informacyjna
Dyskusja na forum Trzynastego Schronu

Podgląd newsa | Skomentuj newsa

02 marca 2014
Polecamy nowości z serii WarBook! - 18:07 - Veron
19-ego lutego, a więc dosłownie chwilę temu, miały miejsce dwie premiery wydawnictwa Ender z dobrze znanej czytelnikom Trzynastego Schronu, klimatycznej serii WarBook. Obie zapowiadają się rewelacyjnie i obie gorąco Wam polecamy.

Władysław Wilk - Dziennik snajpera


Pierwszą z nich - jednocześnie rozpoczynającą nowy cykl Kondotierzy - jest "Dziennik snajpera" autorstwa Władysława Wilka.

Walczył ramię w ramię z Czeczenami podczas pierwszego konfliktu z Rosją. Porzucił aparat fotograficzny i chwycił za karabin poruszony bestialstwem rosyjskich żołnierzy. Federacja Rosyjska wydała na Władysława Wilka wyrok śmierci. Jest ścigany listem gończym. Do dziś żyje w ukryciu.

Dziennik snajpera to szokujący, brutalny opis potwornej wojny. Popatrzysz na nią przez lunetę snajperskiego karabinu. Poczujesz to samo co żołnierz gdy pociąga za spust. I gdy unika śmierci.


Jakub Pawełek - Wschodni grom


Drugą propozycją jest "Wschodni grom" autorstwa Jakuba Pawełka. Wizja III wojny światowej - to chyba mówi wszystko...

Gigantyczna eksplozja niszczy polską magistralę przemysłową. Wszystkie tropy prowadzą do Moskwy, która gwałtownie zaprzecza. Na Bałtyku i przy naszych wschodnich granicach dochodzi do zbrojnych incydentów. Tymczasem chiński koncern chce przejąć rosyjski Gazprom. Rosji to się nie podoba. Dochodzi do fali zamieszek. Moskwa zakręca Chinom kurek z gazem. W odwecie ogromny czerwony smok uderza całą swoją potęgą. Zaczyna się od cybernetycznego ataku, który paraliżuje system obrony atomowej Rosji. Przez wschodnie granice na Syberię wkracza największa armia świata...

Nadchodzi czas generałów. Po której stronie konfliktu stanie Polska? Uderzy na Rosję? A może stanie się jej sojusznikiem?


Polecamy "Dziennik snajpera" i "Wschodni grom" - nowości z WarBook!

Podgląd newsa | Skomentuj newsa

08 marca 2014
S(chr)onety krymskie - 0:23 - Squonk
Ilustracja do newsa S(chr)onety krymskieAdam Mickiewicz, gdy w latach dwudziestych XIX wieku przemierzał ostępy Krymu, zapewne nie przewidywał, że prawie 200 lat później jego śladami podąży redaktor Trzynastego Schronu Chrzysztof. Miejsce to kojarzyłoby się dziś tylko smakoszom historii z czasów Pierwszej Rzeczpospolitej, jako siedziba groźnej ordy tatarskiej, gdyby nie wydarzenia z ostatnich tygodni.

Reasumując więc - TAK - nasz człowiek tam był, a co widział to przekazał Wam. Parę lat temu wrzuciliśmy już relację Chrzysztofa z wyprawy do krymskiego miasta Szcziołkino, w którym "straszy" kompleks niedokończonej elektrowni atomowej. Okazało się jednak, że Chrzysztof w swoich zasobach ma też zdjęcia z portu rosyjskiej marynarki wojennej z Sewastopola. No cóż - rosyjskiej - nie ukraińskiej, gdyż Krym nie wchodząc w polityczne dywagacje, rosyjski pod względem zamieszkującej go ludności w większości jest. A na pewno takiej, która wobec zmieniającej się sytuacji, będzie musiała się narodowościowo określić.

Baza marynarki w Sewastopolu

Zobacz także:
Krymskie pustkowia

Podgląd newsa | Skomentuj newsa

Z okazji Dnia Kobiet - goździk!!! - 21:50 - Squonk

Ilustracja do newsa Z okazji Dnia Kobiet - goździk!!!

Podgląd newsa | Skomentuj newsa

09 marca 2014
Teaser "Afterfall: Reconquest" - 15:06 - Zagłoba
Choć Nicolas Games może w obecnej chwili przypomina rozklekotaną łajbę, z której uciekły nawet niepoprawnie optymistycznie nastawione do życia szczury, to trzeba przyznać jedno - ta firma wciąż płynie i zdaje się, że w całkiem słusznym kierunku. Załoga zdołała przetrwać najgorsze kataklizmy, a teraz spokojnie zmierza do kolejnego portu, z nadzieją, że tym razem się uda i jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie.

Afterfall: Reconquest


Czy "Afterfall: Reconquest" okaże się tytułem, który obok stabilnego zysku, przyniesie również poklask oraz uznanie? Pierwszy teaser nie daje żadnej odpowiedzi na to pytanie, jednak prezentuje się całkiem klimatycznie.



"Afterfall: Reconquest" będzie grą akcji z elementami cRPG. Wcielimy się w skórę ostatniego z członków, niegdyś znamienitego, rodu Corvinów. Naszym celem, oprócz przetrwania w skrajnie nieprzyjaznych warunkach, będzie znalezienie winnych wymordowania rodziny bohatera i wymierzenia im pięknej zemsty. Protagonista poszukuje również odpowiedzi na inną kwestię - każdej nocy nawiedzają go dziwne i przerażające koszmary z dzieciństwa. Problem polega na tym, że pewne fakty się nie zgadzają i nie ma zielonego pojęcie, czy śni on o własnej młodości.

Gra opiera się na uniwersum stworzonym z myślą o "Afterfall: InSanity". Do upadku znanej nam cywilizacji doprowadziła wojna nuklearna, a jej los przypieczętowała enigmatyczna Entropia. Rzecz tak straszliwa, iż mało kto przeżył, aby opisać jej działanie. Ludzkość podzieliła się na dwie grupy. Uprzywilejowani znaleźli swój tymczasowy dom w nowoczesnych górskich schronach, aby po latach podnieść cywilizację z ruin. O drugiej części społeczności nie wiadomo nic...

...zupełnie jak o przybliżonej dacie premiery ani wszystkich platformach docelowych. "Afterfall: Reconquest" z pewnością zadebiutuje na Steamie, lecz twórcy nie wykluczają konwersji na konsole.

Czekacie na duchowego spadkobiercę "Perły Pustkowi"?
Podgląd newsa | Skomentuj newsa

13 marca 2014
Recenzja 'Dziennika snajpera' Władysława Wilka - 0:28 - Veron
Władysław Wilk - Dziennik snajpera
Rzadko trafiają się książki o tematyce wojennej tak do głębi poruszające jak "Dziennik snajpera" Władysława Wilka. Choć to wzorcowa literatura faktu, napisana jest wytwornie jak piękna i skomponowana niczym najlepsza beletrystyka. Różnicę czyni jednak fakt, że wszystkie przedstawione wydarzenia miały miejsce w realnym świecie. Chwila, gdy czytelnik uświadamia to sobie jest jak skok do lodowatej wody z dużej wysokości. Literacka toń książki Wilka oszałamia i wręcz pochłania.

