<<Niusy
02 stycznia 2013
Zrób to sam - 23:41 - Jerzy
drukowany AR-15
Może i jakaś nostalgia po Adamie Słodowym - dyżurnym magiku peerelowskiej TV, który potrafił zrobić prawie wszystko z niemal niczego - jest w tym tytule. To przecież prawie boskie przymioty i trudno o tym zapomnieć. A może po prostu niczego lepszego nie potrafiłem wymyślić? Tak, czy owak, do tekstu o drukarkach 3D jak znalazł.

Ruch mejkersów rozwija się dynamicznie. Technologia w ciągu kilku lat kilkukrotnie potaniała i trafia właśnie pod strzechy – kilka tysięcy, nie majątek. Wystarczy – drobnostka – opanować AutoCADa i cierpliwie znosić swąd plastiku. W perspektywie widać ponoć inne materiały, a wraz z nimi nie tylko niepowtarzalne zabawki i drobne, nieprodukowane części do sprzętu AGD, ale i indywidualne protezy, a może nawet organy do przeszczepów.

Wieszczby głoszą nadejście kolejnej rewolucji przemysłowej - na miarę co najmniej Jamesa Watta - i szansę na odrodzenie gospodarki Zachodu. Szkolnictwo – na razie nie u nas – się szykuje. "Administracja prezydenta Obamy… (znowu DARPA miesza) …w ciągu najbliższych czterech lat sfinansuje wyposażenie tysiąca szkół w warsztaty do druku 3D, aby wprowadzić lekcje ZPT na miarę XXI wieku". ("Drukarze marzeń" Piotra Stasiaka w najnowszej - 1/2013 - Polityce)

W tej beczce (potencjalnego) miodu pojawiła się już łyżka dziegciu. Grupa rusznikarzy Defence Distributed, której przewodzi Cody Wilson z Teksasu, ogłosiła publicznie zamiar opracowania i udostępnienia w Internecie kompletnej dokumentacji półautomatycznego karabinu AR-15. Typ najchętniej w Stanach kupowany, masakra w Newark przysporzyła mu wątpliwej sławy. Więcej szczegółów w artykule "Wydrukuj sobie karabin" Bartosza T. Wielińskiego w GW.

Powoływanie się na Konstytucję nie uchroniło ich od kłopotów prawnych i logistycznych. Prototypy nie imponują trwałością. Praktyka pokazuje jednak, że jeśli tylko coś może być zrobione, to z całą pewnością ktoś, kiedyś – raczej wcześniej niż później – to zrobi, bez względu na zabezpieczenia i konsekwencje.

Po pierwsze zatem; czy w pełni ‘plastikowy’ karabin jest realną koncepcją? Istniejący w Stanach zakaz produkcji broni bez metalowych elementów pośrednio by to potwierdzał. Jeśli tak, to kilka innych pytań czeka w kolejce.

(Fot. haveblue.org haveblue.org)
Podgląd newsa | Skomentuj newsa

03 stycznia 2013
I Ty zostaniesz Bearem Gryllsem! - 23:46 - Squonk
Przygotowani!
21 grudnia obchodziliśmy tzw. koniec świata. Czyli znaczy, że była jakaś pińcset halfnasta przepowiednia, że NADEJDZIE KONIEC i w związku z tym trzeba się PRZYGOTOWAĆ.

Czyli, że co?

No właśnie co?! Czy jak lekko gimbusiasty fascynat Falloutów, z opony i tworzywa sztucznego zrobić sobie Pancerz Wspomagany, a z kija od miotły Bozara? Iść do sklepu i wykupić cały dział z konserwami?? W altanie na działce zacząć kopać bunkier, który dumnie będzie określany mianem "Krypty 13"???

Śledziłem w tamtym - nie tak przecież odległym czasie - tą całą medialną (za przeproszeniem) s...czkę ze zdumieniem, zdziwieniem i w sumie z bezradnością. Owszem, w ramach realizacji zadań polityki "infotainmentu" na schronowym Facebooku pojawiło się trochę materiałów, ale jako dowcipne spuentowanie nastroju, a nie tworzenie nie wiadomo jakich medialnie faktów. Tym bardziej, że za ich tworzenie wzięła się masa wszelkiej maści "specjalistów" obecnych w mediach. Uznałem więc, że nawet ja - mając ukończone w sumie dość specjalistyczne studia związane z tematyką ratownictwa i survivalu, oraz posiadając pewien minimalny dorobek naukowy w tym kierunku - będę milczał i nie trzaskał wielkich artykułów o tym jak to się trzeba PRZYGOTOWAĆ. Bo dzięki tym paru skrótom przed nazwiskiem wiem, że nadal mało wiem, a na pewno nie tyle, by obligatoryjnie uważać się jakiś autorytet.

Postanowiłem teraz tak jakoś zajrzeć na sojuszniczy serwis Kryzysowo.pl by nadrobić zaległości, a tam znalazłem coś co mi przypomniało, jaki to kuriozalny artykuł przeczytałem właśnie przed owym końcem świata. To fragment wywiadu z byłym panem policjantem - Zestaw do przeżycia - który na co dzień zajmuje się szkoleniami z zakresu technik przetrwania. Dla falloutowo-postapokaliptycznej gimbazy - według mnie i możecie to nawet uznać za hejt - bo jeśli ktoś na pytanie o celowość upieczenia szczura, podaje jako kontrargument konieczność rozpalenia ognia, to...

To przeczytałem i spuściłem ten artykuł w studni zapomnienia. Jednak Łukasz z Kryzysowo.pl miał więcej zapału i postanowił zawalczyć o "lepszy świat". Sam tak kiedyś miałem, a choć mi przeszło, to wspieram go z całych sił.