Autor, były żołnierz z doświadczeniami z wojny bałkańskiej, ląduje w Czeczenii. Z własnej woli porzuca aparat fotograficzny i chwyta za broń. Dlaczego? Bo "brakowało tu, do cholery, kogoś, kto by walczył za Polskę. Z Rosją, która i teraz, jak zawsze, sączyła trupi jad na wszystko co dla nas drogie". I tak zaczyna walczyć ramię w ramię z czeczeńską partyzantką. Przybliżenie pierwszego zbrojnego konfliktu pomiędzy separatystami a Federacją Rosyjską następuje więc w "Dzienniku snajpera" niejako siłą rzeczy, a dzięki klarownej narracji Wilka - bardzo naturalnie. W trakcie czytania dowiemy się o nim właściwie wszystkiego. Autor poznał prezydenta Asłana Maschadowa, najwyższy szczebel dowództwa czeczeńskich wojsk i niezliczoną ilość szeregowych żołnierzy. Jego relacja jest przez to pełna i kompletna.

Jak przystało jednak na dziennik, książka Wilka jest mocno osobista i to wydaje się jej największą siłą. Autor, będąc bezpośrednim świadkiem i uczestnikiem działań militarnych, a do tego posiadając niewątpliwy talent do opowiadania, prezentuje wojnę w nieznany mi dotychczas sposób. To opis skupiony na drobiazgu i oddający rozmach, jednocześnie intymny i epicki. I bardzo naturalistyczny. Dlatego potrafi uderzyć z taką siłą w czytającego. Wilk miał świadomość, że to co robi jest ważne, toteż z należytym szacunkiem dla samej idei, meritum swojego i współtowarzyszy działania, z oddaniem udokumentował wszystko, co przeżył lub zaobserwował.

A widział niemało. Obraz czeczeńskiej wojny jest u Wilka wstrząsający. Dobrym przykładem są choćby żyjące tam psy, które nauczyły się jeść ludzkie mięso - dla kolejnych pokoleń czworonogów jest to już pokarm naturalny. Ale, co zrozumiałe, autor skupia się zwłaszcza na ludziach. Potrafi w niebywały sposób scharakteryzować każdą postać - tych, którzy dzielnie walczyli i bohatersko ginęli bądź, tak jak on, żyją do dzisiaj w ukryciu i z obowiązującym wyrokiem śmierci. Fascynujące są rozmowy, które przybliżają nam tamtejszą kulturę, stosunek do religii, poglądy. Rysuje się z tego szeroka panorama społeczeństwa, w którym dominuje zakorzeniona miłość do ojczyzny, do wolnej ziemi.

Krzysztof Kąkolewski pisze w przedmowie do książki: "Władysław Wilk widzi piękno wojny. Widzi cudowność przyrody, z którą żołnierz (...) obcuje w wysokich górach Kaukazu". Piękno wojny... to niemal oksymoron, a jednak wyrażenie jakże urzekające. I jakże oddające całe sedno "Dziennika snajpera". To książka naprawdę wybitna, w której wypowiedziane przez kogoś mimochodem zdanie staje się złota myślą. Przeczytać ją to zaszczyt.
Podgląd newsa | Skomentuj newsa

Horda - polski serial internetowy - 3:18 - Squonk
Obrazek do newsa Horda - polski serial internetowy
Informacja prasowa od twórców serialu internetowego Horda.

Pierwszy polski serial na światowym poziomie? I w dodatku za darmo w internecie?

Tak!

Wiktor Kiełczykowski, twórca projektu oraz studio produkcyjne Lake Love Productions zapraszają do wspierania jedynej takiej inicjatywy w naszym kraju!„Horda” - post-apokaliptyczna wizja rzeczywistości, w której przeżyją tylko najlepsi.

Horda webserial na Polak Potrafi

Na co zostaną wydane fundusze zebrane na PolakPotrafi.pl?

Oczywiście budżet filmu jest wielokrotnie większy niż zebrane pieniądze na PolakPotrafi.pl ale każdy grosz się przyda przy tak wymagającej produkcji. Będzie nam nie tylko miło, że się włączacie w naszą pracę, dofinansowujecie ją, ale wasz gest będzie naprawdę ważny i celowy

Zatem, gdy zbierzemy 100 - 120 % poszukiwanej sumy przeznaczymy ją na charakteryzacje. Jak dobrze wszyscy wiemy, technika poszła do przodu, szczególnie ta komputerowa. Jednak nic nie zastąpi sprawdzonych lecz kosztownych tradycyjnych efektów specjalnych na planie. Nie wszystko jesteśmy w stanie zrobić w komputerze.



Jeśli osiągniemy 120 - 150 % stworzymy lepsze scenografie i kostiumy, które w gatunku post-apokaliptycznym są rzeczą kluczową.

Jeśli osiągniemy ponad 150 % to .... przeczytajcie:
Kiedy myślimy o produkcjach post-apokaliptycznych, myślimy CGI. Jesteśmy maksymalnie przygotowani do obciążeń jakich niesie za sobą wybrany przez nas gatunek. Możemy w ciemno powiedzieć, że wiemy jak wykonać to dobrze i żeby nie było wstydu. Wiemy, że jeśli zrobi się to z pomysłem i taktem, świat który wykreujemy dzięki najróżniejszym technikom CGI, będzie unikalny i wiarygodny. Przy dalekich i drugich planach, przy większości scen, będzie posiłkować się techniką matte-paintingu.

Pomóż nam zrealizować tę produkcję, stań się częścią naszej Hordy!

Horda na PolakPotrafi.pl
Horda na Facebook

Podgląd newsa | Skomentuj newsa

15 marca 2014
Premiera w klimatach: 'Ocalony' - 12:58 - Zagłoba
Plakat filmu 'Ocalony'
Gdzieś mniej więcej w połowie filmu, gdy poznajemy tragiczne losy bohaterów "Ocalonego" i podziwiamy ich heroiczną walkę o przetrwanie w skrajnie nieprzyjaznych warunkach, w umyśle każdego kinomana pojawia się dość nietypowa refleksja, że oto cofnęliśmy się w czasie o dobre dwadzieścia lat. Nie da się ukryć, że najnowsza produkcja Petera Berga to wymuskana laurka skrojona z myślą o pozytywnej propagandzie amerykańskiej armii oraz skutecznie łechcąca lokalny patriotyzm spod znaku "gwiazd i pasów". W momencie, gdy w Hollywood króluje kino rozliczeniowe, które często bezpardonowo rozprawia się z historią (zarówno tą dawną, jak i współczesną), z lubością wbijając szpilę w każde kompromitujące wydarzenie z przeszłości, branie się za taki tytuł może trącić kiepskim archaizmem.

Okazuje się, że ryzyko i granie na emocjach się opłaciło - w samych Stanach Zjednoczonych film odniósł zaskakujący kasowy sukces, przyciągając tłumy widzów do sal kinowych (szczególnie w mniejszych miastach), spragnionych historii o dzielnych amerykańskich wojakach. Jednak to, co przypadło do gustu Jankesom, niekoniecznie musi spodobać się europejskiemu widzowi. Co zostanie z "Ocalonego", gdy obedrzemy go z emocjonalnej łatki i patriotycznych zagrywek? Całkiem strawny oraz dość realistyczny dramat wojenny, który wprawdzie nie powtórzy legendy "Helikoptera w ogniu", lecz pozostawi po sobie pozytywne wspomnienie.

Film jest ekranizacją wspomnień Marcusa Luttrella, który cudem zdołał przeżyć nieudaną operację "Czerwone Skrzydło" w górach Hindukusz na granicy afgańsko-pakistańskiej. 28 czerwca 2005 roku czterej komandosi z elitarnej jednostki "Navy SEALs" zostają zrzuceni na teren wroga celem rozpoznania i identyfikacji Ahmada Shaha - jednego z ważniejszych dowódców talibańskich. Fatalnym zrządzeniem losu, zostają zdekonspirowani za sprawą kilku nieuzbrojonych pasterzy. Po burzliwej debacie zapada decyzja o uwolnieniu więźniów, przerwaniu misji oraz błyskawicznej ewakuacji. Jej konsekwencje są jednak opłakane, żołnierze zostają otoczeni przez duże siły Talibów i zmuszeni do dramatycznej walki o przetrwanie.

Ocalony'


Sprawa Luttrella odbiła się szeroki echem w mediach głównego nurtu, o czym amerykański sztab chciałby z pewnością jak najszybciej zapomnieć. Nie czarujmy się więc, każdy mniej więcej wie, w jakim stopniu będzie przebiegać ta historia i jak się ona skończy. Sam tytuł "Ocalony", a tym bardziej jego oryginalny odpowiednik ("Lone Survivor") mówi wszystko. Wydaję mi się, że głównie z tych powodów zdecydowano się na potraktowanie po macoszemu kwestii związanych ze scenariuszem oraz wyeksponowaniu warstwy emocjonalnej.

Niestety, trzeba przyznać, że "Ocalony" dość mocno cierpi na pewne niedostatki fabularne, a w wielu jego aspektach czuć nutkę umowności czy minimalizmu. Jest to wyjątkowo boleśnie widoczne, gdy spojrzymy na głównych bohaterów. Wiemy o nich tak naprawdę niewiele, natomiast typowe sceny-klisze, którymi często raczy nas Peter Berg, kreślą przed nami obraz stereotypowego "dobrego wojaka" - charakternego samca alfa z bujną szczeciną, dla którego najwyższymi cnotami są honor, ojczyzna, rodzina i braterstwo. Nie byłoby w tym nic zdrożnego (hej, w końcu taka konwencja!), gdyby zrobiono to dobrze, ale finalny efekt pozostawia wiele do życzenia. Protagoniści tworzą jakby jedną wielką masę anonimowych brodaczy, brakuje tutaj jakiegoś pierwiastka indywidualności, który pozwoliłby nam lepiej poznać, a co za tym idzie, przejąć się losami poszczególnych komandosów (co jest poważnym mankamentem - w końcu piszemy tu o tragicznej historii, która została oparta na prawdziwych faktach).

Ocalony'


"Ocalony" to także produkcja, w której pełno jest szlachetnych deklaracji oraz nie brakuje nadmiernego podkreślania rycerskości komandosów. Jak walczą, to do ostatniej kropli krwi. Jak kochają, to na zabój. Jak cierpią, to zawsze znoszą to z dumą. Jak giną, to nieugięci i od wielu ran - koniecznie w blasku słońca i w dźwiękach monumentalnej muzyki, podkreślających gwałtowne wniebowstąpienie. Razi też zbędny sentymentalizm - sceny w wiosce Pasztunów (gdzie Berg ewidentnie "popłynął" i nawymyślał ile wlezie) czy pokaz slajdów po napisach końcowych, gloryfikujący bohaterów z podkładem kawałka "Heroes" autorstwa Petera Gabriela. Elementy, które mogłyby w jakimś stopniu wpłynąć na niezłomny wizerunek żołnierza (Luttrell sam przyznał, że był w pewnym momencie na skraju załamania nerwowego) lub armii amerykańskiej (bezduszna biurokratyzacja) zostają, albo skrzętnie pominięte, albo nakreślone pobieżnie i kompletnie nierozwinięte.

Jednak to, co chroni film przed egzaltacją i egzystowaniem w mrokach przeciętności jest solidna konstrukcja przedniego kina rozrywkowego z realistycznym zacięciem. Reżyser doskonale lawiruje pomiędzy planami, dając widzowi świadomość przebywania w strefie ostrzału, klimatyczny posmak wydarzenia i poczucie zaszczucia, jakie udzielało się komandosom. Nie bez kozery produkcja znalazła się w ścisłej śmietance dzieł, które walczyły na gali oscarowej o statuetki w kategoriach technicznych. "Ocalony" stanowi doskonały materiał dydaktyczny dla przyszłych montażystów czy dźwiękowców, ponieważ o tych aspektach można pisać tylko peany.

Ocalony'


Miłośnicy męskiego kina wojennego z pewnością obliżą wargi z zadowolenia i będą cmokali z zachwytu nad realizmem, a nawet nierzadko, przerażającym naturalizmem pewnych scen. Środek filmu, przedstawiającą desperacką walkę na górzystym oraz nieprzyjaznym terytorium pasma Hindukusz, to prawdziwe grzeszne dzieło sztuki i duża w tym zasługa znakomitej charakteryzacji. Żołnierze, osaczeni i atakowani z prawdziwą zajadłością przez tabuny Talibów, są co rusz przebijani przez kule, szatkowani przez odłamki czy ranieni w wyniku upadków ze sporych wysokości. Wyłącznie dzięki morderczemu treningowi, doskonałemu opanowaniu broni oraz wkutym na pamięć tajnikom taktycznym, są w stanie odeprzeć przeważającą przewagę liczbą nieprzyjaciela. Trup ściele się tutaj gęsto, potyczki obfitują w gwałtowne sceny (jak moment, gdy jeden z bohaterów zmuszony jest do walki wręcz), natomiast ilość "head-shotów" można liczyć w dziesiątkach. "Ocalony" to kino tyle widowiskowe, co brutalne.

Prowadzi to czasem do momentu, gdy mamy poczucie, że oglądamy jakiś urywek z "Call of Duty" niż film oparty na faktach, ale... wspomnienia Luttrella obfitowały w wiele takich wydarzeń i pod tym względem zostały przeniesione całkiem dokładnie. Trudno winić Petera Berga, że wiernie opierał się na materiale bazowym i trzeba raczej zadać pytanie, czy to główny bohater nie podkolorował pewnych faktów tylko w wiadomym sobie celu? Ilość ołowiu, jaką przyjmują żołnierze, bolesne upadki z kilkunastu metrów, niepoliczalna liczba nieprzyjaciół - to siłą rzeczy budzi wątpliwości.

Ocalony'


"Ocalony" jest dziełem nierównym. Jeżeli miałbym oceniać jedynie samą środkową część filmu, to określiłbym je jako niesamowite i bez zbędnych ceregieli przyszyłbym mu łatkę klasyka. Niestety, potraktowana po macoszemu charakterystyka protagonistów, kilka zbędnych sentymentalnych momentów oraz sporo zgrzytów w pozostałych segmentach produkcji, którym brakuje ostrego pazura intensywnej wymiany ognia w afgańskich górach, wołają o sprawiedliwość. Tytuł z pewnością przypadnie do gustu pasjonatom wojskowości i militarystycznych klimatów, którzy godzinami potrafią debatować nad niuansami związanymi z rynsztunkiem - reszta może tylko próbować. Albo przeżyjesz niesamowitą przygodę, albo zaliczysz bolesny upadek ze sporej wysokości - decydujesz się na własne życzenie.

Ocena 6.5/10

Podgląd newsa | Skomentuj newsa

„Po apokalipsie” Maureen F. McHugh - recenzja książki - 20:47 - Cichutki Spec
Obrazek do newsa „Po apokalipsie” Maureen F. McHugh – recenzja książki
Koniec jaki jest - każdy widzi.

Po apokalipsie nic [się] nie zmienia.

Czego się spodziewać po apokalipsie?

Wszystkiego i niczego. Życie po zagładzie ma to do siebie, że nie da się go apriorycznie zakładać, jako stanu możliwego do wystąpienia w życiorysie. A równocześnie można snuć wielorakie fantazje na jego temat. Przynajmniej w teorii.