Więcej:
Zestaw do przeżycia - przedkońcowoświatowy artykuł "poradczy" w Gazecie Wyborczej.
Polski Bearek Grylsek (Adam Kropiowski) – artykuł z gazety wyborczej - Łukasz wyraża swoją opinię.
List otwarty do Gazety Wyborczej - Łukasz kontratakuje.
Psy szczekają, karawana jedzie dalej - pan były policjant odpowiada.

Podgląd newsa | Skomentuj newsa

07 stycznia 2013
Postapowe kino w Gdańsku - 18:14 - Squonk
Wieści filmowe
Począwszy od 10 stycznia, w Auli Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Gdańskiego zacznie się cotygodniowy maraton z filmami w klimatach.

- 10 stycznia godz. 17:00 (czwartek)
MELANCHOLIA (2011)
reż. Lars von Trier, Dania, Francja, 130 min.

- 17 stycznia godz. 17:00 (czwartek)
DROGA (2009)
reż. John Hillcoat USA, 119 min

- 24 stycznia godz. 17:00 (czwartek)
O-BI, O-BA. KONIEC CYWILIZACJI (1984)
reż. Piotr Szulkin, Polska, 1984, 85 min .

- 31 stycznia godz. 17:00 (czwartek)
METROPIA (2009)
reż.Tarik Saleh, Dania, Finlandia, 2009, 80 min.

Więcej informacji - link.

Podgląd newsa | Skomentuj newsa

08 stycznia 2013
Aktualizacja książkowo - mangowa - 2:56 - Squonk
Trzynasty Schron
Kiedyś to były newsy aktualizacyjne na Trzynastym Schronie c'nie? A to jakaś historyjka się pojawiła, a to wierszyk, a to no... No coś się działo! A teraz jak w jakiejś korporacji: przyjdzie, poda, pójdzie - plan wykonany. I nawet nie sprzeda żadnej historyjki o Schronku. No nudno jakoś, tak przaśnie i w ogóle...

Ale z drugiej strony, że niby co? Mam zatańczyć? Zaśpiewać? Pokazać gołą d... tyłek? Umieścić jakieś fotki, z kim to byłem "widziany na mieście"? No dobra - jeśli jesteście spragnieni takich informacji to zapraszam na schronowy profil na Facebooku. Zaś teraz zawartość aktualizacji.

POSTKULTURA >>> KSIĄŻKI

POSTKULTURA >>> KOMIKSY

Za udział wzięli (w łapę) i nie dali się złapać przez ładnych chłopców z CBA: Katojido, Cichutki Spec, Lithium, Jerzy, Squonk, Veron.

Podgląd newsa | Skomentuj newsa

09 stycznia 2013
'Ciężki kawałek nieba' - spotkanie autorskie - 1:47 - Squonk
Wojciech Raginia - 'Ciężki kawałek nieba'
21 stycznia (poniedziałek) o godzinie 17.00 w Czytelni Popularnonaukowej Miejskiej Biblioteki Publicznej w Starogardzie Gdańskim, odbędzie się spotkanie autorskie z Wojciechem Raginia autorem powieści "Ciężki kawałek nieba".

Piekące płatki śniegu próbują nieudolnie zalepić pęknięcia w moim zwichrowanym życiu. Dlaczego od jakiegoś czasu coś bezustannie ląduje na mojej głowie?
W Piekle jest to wieczny opad popiołu, na ziemi śnieg, a poza jej horyzontem połamane pióra aniołów. Ignorancja zdaje się na nic, mimo swej ceny i choć okrycie z niej jest na pierwszy rzut oka nieprzemakalne, to ubierając się w nią, trzeba stać w miejscu. Ja nie potrafię, więc moknę.
Swoją drogą, zastanawialiście się kiedyś, jak jest w Niebie? Tego wam nie powiem, ale mogę opowiedzieć, co widziałem w Piekle…


Recenzja - w której wiele rzeczy się wyjaśni, a wiele nie - już w najbliższym czasie na Trzynastym Schronie.

Więcej informacji.

Podgląd newsa | Skomentuj newsa

Oficjalna zapowiedź 'Fallout 4' za pasem? - 14:19 - Zagłoba
To, że Bethesda obecnie dłubie w swoim zacisznym studiu nad pełnoprawną kontynuacją „Fallout 3” jest więcej niż pewne. Śmiało można również porzucić arkadyjskie wizje rzeczywistości niektórych graczy, wieszczących, że po ciepłym przyjęciu przez społeczność fanowską „New Vegas”, bractwo Todda Howarda ponownie przybije piątkę z Obsidianem (gdzie wciąż pracuje większość twórców, którzy zjedli zęby na tej postapokaliptycznej marce) i stworzy tytuł, będący kolejnym duchowym spadkobiercą klasyków sprzed lat. Niestety, nie po takim świńskim numerze, jaki zmalowali chłopcy z Rockville ledwie kilkanaście miesięcy temu.



Pomijając jednak cienie przeszłości, pewne drobne spekulacje i kuluarowe szepty, z których jasno wynikało, że kolejna część będzie rozgrywać się w postnuklearnym Bostonie, znajdującym się pod żelazną ręką enigmatycznych naukowców z Instytutu, dotychczas nie usłyszeliśmy nic konkretnego albo na tyle prawdopodobnego, aby to trzymało się jakiejś kupy. Bethesda zasłaniała się wygodnym faktem, iż pragnie w najbliższych miesiącach skupić wszystkie siły na wsparciu „The Elder Scrolls V: Skyrim”, a na promocje przyszłych projektów przyjdzie pora później.

Cóż, najwidoczniej wspomniane „później” właśnie nastąpiło i studio powoli zaczyna podgrzewać atmosferę przed rzuceniem pierwszych kart na stół podczas międzynarodowych targów. Pierwsza zapowiedź, zwiastująca, że coś jest na rzeczy, może wydawać się wyjątkowo nieśmiała, ale w końcu nawet zrzuceniu pierwszej bomby atomowej towarzyszyły spokojne przygotowania. To może być ciekawy rok.