W teorii, gdyż w praktyce zbiór postapokaliptycznych wątków jest mocno ograniczony. I to niekoniecznie dlatego, że na globalne spustoszenie nadają się tylko wybrane wizje, zakotwiczone w rachunku prawdopodobieństwa mocniej niż inne.

Powód jest bardziej prozaiczny: przy podobnej tematyce trudno nie dojść zwyczajnie do ściany. Kolejne pozycje z nurtu mogą bronić się już tylko dzięki wartościom czysto literackim, a nie fabularnym, lub też hybrydowością: łączeniem wątków i mariażem gatunkowym. Nie pisałabym tego truizmu, gdyby nie fakt, że bardzo czekałam na Po apokalipsie Maureen F. McHugh. Zaintrygowało mnie, że książeczka, która narobiła tyle szumu, reklamuje się oczywistością.

Oczywistością, bo i tytuł ostentacyjnie najprostszy – skoro po apokalipsie, to Po apokalipsie – i równocześnie okładkowa zapowiedź żelaznego zestawu oklepanych do imentu motywów: zarazy, zombie, wybuchów jądrowych. Styczniowa nowość Repliki nie zapowiadała nic nowego ani tytułem, ani tematyką, a mimo to zaszumieć mogło w głowie od tych wszystkich zachwytów, które na nią spłynęły. Co takiego ma w sobie zbiorek McHugh, czego postapokalipsa już by nie miała?

Najkrótsza, najszczersza i spontaniczna odpowiedź brzmiałaby: nic. Skoro jednak wartości podobnej prozy należałoby szukać nie w samej treści (takie zawężające spojrzenie krzywdziłoby tych autorów, którym akurat postapokalipsa się udała), należy po prostu zapytać: czy wyczekiwana przez wielu na polskim rynku, książka okazała się zwyczajnie dobra?

Niestety nie.

Zbiór opowiadań amerykańskiej pisarki okazał się lekturą mocno umiarkowaną, wtórną i do zapomnienia w zalewie innych podobnych.

To, co mogło się rzeczywiście krytykom spodobać, to namacalny autentyzm tych dziełek, ich społeczne tło i ogólnoludzkie prawdy, niekoniecznie na nowo odkryte, lecz z pewnością uczciwie, bez lukrowania zaprezentowane we wszystkich utworach zbiorku. Hugh postawiła na mikroskalę i przedstawiła dotknięty różnorakimi kataklizmami świat z punktu widzenia jednostek: ludzi zwykłych, lecz nadzwyczajnie zdeterminowanych. Nie tylko odrzuciła pompatyczno-bombastycznych ostatnich sprawiedliwych i zbawców pustkowi, ale wręcz z premedytacją zaprezentowała czytelnikowi antybohaterstwo, cynizm, zwierzęcość, a wszystko to podlane sosem złośliwego humoru. Niekiedy wręcz zrezygnowała z apokalipsy jako takiej, przedstawiając jej „preapokaliptyczne” zwiastuny: (Królestwo ślepców, Miesiąc miodowy).

Mógł też wielu przypaść do serca wyraźnie feminizujący charakter opowiadań. Apokalipsa pisana przez kobiety to modny ostatnio prąd w fantastyce. Za zagładę, dystopię, antyutopię – wzięły się panie, głównie te tworzące w kręgu literatury młodzieżowej z wyeksponowanym wątkiem romansowym, podobnej do sławnej już trylogii Suzanne Collins. McHugh nieźle wpasowała się w tę falę popularności, choć raczej przypadkiem, drogą pierwszych skojarzeń niż faktycznym zakwalifikowaniem gatunkowym; raczej nie ma z książkami Collins, Oliver, czy Haddix wiele wspólnego. Wyżej wymienione też zresztą nie były pierwsze; i przed tą falą mieliśmy przecież Elizabeth Hand, Margaret Atwood, Kate Wilhelm. Feministyczny rys prozy Hugh osiągnęła zarówno środkami warsztatowymi (narracja z perspektywy kobiet, dbałość o emocjonalny wydźwięk i detale), jak i wyborem dla większości bohaterów żeńskiej płci.

Wreszcie, Po apokalipsie to twórczość na wskroś amerykańska. I to nie z nazwy, a dzięki niedookreślonej, ale wyczuwalnej specyfice, majaczącej w tle. Powiedzmy sobie szczerze: mało który kraj czy region nadaje się na postapo równie dobrze co Stany. Wprawdzie mamy solidną, mocną gałąź wschodnią, z uniwersum Głuchowskiego na czele, jednak prawdziwy wasteland równa się: Ameryka. Czy będzie to wyczerpująca podróż ojca z synem, mutanty z Fallouta czy kinowe blockbustery oferujące cały wachlarz apokalips do wyboru – i wielkością, i popkulturowym koktajlem kraj ten świetnie nadaje się na tło filmów, gier i, wreszcie, książek. Amerykańskość prozy McHugh to nie tylko umieszczenie akcji większości utworów w Stanach, ale przemycanie drobnych, wpływających pozytywnie na całość elementów: pickupa, zupy Campbella, uciekającej panny młodej, narwanych mediów, amerykańskich chłopców jak z wojennego filmu, dwunastu kroków, nastolatków szczuplejących dopiero na diecie zagłady czy wreszcie zombie. Przedstawiając klasyczne już lęki swoich krajanów (w tym zimnowojenny przed wojną jądrową) poprzez użyte motywy, Hugh czuje się jak ryba w wodzie, czy tkwi fabularnie w Ohio, czy w Nowym Meksyku.

Tutaj jednak wyczerpuje się zestaw zalet książki. Byłyby one niewątpliwie bardziej zauważalne, gdyby lektura w pewnym momencie nie zaczęła… zwyczajnie nużyć. Niestety, zbiór opowiadań McHugh po prostu nie porywa. Przyczyną tego stanu rzeczy jest trzymanie się przez autorkę jednej tylko tonacji w każdym tekście, co dla zbioru krótkich form, w których nie można się rozpisać, jest po prostu zabójcze. Taką metodą da się uzyskać kostkę sprasowanego liofilizatu – raczej start do pełnowartościowych historii niż je same.

Najmocniejszymi punktami zbioru są otwierające go opowiadanie Naturalista i znajdujące się na końcu, tytułowe Po apokalipsie. Pierwsze podejmuje tematykę znanych nam żywych trupów, ale to nie na nich skupia się autorka. Zgniluszki lubią cynfolię i na pierwszy rzut oka zachowują się jak wygłodzone drapieżniki. To, co oryginalne, to fakt, że spotkać je możemy w… rezerwacie. Odcięty od reszty świata teren zarażonych wykorzystywany jest przez władze jako kolonia karna. Pisarka wprawnie operuje tu skrótem, wymuszanym przez formę, dając dowód, iż świetnie opanowała ambitną strukturę opowiadania. Naturalista to tekst niesamowicie przewrotny, z mocnym zakończeniem w tonie czarnego humoru.

Wieńczące całość Po apokalipsie jest w tym względzie nieco podobne; i tutaj pisarka odziera czytelnika ze złudzenia, iż w zrujnowanym świecie znajdziemy postawę inną od chęci przetrwania i ocalenia własnej skóry za wszelką cenę. Równocześnie jednak nikogo nie sądzi, nie ocenia, prezentując jedynie celne obserwacje dotyczące ludzkiej natury.

Za udane można również uznać Bezużyteczne rzeczy. To najbardziej kameralne, intymne, a najmniej fantastyczne i apokaliptyczne z opowiadań w zbiorku. Tutaj zmagać się trzeba z niesprzyjającą codziennością: nieszczelnymi granicami Nowego Meksyku, niebezpieczeństwem ze strony imigrantów, suszą, niespłaconymi rachunkami. Wybierać między wolnością i pasją, a robieniem czegoś za pieniądze, których brak. W …Rzeczach McHugh najpełniej i najwyraźniej przedstawia preferowany typ bohaterki: zwykłej, ale silnej, odporniej psychicznie kobiety, silniejszej od mężczyzn, którzy często chcą ją skrzywdzić. Byłoby dobrze, gdyby… na takiej sylwetce gama postaci się nie kończyła.

Niestety, zamiłowanie pisarki do typu casuali, owych szaraczków postawionych przed katastrofą dziejową, w pewnym momencie sprowadziło ją na manowce. Prezentując bardziej postawy ludzkie niż ich właścicieli, McHugh niebezpiecznie zbliżyła się do granicy, poza którą czytelnikowi jest już obojętne, z kim ma do czynienia: Basią, Kasią czy Mietkiem. Mężczyźni są przy tym wyraźnie słabsi od kobiet. Mniej ogarnięci, rzekłaby młodzież. W głowach im zabijanie, rabowanie i gwałcenie, to na kobietach spoczywa ciężar utrzymania cywilizacji, nawet jeśli ich postawy nie da się nazwać humanitarną. W powieści taki monochrom by jeszcze uszedł – czas spędzony z książką zrobiłby swoje, może jakoś zdołalibyśmy się z kimś zżyć. Tutaj, ten sam model everymana, tylko nieznacznie liftingowany na potrzeby kolejnych króciutkich historyjek – zwyczajnie męczy.

Męczy też niespodziewana miałkość stylu. Trudno mówić o jakimkolwiek języku; on istnieje i tyle. Autorka doskonale zna proporcje krótkiej formy. Nie potrafi natomiast uczynić jej mocną, treściwą, zapadającą w serce, gdyż brak jej wyrazistości języka. Ma też tendencję do wplatania w fabuły sprawozdań i encyklopedycznych notek – bo tak należałoby określić te fragmenty, w których z lubością opisuje objawy chorobowe, rodzaj oprogramowania czy przypadki amnezji. Takie wstawki świetnie sprawdziłyby się w większej cegle, dodawałyby jej nawet autentyzmu. Tutaj zwyczajnie rażą, wyglądają jak odwalenie pisarskiej roboty przez przepisanie kawałka opracowań naukowych (w najlepszym razie) czy Wikipedii (w najgorszym). Przez tę irytującą manierę, historie nieźle sklamrowane, z potencjałem (Specjalna ekonomia, Bezużyteczne rzeczy) nie zostają w pamięci, zaś Wyprawa do Francji – opowiadanie o nieco większym stopniu rozmycia, które autorka próbowała uczynić lirycznym, niedopowiedzianym – sprawia wrażenie wprawki do czegoś większego. Efemeryczności dodatkowo sprzyja fakt, że McHugh użyła standardowych pomysłów i nie pokusiła się o nadanie im oryginalnego, autorskiego szlifu. Wszystko już widzieliśmy zbuntowane, świadome programy komputerowe, żywe trupy i panikę na wieść o skażeniu.

Podsumowując: bez fajerwerków, drodzy państwo. Ba, nawet bez zimnych ogni na osłodę. Wycinając początek i koniec, otrzymujemy przeciętną, lecz dobrze rozreklamowaną zawartość. Po apokalipsie nie jest książką złą, zwłaszcza w stosunku do ceny. Nie jest też książką miałką, jeśli chodzi o problematykę – refleksje i prognozy McHugh są bardzo aktualne. Tyle, że aktualne będą w każdej, przynajmniej zręcznie napisanej historii z gatunku. Koniec jaki jest – każdy widzi. Dlatego czytelnikom, o ile nie skuszą się na naprawdę dobrego Naturalistę plus opowieść tytułową – polecam zapoznać się z czymś, co jest więcej niż „przynajmniej zręczne”, a do literackich objawień podchodzić z dystansem. Ot, niejako profilaktycznie. Jeśli książka McHugh miałaby być szczepionką – to wówczas owszem, warto ją przeczytać.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu REPLIKA.

Podgląd newsa | Skomentuj newsa

17 marca 2014
Po apokalipsie… zostaje już tylko lans. Zostań modelem/modelką wastelandu i wygraj „Po apokalipsie” Maureen F. McHugh! – Konkurs forumowy - 18:24 - Cichutki Spec
Obrazek do newsa „Po apokalipsie” Maureen F. McHugh – recenzja książki
Miło, lekko, przyjemnie i na szybko - co Wam się z tym kojarzy?

Oczywiście, że Schronowe Konkursy Forumowe! W skrócie SKF, czyli: Squonk Kąpie Futrzaka (czytaj: Schronka).

Pisaliście już opowiadania, wiersze, eseje, nowe wersje przysłów polskich i niepolskich, pstrykaliście zdjęcia miejscom opuszczonym i wielekroć lajkowaliście nasz zacny Fejs(z)bukowy fanpejdż. No, ale, starczy tej angielszczyzny i sentymentalizmu! Do szeregu! Tym razem do wygrania jest Po apokalipsie Maureen F. McHugh!

Jak nie ma już o czym pisać (bo wszystko było), to można się… polansować! Najlepszym dowodem na to, że podobne zabiegi działają, jest trwałość Schronu i nieustanny rozrost naszej ekipy.

Zadanie będzie proste, miłe, lekkie, przyjemne, choć może nie do wykonania sprintem. Dostaniecie jednak na jego ukończenie CAŁE DWA TYGODNIE. A co konkretnie jest do zrobienia?

SŁIT FOCIA!

Tak jest. Już Wam weselej? Tak myślałam. Oto całość zadania konkursowego:

Świat postapokaliptyczny to dla nas, nie ukrywajmy, mrzonka. To zaledwie projekcja naszych fantazji na rzeczywistość. Szczęśliwie – i za to, dziatki, grzecznie mi tu zaraz dziękować Bogu, Losowi, Cthulhu czy Latającemu Potworowi Spaghetti! - nawet apokalipsa nie dotyka nas jeszcze, czego już o sąsiadach z Ukrainy z całą pewnością rzec nie można. Nasze ulubione scenerie i działania po prostu sobie wyobrażamy...

...A od wyobraźni zaś niedaleko już do odgrywania. Wcielania się w role. Na pytanie: A Ty? Kim byłbyś i co robiłbyś po zagładzie? – najlepiej odpowiada właśnie role-playing game. Dlatego też tym razem stawiamy na Waszą inwencję fotograficzno-rękodzielniczą. Zaprezentujcie się jako Wasze postapokaliptyczne alter-ego, w stroju, ekwipunku, z atrybutami postapo - na zdjęciu! W paru zdaniach (5-10) opiszcie, kim się na tę chwilę staliście, jaka byłaby Wasza rola w zgruchotanym katastrofą dziejową świecie. Klimaty pojmujemy tu bardzo szeroko: od inspiracji różnymi uniwersami literackimi, filmowymi czy growymi, po kreacje czysto autorskie. Jury Schronowe oceni pomysłowość i oryginalność Waszego cosplaya, zgodność fotki z opisem, a także samą jakość fotki (nie najważniejszą w tym wypadku, umówmy się jednak, że meblościanki i kafelki w łazience to nie najlepsze miejsca do lansu). Posiadacie w domu zdjęcia z larpów, zlotów, konwentów? A może będzie to Wasza pierwsza próba tego typu zabawy? Nic nie szkodzi!