Karuzelę marketingową i falę ożywczych dyskusji rozpętał Erik Todd Dellums, którego barwny głos oraz szalone audycje towarzyszyły nam w ruinach Waszyngtonu. Tak jest, mowa tutaj o aktorze wcielającym się w ekscentrycznego radiowca – „Three Doga”. Erik niedawno zamieścił na swoim ćwierkaczu wiele mówiący wpis, na którego zamieszczenie ponoć otrzymał pozwolenie z samej "góry".



Igrzyska i towarzyszący im hype czas zacząć. Całkiem możliwe, że tytuł zostanie oficjalnie zapowiedziany na czerwcowych targach E3, ponieważ Bethesda na chwilę obecną nie ma nic wielkiego do zaprezentowania, a dziwne byłoby, gdyby przeszła obojętnie obok największego wydarzenia w branży. Rozważa się również znacznie bliższe terminy, chociażby marcową imprezę PAX, która odbędzie się... w Bostonie właśnie. Tak czy owak, pozostaje jedynie czekać.

PS. Istnieje ryzyko, że wpis jest wysmakowaną ściemą jakiegoś sprytnego fana, ale szanse na to są znikome.

Źródło: No Mutants Allowed
Podgląd newsa | Skomentuj newsa

Postapokaliptyczna wigilia - 17:40 - Sakwan
Wigilia pod Uralem
Święta już za pasem.

Co miało być zjedzone, zostało zjedzone. Co miało być wypite, zostało wypite. Cóż, żyje się dalej. Nawet prawosławne święta dobiegają końca! Można pomyśleć, że było to standardowe Boże Narodzenie, a dla mnie już na pewno. Nie mogę tego jednak powiedzieć o tym, co wymyśliła grupa pomysłowych ludzi z Rosji.

Jak myślicie, jak wyglądałyby święta po końcu świata?

Na mój gust, świetnie przedstawia to galeria zdjęć z wigilii, która odbyła się w… opuszczonej kopalni pod Uralem! Choć jedzenie i oświetlenie jest nieco za bogate jak na trudne, postapokaliptyczne warunki, to mimo wszystko klimat jest.

Czyżby właśnie w takich warunkach żyli ocaleni z wojny nuklearnej obywatele Federacji Rosyjskiej? Czyżby coś takiego kryło się w Uniwersum Metro 2033? Czy coś takiego na swojej drodze spotka Taran, Gleb i spółka z trzeciej części trylogii Andrieja Diakowa?

Zapraszam do przejrzenia galerii.

Źródło: Mishainik Livejournal

Podgląd newsa | Skomentuj newsa

'The Walking Dead' już wkrótce wkroczy do świata dźwiękowych adaptacji - 23:34 - Zagłoba
Okłada audiobooku 'Żywe Trupy - Tom I i II'
Doświadczenie nauczyło mnie, że praktycznie każdy produkt pyszniący się zombiaczym szyldem „The Walking Dead”, to synonim wysokiej jakości podlanej gęstym sosem klimatów postapokaliptycznych. Komiks, serial, książka czy gra komputerowa - niezależnie od formy opowiadanych historii, te zawsze w pewien sposób ekscytowały w takim stopniu, że chłonęło się wszystko na jednym tchu i dodatkowo siedząc na krawędzi krzesła. Co najpiękniejsze, każdy mógł w nich znaleźć coś dla siebie i były one skierowane nie tylko do fanatycznych pasjonatów opowiadań z żywymi trupami w roli głównej.

Jednakowoż, siłą rzeczy, widząc wiadomość o planach stworzenia audiobooka „The Walking Dead”, obok oczywistego zaintrygowania, w mojej głowie zapaliło się żółte światło ostrzegawcze. Raz, że próba sprowadzenia historii obrazkowej do takiej formy to dość niecodzienny i bardzo ryzykowny pomysł. Dwa, iż rodzimi dystrybutorzy często podchodzą bez rozwagi do tego typu inicjatyw i cały piękny koncept zazwyczaj przysłania im potencjalna „gruba kasa”, jaką mogą zbić na miłośnikach marki. Znaczy się, po łebkach - byle to wydać i zbić łatwą mamonę. Patrząc na zwyczajowe jęki, jakie uskutecznia wielu polskich fanów na wieść o zdubbingowaniu ich ulubionej pozycji i status kultowości komiksu o przygodach Ricka Grimesa, wiele mogło się nie udać. Pewien lęk o potencjalną profanację był więc uzasadniony.

Czy obawy były jednak słuszne? Studio Sound Tropez zaprezentowało pierwszy fragment adaptacji dźwiękowej „Żywych Trupów” i... jest dobrze. Nawet bardzo.




Brzmi to wszystko niebywale smacznie. Jacek Rozenek (Rick Grimes) kolejny raz potwierdził swój kunszt w sferze „voice actingu”, a Krzysztof Banaszyk (narrator) niewiele mu ustępuje. Warto też napisać kilka ciepłych słów o warstwie dźwiękowej – odgłosy otoczenia czy wysmakowany soundtrack szybko wpadają w ucho i pozwalają nam na wejście do tego mrocznego oraz zapomnianego przez bogów świata.

Premiera dwóch pierwszych tomów planowana jest na przełomie stycznia i lutego. Za przyjemność posłuchania naszej śmietanki aktorskiej w nietypowych rolach przyjdzie nam zapłacić 34,90 zł.