Na Wasze zdjęcia czekamy od momentu ogłoszenia konkursu (tj. od dzisiaj, 17.03.2014) do 01.04.2014 (tak, dostaniecie jeden pełen dzień więcej, bo już dawno słoneczko zaszło, kiedy to piszę. A nie ma nic lepszego niż słit focia na prima aprilis!). Fotkę należy zamieścić w poście na forum, napisanym w temacie dotyczącym konkursu (czyli pod tymże ogłoszeniem). Format: zdjęcie, link do zdjęcia lub załącznik z plikiem graficznym. W każdym z tych wypadków zamieszczenie obrazka jest równoznaczne z deklaracją, iż do Was on należy. Spośród nadesłanych prac wybierzemy dwie najlepsze i nagrodzimy egzemplarzem książki Po apokalipsie Maureen F. McHugh!

Zatem… Lansujcie się na potęgę, pstrykajcie i wygrywajcie! HOP!

Fundatorem nagród jest Wydawnictwo REPLIKA.

Regulamin zbiorczy konkursów organizowanych na forum

Podgląd newsa | Skomentuj newsa

19 marca 2014
Akcja Ewakuacja w Olsztynie - 0:49 - Squonk
Obrazek do newsa Akcja Ewakuacja w Olsztynie
W którymś w dniu - to tajemnica - po 24 marca br. na terenie Olsztyna rozpocznie się Akcja Ewakuacja, będąca szeroko zakrojonymi ćwiczeniami z miejskiego survivalu. Impreza (tak to wydarzenie nazwijmy) zyskała błogosławieństwo lokalnej struktury odpowiedzialnej za bezpieczeństwo jak Wydział Zarządzania Kryzysowego i Ochrony Ludności Urzędu Miasta Olsztyn.

Co będą robić jej uczestnicy? (za informacjami na stronie organizatorów)
  • doświadczą sporego zaskoczenia, o ile oczywiście zdołają dotrzeć w terminie na wskazane miejsce zbiórki ;-)

  • wezmą udział w zadaniach praktycznych, wykonując wraz z instruktorami takie czynności, których prawie nigdy nie mamy sposobności realizować w mieście, przynajmniej nie bez łamania prawa…

  • wezmą udział w dodatkowych blokach zajęć o charakterze warsztatowym, które prowadzone będą nie tylko przez instruktorów szkoły przetrwania, ale również ekspertów innych dziedzin i dyscyplin

  • będą mieli okazję sprawdzić swoje wyposażenie awaryjne, skompletowane z dużą dozą dowolności (sugerujemy przygotowanie niewielkich, około 30 l plecaków z przedmiotami niezbędnymi dla przeżycia)

  • nabędą nietypowe doświadczenia, ukierunkowane ściśle na przetrwanie w warunkach miejskich
No właśnie. Warunki miejskie. Coś co niby dobrze znamy, zwłaszcza jeśli mieszkamy w większym lub mniejszym mieście, a tak naprawdę chyba nie mamy za wiele o tym pojęcia. No nie my - jako czytelnicy Trzynastego Schronu - ale polskie społeczeństwo.

Sami zresztą pomyślcie nad kwestią jak poradzilibyście sobie z brakiem prądu czy bieżącej wody, na czas dłuższy niż 24 godziny. No tak, brak Internetu byłby jeszcze gorszy ;-D

Więcej o akcji:
Akcja Ewakuacja – zaproszenie
Akcja Ewakuacja – Wyjątkowa gra terenowa pod patronatem Wydziału Zarządzania Kryzysowego

Podgląd newsa | Skomentuj newsa

Dziś premiera 'Czerwonej ofensywy' - nowej książki Piotra Langenfelda! - 19:30 - Veron
Piotr Langenfeld - Czerwona ofensywa
To kolejna smakowita nowość od WarBook! Trzynasty Schron objął książkę patronatem medialnym!

"Polsce z całą pewnością należała się pełna niepodległość, bez płacenia za nią Rosji połową terytorium". Gen. Władysław Anders

"Kiedyś Anders śmiejąc się, powiedział mi, że jeżeli jego wojska dostaną się pomiędzy armię niemiecką a rosyjską, to nie będzie mógł się zdecydować, z kim bardziej chce walczyć". Gen. George S. Patton

Wielka Wojna nie kończy się w 1945 roku. Wtedy dopiero się zaczyna. Po zdobyciu Berlina Armia Czerwona rusza dalej na zachód. Stalin z premedytacją wykrwawia Ludowe Wojsko Polskie walczące w szpicy natarcia.

Kiedy Sowieci po pokonaniu Niemiec zwracają się przeciwko swoim dotychczasowym sojusznikom, zaskoczeni alianci płacą ogromną cenę za swoją łatwowierność. Tylko generałowie Anders i Patton nie dali się zaskoczyć i teraz opracowują śmiały plan...

Jak zachowają się żołnierze LWP, co zrobią stacjonujące we Włoszech oddziały Andersa, czy Patton poderwie podległą mu 3 Armię i uda mu się zatrzymać czerwoną ofensywę?


Gorąco polecamy "Czerwoną ofensywę" Piotra Langenfelda!
Podgląd newsa | Skomentuj newsa

20 marca 2014
Dorwaliśmy komandosa! - 2:49 - Squonk
Obrazek do newsa Dorwaliśmy komandosa!
Relacja ze spotkania z Joelem Lambertem, którą otrzymaliśmy od Macieja Jałoszyńskiego z Trzynastej Konińskiej Drużyny Wędrowniczej ZHP.

Joel Lambert, weteran 2 i 4 oddziału Navy SEAL, znany widzom na całym świecie z programu pt. Dorwać komandosa (ang. Lone target) emitowanego przez Discovery Channel, gościł 25 lutego w Warszawie. Spotkanie publiczności z legendarnym komandosem zorganizowane zostało przez UPC Polska i Discovery Channel.

Na spotkanie z Joelem Lambertem wybrałem się z grupą przyjaciół z Trzynastej Konińskiej Drużyny Wędrowniczej ZHP. Zaproszono nas do warszawskiego studia Discovery Channel. Oprócz bohatera programu Dorwać komandosa spotkaliśmy tam przedstawicieli Straży Granicznej: kapitana Marcina Lisowskiego i majora Jerzego Ostrowskiego, którzy kierowali działaniami SG przeciwko Joelowi podczas kręcenia programu z jego udziałem w Polsce. Warto podkreślić, że tylko służbom polskim i panamskim udało się dotąd złapać Joela.

Obrazek do newsa Dorwaliśmy komandosa!


Jak Joel Lambert trafił do NAVY SEAL?

– Kiedy skończyłem 20 lat, trzeba było poważnie zastanowić się, co będę dalej robić w życiu. Postanowiłem zastać komandosem. Taki wybrałem zawód.

Joel wspominał, że tylko poważne potraktowanie życiowego wyboru, pozwoliło mu sprostać trudnej selekcji kandydatów do elitarnego oddziału. Najtrudniejsze było pokonanie wewnętrznego lęku, przed niektórymi zadaniami, którym muszą sprostać kandydaci.

– Naprawdę bałem się zadania, które polegało na skrępowaniu kończyn kandydata i wrzuceniu go do wody na 30 minut. Ale motywowałem się tak: skoro się czegoś boisz, to musisz tego spróbować.

A jak komandos Joelem Lambert został gwiazdą Discovery Channel?

– To już było znacznie trudniejsze – odpowiada śmiejąc się.

Do tego przydaje się nie tylko kariera wojskowa. Joelowi pomogło także doświadczenie w pracy przy hollywoodzkich superprodukcjach, jak Transoformers, gdzie był konsultantem do spraw wojskowości. To właśnie poprzez hollywoodzkie kontakty trafił do niego przedstawiciel Discovery, jak się okazało również ex komandos, i zaproponował mu pracę w popularnym dzisiaj programie.

– Jednak nic w życiu nie jest łatwe – dodaje Joel. – Zanim dostałem tę pracę musiałem wziąć udział w selekcji, w której startowało wielu twardzieli z najróżniejszych służb. I koniec końców wybrali mnie.

Wiele osób do tego typu programów podchodzi z dystansem, często sugerując, że są one reżyserowane. A jak było na planie Dorwać komandosa?

– Cóż wspomnę tylko – odpowiada Joel Lambert – że podczas kręcenia tego programu została zniszczona masa sprzętu. O ofiarności i zaangażowaniu ludzi zatrudnionych na planie, świadczą też kontuzje, których trudno było niestety uniknąć. Jeden z kamerzystów tak naderwał ścięgna, że czeka go szereg operacji. Najbardziej pechowa była pod tym względem Panama, gdzie dzika natura pokazała, jak potrafi być niebezpieczna.

Przygotowania do każdego programu są drobiazgowe. Nie wystarcza jeden uniwersalny zestaw sprzętu. Znaczną część ekwipunku należy dobrać odpowiednio do konkretnych warunków. Joel spędza długie godziny nie tylko na studiowaniu wyszkolenia, sprzętu i liczebności ekipy, która będzie go szukać. Studiuje także florę i faunę w danym rejonie, zwracając m.in. uwagę na niebezpieczne zwierzęta, a także na warunki klimatyczne, prognozy pogody, fazy księżyca, itp. To wszystko ma znaczenie, ale jak sam się przekonał, podczas realizacji programu jest jak na wojnie: po pierwszym wystrzale wszystkie plany biorą w łeb. Utrudnieniem dla ściganego komandosa jest fakt, że towarzyszy mu zawsze dwójka kamerzystów, którzy mają „różne wyszkolenie”.

Czy komandosowi pomaga doświadczenie taktyczne?

– Tak. Im cięższe warunki, tym bardziej. W trudnym terenie technika staje się bardziej zawodna, lecz trzeba pamiętać i o tym, że sprzętu się nie oszuka, tak samo, jak zwierząt. Ze zwierzętami tropiącymi komandosa trudno wygrać. Ale można działać tak, by zmylić osobę, która nimi operuje. Zamiast wyczerpującej ucieczki przed psem, który ma lepsze od nas zmysły, skuteczniejszy może być fortel. Łatwiej wbić klin pomiędzy tresera a psa, na przykład tak, by człowiek przestał ufać swojemu psu.

Po oficjalnej części spotkania, urozmaiconej ciekawymi fragmentami programu, mogliśmy osobiście porozmawiać z Joelem i polskimi pogranicznikami. Przedstawiciele polskiej Straży Granicznej przyznają, że Joel był bardzo ciężkim przeciwnikiem. Choć udało się go przechytrzyć, to nie było to wcale proste. Wygrana w tej grze nie była pewna do ostatnich chwil. Dowiedzieliśmy się również wiele na temat szkolenia naszej Straży Granicznej. Na co dzień używają bardzo nowoczesnego sprzętu, ale w ich pracy przydają się również specjalne szkolenia z tropienia prowadzone przez Indian w USA, a więc wiedza i doświadczenie zdobywane przez pokolenia w kontakcie z dziką przyrodą.

Jaki jest Joel w bezpośredniej rozmowie? Niezwykle sympatycznym, charyzmatycznym i otwartym człowiekiem. Cierpliwie i z uśmiechem odpowiadał na wszystkie zadawane przez nas pytania. Na koniec rozmowy wręczyliśmy mu lilijkę skautową, krzyż harcerski, oraz odznakę 3 piór. Naszym zdaniem zdecydowanie na nią zasłużył. Znajomy wręczył mu także naszywkę XIII i książkę Trzynaście moich lat w JW GROM.

Po spotkaniu w studio zaproszono nas na wystawę sprzętu używanego przez polską Straż Graniczną. Funkcjonariusze cierpliwie odpowiadali na nasze pytania, tłumaczyli przeznaczenie sprzętu i sposoby użytkowania. Najfajniejsze było to, że nie było to zwykłe oglądanie przez szybkę. Niektóre elementy ekwipunku pograniczników można było wziąć do ręki, a nawet przymierzyć.

Był to dla nas niesamowity wyjazd. Na Joela będziemy odtąd patrzeć, nie tylko, jak na wybitną postać telewizyjnego ekranu, ale przede wszystkim, jak na dobrego znajomego, wspaniałego i sympatycznego człowieka. Dzięki spotkaniu z nim, wyszliśmy z warszawskiego studia bogatsi o coś, czego nie da się kupić ani wygrać.

Na koniec zacytuję jedno mott NAVY SEALS, przytoczone w Warszawie przez Joela: „Rzeczy trudne robimy z marszu, a do niemożliwych chwilę się przygotowujemy”.

Tego sobie i wszystkim czytelnikom Życzę.

Obrazek do newsa Dorwaliśmy komandosa!


Autorzy:
Maciej Jałoszyński - tekst
Michał Lorek - zdjęcia ze spotkania - pochodzą z serwisu TacticalPhoto.pl

/Trzynasta Konińska Drużyna Wędrownicza ZHP "Wadery"/

Warto zajrzeć:
Dorwać komandosa na Discovery Channel Polska
Komandos testuje nasze służby

Podgląd newsa | Skomentuj newsa

Fejsbukowa polecarnia #4 - Wasteland Garage - 12:46 - Squonk
Obrazek do newsów Fejsbukowa polecarnia
Pustkowia... Kresy... Zapomniane przez Boga i ludzi - za to nawiedzane przez hordy zombie i popromiennych mutantów - granice Rzeczpospolitej Trojga Narodów... Siedziba Trzynastego Korpusu Kresowego: jedynej ostoi cywilizacji, w którym mieści się wszechnica wiedzy o dawnych czasach, zwana Trzynastym Schronem.

Puk! Puk! Puk!

Schronek zerwał się z barłogu, dobiegł do bramy i zaczął szczekać.
- Czego... Sobie samotna dusza życzy?!? - Odezwał się wartownik, czyli któryś z członków (załogi) wysunięty z ramienia, do tej jakże odpowiedzialnej funkcji.
- Wpuście mnie proszę do środka. - Powiedział cichy i delikatny, jak szum rosnącej na polu brukwi głos.
- No dobra właź.

Do środka weszła mała i umorusana smarami dziewczynka. Znaczy wiecie - taka bardziej mechaniczna stylówa postapo.
- No mów czego... sobie od nas życzysz mała dziewczynko.
Dygnęła grzecznie nóżką i zaczęła mówić:
- Dzień dobry. Nazywam się Klaudiusz i jestem małą dziewczyną z samochodami oraz innymi pojazdami postapokaliptycznymi.
- No i?
- No i chciałam byście coś kupili, wzięli ode mnie...
- Ale my już mamy własny garaż z pojazdami.
- Oj proszę noo! - Po umorusanej buzi małej dziewczynki popłynęła pierwsza łza.
- No dobra, dawaj, zanim przyjdzie hetman czyli naczelny i zacznie marudzić, że przyjmujemy tu wszystko z zewnątrz co się napatoczy.

Wasteland Garage - strona poświęcona wszelakim wynalazkom motoryzacyjnym w klimacie postapokaliptycznym.

-----

Serwis społecznościowy Facebook, poza masą bzdurnych oraz głupich rzeczy i generowanych na nim zjawisk, jest jednak również doskonałym medium informacyjnym. Łatwość prezentacji materiałów (zwłaszcza graficznych), przy profilizacji odbiorcy to jego największe zalety. To cykl schronowych newsów, poświęcony godnym i wartym odwiedzenia stronom/profilom w tym miejscu.