Przyznam szczerze, że jakość wykonania tak mnie zaskoczyła, że sam ostrzę sobie zęby na tego audiobooka. Nie da się jednak ukryć, że jest to naprawdę wyjątkowa gratka dla ludzi, dla których zapoznanie się z tym fascynującym uniwersum było dotychczas mocno utrudnione – mianowicie osób niewidomych. Dlatego też, inicjatywa zasługuje na brawa i należy ją wspierać na każdy rogu, co też skwapliwie uczyniłem.

Podgląd newsa | Skomentuj newsa

13 stycznia 2013
Rok 2013 Rokiem Trzynastego Schronu! - 22:25 - Veron
Trzynasty Schron
Rok 2012 był dla Trzynastego Schronu naprawdę udany. Gros konkursów dla czytelników, wiele prestiżowych patronatów i frapujących wsparć medialnych, mnóstwo recenzji i tekstów - tak na SG jak i w okolicznościowych zinach, start Projektu 13, bez mała 1300 fanów na Facebooku. Do załogi Schronu dołączyło kilkoro naprawdę wartościowych ludzi, dzięki którym strona rozwija się i dryfuje przestworami internetu ku krzepiącej przyszłości. No i przede wszystkim - XIII-lecie działania. Jednym słowem - działamy. Owszem, dla siebie, ale przede wszystkim dla Was, drodzy Schronowicze.

Toteż skoro są sukcesy, to się nimi chwalimy. A skoro są, chcemy też, żeby trwały i były coraz bardziej spektakularne. Z tego też powodu redakcyjne gremium postanowiło ogłosić rok 2013 Rokiem Trzynastego Schronu. Przez najbliższe dwanaście, a nawet trzynaście miesięcy - a co! - spodziewajcie się więc różnorakich atrakcji. Nie obiecujemy najnowszej generacji sprzętów ani setek tysięcy złotych gotówki, to jasne, ale nie zamierzamy schodzić poniżej poziomu, do którego - ufam - zdążyliśmy Was przyzwyczaić. Wszystko ku chwale - czytelników Trzynastego Schronu! Ahoj!
Podgląd newsa | Skomentuj newsa

14 stycznia 2013
Walcz z korupcją! - 3:42 - Squonk
Art z gry RAWR
Ale jak???

Czy za pomocą ładnie zaczesanych do tyłu włosów, walizki z pieniędzmi i sadłem na brzuchu wypasionym za pieniądze obywateli Rzeczypospolitej Polskiej? Czy może pokazówkami realizowanymi na polityczne zamówienie przez uzbrojonych od stóp do głów panów, posługujących się różnoraką kombinacją słów gleba - ku*wa - gleba?

Nie!!!

Nadszedł czas by zawłaszczoną przez politycznych cwaniaków walkę z korupcją odzyskać dla całego Narodu Polskiego! Dziś każdy polski obywatel - czyli i Ty drogi czytelniku - może za pomocą swojego misia zmierzyć się z ciemnymi mocami, za którymi stoi kapitalistyczny demon Mamony. Cthulhu, wilkołak, jednorożec - od małego wychowaj oraz wyszkól swojego bohatera i poślij go do walki z ciemnymi mocami!

Agent Tomek? Zapomnijcie o nim - dziś to Wy stajecie do walki z korupcyjnym ZUEM! Walczcie o prawo!! Walczcie o sprawiedliwość!!!

RAWR - przygodowo-zręcznościowa gra flash.

Art z gry RAWR


Podgląd newsa | Skomentuj newsa

15 stycznia 2013
'Ciężki kawałek nieba' - recenzja - 15:56 - Squonk
Okładka książki 'Ciężki kawałek nieba'
Jakiś czas temu byłem na warsztatach poświęconych zagadnieniom pisania recenzji. W końcu co z tego, że napisałem kilkaset tekstów na Trzynastym Schronie? Zawsze przecież mogę czegoś nie wiedzieć lub coś świadomie od siebie odrzucać. Choć na tychże warsztatach za wiele nie dowiedziałem się nowego, to zasiały mi się w głowie ziarna niepewności, które właśnie wykiełkowały gdy zabrałem się za napisanie recenzji debiutanckiej powieści Wojciecha Raginia "Ciężki kawałek nieba". Jednak mimo wątpliwości czy mam ów plon ściąć, czy też dalej iść przez niego w pole, muszę napisać parę rzeczy, które potencjalnie mogą zniekształcić mój obraz jako obiektywnego (w miarę - bo bez przesady) recenzenta, by pokazać z jak wyjątkową książką mamy do czynienia.

Autora "Ciężkiego kawałka nieba" poznałem bowiem w specyficznych okolicznościach, do jakich może się zaliczać akcja poszukiwawczo - ratownicza małego chłopca*, który oddalił się w nieznanym kierunku od celebrujących początek długiego weekendu rodziców. Wyobraźnia pracuje "co to się mogło stać", a tu trach - nagle pojawia się pewien ziomek (czy też nawiązując do semantyki stosowanej przez autora: braszek) - i od słowa do słowa wychodzi, że pracuje on nad własną powieścią. A przy okazji sam zamierza do niej wykonać ilustracje! Otoczenie, uwarunkowania oraz okoliczności czasu i miejsca sprawiły, że odebrałem ją jako historię "tu i teraz", ale z drugim dnem. Coś co ze swadą stosuje np. Łukasz Orbitowski, którego powieści dzieją się przecież w dobrze znanych nam miejscach: jak blokowiska, miejskie parki, bliskie okolice - niby nic specjalnego. Ale zawsze, w jakimś niespodziewanym momencie zjawia się to drugie dno...

A co ze mną?
Cierpię na syndrom chronicznego niespełnienia. Patrząc w gwiazdy przed sobą, zdaję sobie sprawę , że nawet jeśli Kaszmir dowiózłby mnie do którejś z nich, to widok stamtąd byłby taki sam.


Kiedy więc zacząłem czytać "Ciężki kawałek nieba" nie byłem zaskoczony tym, że moje wstępne ogarnięcie tematu w całości się sprawdziło. Bohaterem jest młody człowiek o imieniu Gabriel żyjący z pozoru normalnym, a nawet szczęśliwym życiem. To ktoś kogo wszyscy chcieli mieć za kumpla, chodzić z nim na piwo, mieć go wśród znajomych na Fejsie, bo i błyśnie dowcipem, zabawi humorem, a świat stanie się jaśniejszy oraz pełniejszy. Tylko nikt, poza samym bohaterem nie dostrzega jak jego życie wypełnia pustka doraźnie zapełniana wytworami wyobraźni oraz wypalaniem kolejnego papierosa. I aby to zmienić, trzeba po prostu... Hmm... Po prostu umrzeć, zginąć w wypadku komunikacyjnym spowodowanym przez niewyjaśnione okoliczności.

Tyle wiedziałem po prologu tej powieści gdy go skończyłem czytać, ukontentowany, że moje przewidywania co do niej okazały się prawdziwe. Fluidy powstałe tym razem z mojej wyobraźni, nakarmione strachem o to co mogło się stać temu małemu chłopcu (była nawet opcja kanibali żyjących pod wodą) dość dobrze oddały czego mogę się po "Ciężkim kawałku nieba" spodziewać...

Na szczęście, ale tylko w samym prologu, bowiem wraz z właściwym początkiem powieści ujawnia się niesamowita umiejętność autora do splatania ze sobą różnych klimatów, wątków oraz motywów. I to w taki sposób, że nie odczuwamy przy tym jakichkolwiek niestrawności, mogących zostać złagodzonych przez podlanie całości sosem absurdu oraz surrealizmu. Od pierwszego rozdziału wchodzimy w lekko cyberpunkowy świat korporacyjnych rozgrywek, których celem jest stworzenie super żołnierzy - wojowników. Znajome a i również miłe, no nie? Tylko co w takim razie, w dalszym toku akcji robią tu wampiry oraz istoty z innych wymiarów? I co do cholery robi tu gadający koń? Tak, tak - taki wysoki, czteronożny zwierz, dla którego w pewnym serialu chodzący od domu do domu pan prosił o chleb. No co robi? Szukał frajera i znalazł, a okazał się nim oczywiście Gabriel posiadający w wyniku medycznych eksperymentów niesamowite zdolności. No jakie zdolności - zniecierpliwieni pewnie się spytacie? A ja nie wdając się w niuanse powiem, że mniej więcej takie jak matrixowy Neo.

Wszyscy na pokładzie zdrowi? Nikt nie zwariował? No to idziemy dalej.

Był już Orbitowski, były wampiry, był "Matrix". Pojawił się nawet koń, który mówi. Czego brakuje? Oczywiście aniołów, demonów oraz diabłów, bowiem wraz z ich pojawieniem zaczyna się właściwa część "Ciężkiego kawałka nieba". Szukając jakiegoś kolejnego słowa klucza, który pozwoliłby oddać Wam to z czym mi się to skojarzyło, to mogła by to być "anielska" twórczość Mai Lidii Kossakowskiej, jednak na szczęście bez wchodzenia w czerstwe, biblijne dywagacje. W skrócie i bez spojlerowania: jest świat jaki znamy i w którym żyjemy; jest miejsce poza czasem i przestrzenią zamieszkiwane przez ludzi oraz Istoty - które na chłopski rozum mówiąc są upadłymi aniołami. Jednak żeby było jeszcze ciekawiej, to dzielą się one na aniołów - z wyglądu oraz z zachowania, z jakim może nam się kojarzyć anioł - oraz na diabłów - również kojarzących nam się tak, jak się diabły mogą kojarzyć. A całość stworzył i zaplanował wedle swoich planów swego czasu gość, którego określamy mianem Boga.

- Dążysz do czegoś całymi latami, wylewasz pot, tracisz zdrowie, a otrzymujesz tylko złość i frustrację. I to wszystko dla kilku sekund radości. Miałem tak całe życie, wiesz? - zwracam się do swego przyjaciela. - Dlaczego nie miałbym mieć teraz?
Koń milczy, przeżuwając coś jak zwykle.
- Ekonomiczniej wychodzi jarać się serialami w telewizji, żreć chipsy za rentę psychiatryczną... - kontynuuję swoje żale. - Wspinasz się na górę, marzysz o jej szczycie, a gdy już go osiągniesz, widzisz kolejne szczyty.


Uff! Przyznam się, że sam się w tym wszystkim gubię, bowiem nawet pisząc te powyższe słowa, mam przed oczami z jednej strony sielskie i kolorowe obrazki z książek do religii, zaś z drugiej średniowieczne obrazy piekła. Tymczasem świat stworzony przez Wojciecha Raginia nie jest ani jakąś new ageowską fantazją, ani też jakąś ekstremalnie pokręconą chrześcijańską wizją via świadkowie Jehowy czy mormoni. Po prostu tak ten świat - te światy - ktoś (no Bóg no, tudzież Istota Wyższa) urządził, a istoty w nim żyjące kierują się tymi samymi namiętnościami i tęsknotami bez względu na to czy są ludźmi, aniołami, diabłami czy demonami. W tym wszystkim zaś znalazł się nasz bohater - Gabriel - oraz jego czworonożny przyjaciel noszący imię Kaszmir, co dopiero okazuje się w dalszej części powieści, bo ów zwierz nie od razu przemawia.