Podgląd newsa | Skomentuj newsa

24 marca 2014
Recenzja 'Wschodniego gromu' Jakuba Pawełka - 10:56 - Veron
Jakub Pawełek - Wschodni grom
Uau! Obie lutowe premiery wydawnictwa Ender skłaniają mnie tylko do jednej refleksji - pogratulować panu Brudnemu takich autorów. Zarówno oceniany niedawno Dziennik snajpera Władysława Wilka, jak i będący przedmiotem tej recenzji Wschodni grom Jakuba Pawełka są naprawdę wyjątkowymi przedstawicielami literatury wojennej w ostatnim czasie. Szczególnie niełatwo miał właśnie ten drugi. Wartościowych powieści military/political fiction jest na polskim rynku wydawniczym wcale niemało. Mimo to Pawełek obronił się i mając zaledwie dwadzieścia parę lat, napisał emocjonującą książkę, zaliczając lepszy debiut niż sam Marcin Gawęda.

Akcja Wschodniego gromu rozgrywa się w bliskiej przyszłości. Oto w Polsce rozpoczyna się wydobycie gazu łupkowego na przemysłową skalę, co niekoniecznie podoba się europejskim potentatom gospodarczym. W wyniku zamachu świeżo wybudowana magistrala zostaje zniszczona. Śledztwo prowadzi do Rosji. Tymczasem za naszą wschodnią granicą trwa inna gra. Chińska oferta wykupu pakietu kontrolnego Gazpromu zostaje odrzucona przez Kreml. Agresywna polityka Chińczyków kończy się zakręceniem kurka przez Rosjan. Odwet Państwa Środka jest porażający. W jaki sposób zareaguje świat? Jak odbije się to na Polsce? Za kim opowiedzą się nasi rządzący?...

Pawełek jest świetnie zorientowany w realiach dzisiejszej polityki i zawiłościach ekonomicznych współczesnego świata. Wszystko o czym pisze ma solidne fundamenty w rzeczywistości i autentycznie sprawiało mi sporo radości wygrzebywanie z pamięci faktów, o których przeczytałem w jakimś dzienniku lub zobaczyłem w telewizyjnym serwisie informacyjnym i konfrontowanie ich z książką Pawełka. Mocne osadzenie we współczesnych realiach jest niewątpliwym atutem Wschodniego gromu. Podobnie jak sama wizja autora, w którą stronę może się potoczyć najnowsza historia, abstrahując już nawet od najgorszej możliwej opcji, a więc działań wojennych. Jest to zajmujące - ciekawi, ile ziści się z fiction w realu.

Jednak to właśnie z rozmachem nakreślony obraz współczesnej wojny jest najmocniejszą stroną Wschodniego gromu. Pawełek, absolwent filologii rosyjskiej, obecnie student Akademii Obrony Narodowej, dysponuje imponującą wiedzą z zakresu wojskowości i militariów. Opis chińskiego i rosyjskiego uzbrojenia powala na kolana obfitością i szczegółowością. I potrafi przestraszyć. Bo gdyby Chiny lub Rosja faktycznie... Jest coś w rozważaniach Pawełka, co powoduje ciarki na plecach, gdy spojrzy się na to kompleksowo. Marcin Ogdowski znakomicie przedstawia współczesną wojnę partyzancką. Pawełek nie waha się przed zamaszystym opisem wojny otwartej. Obu tych autorów łączy to, że dajemy im wiarę - Ogdowskiemu na podstawie doświadczeń, Pawełkowi - ze względu na wiarygodny (oby nie we wszystkim) swego rodzaju profetyzmowi.

Dobrze prezentuje się też we Wschodnim gromie wątek kryminalny. Prowadzone przez Polaków i Rosjan śledztwo rozpisane jest trochę na wzór thrillerów Toma Clancy'ego, którego zresztą autor zalicza do ulubionych pisarzy. Motyw ten pozwala wniknąć nieco w mentalność jednych i drugich, głębiej, a przez to bardziej interesująco zarysować bohaterów. I to się Pawełkowi udaje. Oczywiście, charakterystyki postaci nie są tu rzeczą kluczową, ale i nie zostają potraktowane ulgowo. Najbardziej frapujący jest, co ciekawe, jakże dobrze znany nam wszystkim Władimir Putin, którego obecności we Wschodnim gromie całkiem sporo. Ile prawdy w jego deskrypcji - tego chyba nie wie sam autor. Niemniej potrafił namalować jego portret przekonująco. Tak bardzo, że w pewnym momencie zacząłem kibicować kąsanym przez chińskiego smoka Rosjanom...

I tu chyba uwidacznia się cała wielkość Wschodniego gromu. To książka niesamowicie wręcz przekorna. Jakub Pawełek zabiera czytelnika w podróż, z której oboje wracają z tarczą: pisarz - uradowany skutecznym porwaniem czytającego w swój świat, czytający - usatysfakcjonowany wspaniałą, choć mrożącą krew w żyłach przygodą. Wolff i Gawęda mają solidną konkurencję. Świetny autor, znakomita książka. Polecam!

Podgląd newsa | Skomentuj newsa

31 marca 2014
Postapokalipsa po polsku od Warszawskiej Firmy Wydawniczej - 20:46 - Veron
Polak potrafi? A jakże! Zaś Warszawska Firma Wydawnicza publikuje, a my polecamy!

Pierwszą propozycją - i jednocześnie nowością - jest powieść "To już było..." Artura Kubieńca.

Odległa przyszłość. Ludzkość utraciła zdolność rozwoju, „cywilizacja” to słowo, którego już nikt nie używa, a jeśli nawet, to na pewno nie z dumą, a „technologia” brzmi niemal jak zaklęcie. Nastał koniec, a potem początek. Wraz ze wszystkimi zdobyczami techniki przepadło jednak coś jeszcze, coś, co najogólniej dałoby się określić mianem istoty człowieczeństwa. Ustały społeczne więzi, polityka to narzędzie dominacji, państwo, budowane na ostrych klasowych podziałach, wyrzuca na margines egzystencji całe rzesze nieumiejących zatroszczyć się o siebie obywateli, a tych, którzy są użyteczni, mami obietnicami i wyzyskuje. Obserwujemy te resztki świata z perspektywy kilku nietuzinkowych bohaterów, którzy nie godzą się na taki porządek, choć swój sprzeciw wyrażają w różnorakiej formie.

Artur Kubieniec - To już było...


Drugą polecanką jest książka, która miała premierę jesienią ubiegłego roku. Zapowiada się jednak znakomicie. Jest nią "Infekcja" Andrzeja Wardziaka.

Warszawa zostaje zaatakowana nieznanym dotąd wirusem zmieniającym ludzi w zombie. W mieście wybucha panika, ludzie porzucają swój dobytek i uciekają. Nie wszyscy jednak dali radę wydostać się ze swoich domów. Główni bohaterowie powieści, rozrzuceni po różnych punktach Warszawy, postanawiają ukryć się w swoich mieszkaniach lub przedostać się do teoretycznie bardziej bezpiecznych miejsc. Gdy sytuacja zaczyna ich przerastać, decydują się na opuszczenie miasta. Niestety okazuje się, że nie będzie to takie proste, jak mogłoby się wydawać.

Andrzej Wardziak - Infekcja


Chciałoby się powiedzieć - polskie postapo ;-) . Trzynasty Schron poleca "To już było..." oraz "Infekcję"!
Podgląd newsa | Skomentuj newsa

<<Niusy

X Apoc - Trzynasty Schron [ v 1.0 ] & PHP by Hammer