Przemierzając kartki "Ciężkiego kawałka nieba", ani razu nie złapiemy się na tym, że mamy do czynienia z silącą się na oryginalność i nowoczesność powieścią. Bowiem, choć mój niewprawny opis świata w jakim rozgrywa się akcja powieści może to sugerować, to wszystko do zdrowego pionu sprowadza sama postać głównego bohatera i jego komentarze oraz ocena sytuacji, w jakiej przyszło mu się znaleźć. Dystans, obserwacja, lekko filozoficzne poczucie humoru, ale też i tęsknota za czymś nieuchwytnym. Za marzeniem, za czymś co choć na chwilę odbierze dech i pozwoli dać poczucie sensu. Miłość, walka by ocalić świat (te światy) przed apokalipsą (w końcu i ona musi się pojawić, bo przecież to książka mająca patronat Trzynastego Schronu), poświęcenie dla sprawy?

A może - tylko i aż - zwyczajna przyjaźń między chłopakiem szukającym swojego miejsca w życiu i równie jak on zdystansowanym do rzeczywistości - tylko bardziej zgryźliwym - koniem.

Jest taki film: "Chłopiec i jego pies", który powinien być dobrze znany smakoszom klimatów postapokaliptycznych. I jeśli miałbym coś wybrać z szeregu łatek czy skojarzeń, które roboczo pisząc tę recenzję "przyczepiłem" do "Ciężkiego kawałku nieba", to właśnie ta byłaby najbardziej adekwatna. Bo kto jak nie koń - istota mądra, piękna, potrafiąca mieć swój charakter i swoją DUSZĘ - będzie najlepszym przyjacielem człowieka?

No konik, misiek, ciapek. Po prostu koń.

- Wieczne niedowartościowanie? Jeśli chodzi o mnie, masz całkowitą słuszność... Powinieneś mnie częściej chwalić! - droczę się.
- Myślę, że wiem, dlaczego ludzie hodują psy. - Kaszmir zerka na mnie dumnie jednym okiem.
- No dobrze. Wytłumacz mi dlaczego. - Składam skrzydła i wygodniej rozsiadam się w kulbace.
- Psy spoglądają na swoich żywicieli z wielką miłością i podziwem. Wręcz ubóstwiają cię, jeśli trzymasz w ręku kawał mięcha. Jest to jedynie moja obserwacja, gdyż jak ci wiadomo, nie posiadam rąk... tym niemniej, właśnie tego potrzeba ludziom do szczęścia. Choćby cienia dowartościowania.
- Pies najlepszym przyjacielem człowieka.
- Więc widzisz. Jesteście na tyle buńczucznym gatunkiem, że śmiecie przydawać własne cechy zwierzętom, a często i przedmiotom. Niegdyś dawano imiona mieczom... wiedziałeś? Co za absurd.


* - 28 kwietnia 2012, w godzinach południowych, w miejscowości Łaguszewo koło Pruszcza Gdańskiego (woj. pomorskie) zaginął dwuletni chłopiec. W poszukiwaniach wzięły udział siły Państwowej oraz Ochotniczej Straży Pożarnej z Gdańska, Pruszcza Gdańskiego oraz powiatu gdańskiego, a także Policja, Straż Leśna oraz Straż Graniczna. 29 kwietnia, w godzinach rannych dziecko zostało wypatrzone przez policyjny śmigłowiec na polu. Wyziębionego, lecz nie mającego żadnych większych obrażeń chłopca natychmiast przetransportowano do szpitala.

Podgląd newsa | Skomentuj newsa

16 stycznia 2013
Misie duże i małe - szkolenie - 3:56 - Squonk
Perk z Fallouta
Tym razem w cyklu survivalowych szkoleń, związanych z możliwością spotkania w sytuacji kryzysowej postapokaliptycznego misia nietypowa rzecz. Bowiem zamiast dywagacji i rozkmin związanych z bestiami, potworami czy innymi mutasami, chcącymi jeśli nie skopać nam nasze dupska to je zeżreć - coś innego. A mianowicie możliwość podejrzenia na żywo prawdziwych miśków: saren, jeleni, dzików, futerkowych drapieżników i roślinożerców, a przede wszystkim żubrów.

Umiejętność polowania na dziko żyjące zwierzęta, w razie wystąpienia ewentualności na pewno zwiększyła by nasze szanse na przeżycie. Oczywiście zależy jeszcze jakich ewentualności. Totalną wojnę atomową, inwazję zombi, czy poważną w skutkach epidemię lub zarazę możemy wykreślić z naszych rozważań z oczywistych względów. Jeśli będziemy szczęśliwcami / nieszczęśliwcami, którym uda się przeżyć, to takie sama opcje zostaną również postawione przed tzw. zwierzyną łowną. W skrócie - zwierzęta też jeść coś muszą. Roślinożerne rośliny - mięsożerne mięso pochodzące od innych zwierząt. Dywagację czym i jak by się one żywiły w razie totalnego skażenia środowiska, zostawmy twórcom fantastyki postapokaliptycznej, z pisarzami pochodzącymi ze stajni Dmitrija Głuchowskiego. Tamten świat i żyjące tam istoty, to...

No właśnie. A o wytrzymałym tałatajstwie - jak szczury, karaluchy czy jaszczurki, które równie dobrze moglibyśmy zjeść jak ono nas - było w poprzednich odcinkach.

Opcją w której można by rozważyć konieczność polowania na dziko żyjącą zwierzynę, mogło by być nagłe załamanie się procesów cywilizacyjnych człowieka, połączone z gwałtownym obniżeniem się populacji. W jaki sposób? Np. poprzez chaos spowodowany ograniczonym w skutkach konfliktem nuklearnym czy gwałtowną w skutkach epidemię, dotykającą jednak tylko ludzi. Coś, co nie wpłynęło by znacząco na stan środowiska, i żyjące tam zwierzęta, a kopnęło by w tyłek przede wszystkim ludzi. Osłabienie ponad miarę rozbuchanego potencjału eksploatacyjnego Ziemi przez człowieka, sprawiło by - po jakimś okresie czasu - odbudowę równowagi na korzyść przyrody. Przewaga ocalałych przy życiu ludzi mogła by się wziąć tylko z faktu posiadania broni oraz umiejętności z niej korzystania, jak i umiejętności polowania. A przede wszystkim z tego, że owi ocaleli mieli by na tyle łby na karku, by się nie zajmować się dożynaniem innych przedstawicieli swojego gatunku. Co jest mało pewne, ale nadzieję mieć trzeba.

W warunkach europejskich, czyli w Polsce wiedzę jak polować na dzikie zwierzęta posiadają przede wszystkim ludzie skupieni w związkach łowieckich. Kwestią do osobnej polemiki jest to, czy zabijanie dla sportu dzikich zwierząt, kiedy są inne możliwości zdobycia pokarmu ma sens. Dla mnie nie. Bajki o kontroli populacji, które są wciskane przez przedstawicieli środowiska myśliwskiego uważam za czerstwe, a całość kojarzy mi się z dowartościowywaniem się grupki samców, że sobie postrzelają i podbudują własne ego. Jednak taki a nie inny system działa, a państwo - czyli poniekąd my wszyscy - które jest właścicielem dzikich zwierzaków ustaliło taki, a nie inny system gospodarowania nimi i ja nic na to nie poradzę. Tak samo jak na to, że zostanie członkiem koła łowieckiego - czy też inaczej mówiąc myśliwym - jest jedną z trzech opcji skutecznego wejścia w posiadanie broni palnej. Czy ma to sens - w sytuacji normalnej to mdła i prowadząca donikąd dywagacja. W sytuacji kryzysowej nie, bo przeszło by się nad tym po prostu do porządku dziennego.

Reasumując więc:
- umiejętność skutecznego polowania na dzikie zwierzęta w Polsce posiadać będą członkowie kół łowieckich, skupieni w Polski Związku Łowieckim oraz w pewnym zakresie pracownicy Lasów Państwowych;
- osoby uprawiające łowiectwo zgodnie z polskim prawem, mogą mieć dostęp do broni palnej;
- wiedzę jak pozyskiwać dziką zwierzynę posiadać będą również osoby zajmujące się kłusownictwem, żyjące zwłaszcza na terenach leśnych.

Co z tego wynika dla nas?

Nawet jeśli w razie wystąpienia ewentualności udało by się nam zdobyć broń palną - dajmy na to "Beryla" - to droga by dzięki niej na coś zapolować, była by długa i żmudna. Jeśli żadna. Zostały by sidła oraz wnyki, skuteczne jednak tylko wtedy kiedy byłyby założone w takim miejscu, w którym nikt inny by ich nam nie opróżnił. Jeśli w ogóle potrafilibyśmy je zrobić.

Dlatego nie pozostaje nam nic innego, jak oddać się skrytej obserwacji zwierząt leśnych, którą udostępniły Lasy Państwowe, pod projektem noszącym nazwę Żubry online.

Klimatyczna podstawa programowa:
- Katastrofa
- Eden
- The Walking Dead

Podgląd newsa | Skomentuj newsa

Seria 'Fallout' trafi na szklany ekran? - 22:22 - Zagłoba
...i nie chodzi tutaj o świetny serial internetowy "Fallout: Nuka Break".

Seria "Fallout" opanowała dyski twarde i monitory, a teraz wszystko wskazuje na to, że przymierza się do szturmu na ekrany naszych wychuchanych telewizorów. Brzmi to jak piękny sen lub ponury żart (w zależności od tego, jaki macie stosunek do poczynań chłopców z Rockville), ale fakty mówią same za siebie - w zeszłym tygodniu Bethesda zarejestrowała znak towarowy "programu telewizyjnego opartego o postapokaliptyczny świat". Dodajmy do tego małą zapowiedź Erica Todda Dellumsa, o której informowaliśmy kilka dni temu... i voilà!

'


Choć istnieje również prawdopodobieństwo, iż to sprytna przykrywka dla szeroko rozumianej akcji marketingowej nakręcającej "Fallout 4". W końcu trzecią część serii promowały klimatyczne i wymuskane spoty telewizyjne. Może Bethesda pragnie tym razem pójść o krok dalej? Jak myślicie?

Jednakowoż nie da się ukryć, że pierwsze oznaki hype'u migoczą już na horyzoncie, a studio w mistrzowski sposób robi fanom wodę z mózgu. Panie Howard, robisz to dobrze!

Źródło: No Mutants Allowed
Podgląd newsa | Skomentuj newsa

17 stycznia 2013
Wiemy, kto odpowiada za scenariusz 'Terminatora 5' - 21:42 - Zagłoba
Wokół projektu piątej części "Terminatora" zaczyna robić się coraz poważniej i konkretniej, co tylko może cieszyć fanów apokalipsy z muskularnym Austriakiem oraz jego charakterystycznym akcentem w tle. Wytwórnia Annapurna Pictures nie zamierza odkładać wojny ze Skynetem na lepsze czasy, tylko zamierza czerpać pierwsze frukta ze swojej wielomilionowej inwestycji, zanim prawa do kultowej marki wrócą za bezcen do jej ojca - Jamesa Camerona. Sześć lat nie jest długim okresem w tej branży, więc nie mogą dziwić szeroko zakrojone przygotowania, jakie w ostatnich miesiącach poczyniła firma. Rodzeństwo Ellison, które wykłada pieniądze na kolejny epizod, ogłosiło właśnie, kto będzie odpowiadał za kluczową kwestię - scenariusz.

'

O kasowość "Terminatora 5" ma zadbać duet scenarzystów - Laeta Kalogridis oraz Patrick Lussier. Pierwsza nominacja jest obiecująca i powinna ucieszyć fanów, gdyż Kalogridis specjalizuje się w wysokobudżetowym kinie oraz pracowała z prawdziwymi tuzami kinematografii. W ostatnich latach maczała palce przy ciepło przyjętej przez krytykę "Wyspie Tajemnic" i miała okazję wymienić się pomysłami z samym Cameronem przy produkcji "Avatara", co może okazać się w tym przypadku zbawiennym doświadczeniem. Z kolei Lussier wzbudza znacznie więcej kontrowersji, ponieważ na tę chwilę do jego największych osiągnięć można zaliczyć tylko dość marne odświeżenie historii hrabiego Draculi oraz akcyjniak z Nicolasem Cagem w roli głównej - "Piekielna Zemsta 3D". Łatwo wywnioskować, że "Terminator 5" będzie jego pierwszym tak ważnym i na tyle dużym projektem, więc istnieją uzasadnione obawy, czy podoła presji.

Czy między tą dwójką zaiskrzy i seria wróci na dawne tory, kiedy to "Terminator" przecierał szlaki, a o marce można było mówić jedynie w samych superlatywach? Czas pokaże.

Źródło: Deadline
Podgląd newsa | Skomentuj newsa

21 stycznia 2013
Recenzja serialu 'Misja Afganistan' - 16:27 - Veron
Misja Afganistan
Wyrażenia "polski film wojenny" i "polski serial wojenny" to na dobrą sprawę oksymorony. Zastanówmy się bowiem, jakie tytuły mogą zostać przywołane w pamięci na takie hasła? Po krótkim namyśle do głowy przychodzą mi takie pozycje, jak "Hubal" Bohdana Poręby, "Eroica" Andrzeja Munka, "Akcja pod Arsenałem" Jana Łomnickiego, filmy Wajdy - "Kanał", "Korczak", także "Katyń" - "Jak rozpętałem drugą wojnę światową" Tadeusza Chmielewskiego, "Pianista" Polańskiego... Absolutna klasyka. Zaś oprócz tylko umiarkowanie udanych obrazów Pasikowskiego - "Operacja Samum", "Demony wojny wg Goi" - o współczesnym filmie wojennym w przypadku polskiego kina nie może być mowy. Nie lepiej jest z serialami. Kto bowiem nie zna "Czterech pancernych i psa", "Stawki większej niż życie" czy "Pogranicza w ogniu". Ale to także - nie przebierając w słowach - starocie. Znakomite, ale jednak z zupełnie innej epoki. Dzisiejsze seriale, z tak docenianym "Czasem honoru" na czele, trudno zaś określić inaczej niż miałkimi i konfekcyjnymi, Tzw. misyjność produkcji polskiej telewizji ogranicza się jedynie do dostarczania wątpliwej jakości rozrywki, bezpiecznie osadzonej w zamierzchłych - przez to nostalgicznych - czasach i jednostajnej konwencji. Dlatego też z niecierpliwością oczekiwałem serialu "Misja Afganistan" - dotyczącego, jak sugeruje tytuł - misji stabilizacyjnej polskich wojsk na Bliskim Wschodzie. To temat ciągle aktualny, do tego mało lubiany w mediach, za to bardzo przeze mnie.

Trwałem w oczekiwaniu, mając świadomość, że efekt końcowy niekoniecznie musi powalić na kolana. Finansowanie polskich produkcji to w światku filmowym permanentnie drażliwy temat. Polski Instytut Sztuki Filmowej jest organizacją wciąż tkwiącą w niezrozumiałym konserwatyzmie i idącą raczej pod prąd niż z duchem czasu (przykładem niech będzie rekordowa kwota 10 mln złotych wyłożona przez PISF na "Bitwę Warszawską", a na przestrzeni lat praktycznie zerowa na promocję filmów na międzynarodowych festiwalach czy oscarowych kandydatów). Dlatego na plus przemawiał fakt, iż za "Misję Afganistan" odpowiadać będzie czołowa platforma satelitarna. Co prawda budżet serialu i tak został mocno ograniczony, przez co całość nakręcono w Polsce (plany obejmowały kraje północnoafrykańskie - zweryfikował je koszt przewozu wojskowego sprzętu). Jednak nazwisko reżysera - Macieja Dejczera, twórcy trzech wcale niezłych serii "Oficer" - dawało nadzieję na produkcję na przyzwoitym poziomie.

Zaczytany w twórczości Marcina Gawędy, a także wspomnieniach z reporterskich wojaży Marcina Ogdowskiego i Piotra Langenfelda, wykreowałem w głowie obraz Afganistanu, jaki chciałbym zobaczyć w "Misji". Spodziewałem się żołnierskiego slangu, wyjazdów w teren i patroli, poszukiwań i potyczek z talibami. Ale także sportretowania surowej afgańskiej rzeczywistości, przedstawienia życia w bazie wojskowej i poza nią, relacji między żołnierzami. "Misja Afganistan" spełniła te oczekiwania tylko częściowo. Bo o ile życie na Bliskim Wschodzie - zarówno polskich żołnierzy jak i samych Afgańczyków - przedstawione jest obrazowo, to serial w wielu momentach leży w warstwie fabularnej. Prawdę powiedziawszy, trudno się chwilami nie złapać za głowę! Niemniej tragicznie też nie jest, a twórcom udaje się przybliżyć realia wojny w Afganistanie na tyle sugestywnie, żeby nieobeznany w temacie odbiorca mógł sobie uświadomić, jak wygląda praca polskich żołnierzy w ciągle nieustabilizowanym społecznie, politycznie i gospodarczo kraju.

Kadr z serialu Misja Afganistan


"Misja Afganistan" przedstawia sześciomiesięczną zmianę II plutonu pierwszej kompanii piechoty zmechanizowanej, dowodzonej przez porucznika Pawła Konaszewicza. Grany przez Pawła Małaszyńskiego "Konasz" - będący synem generała - zmaga się z przypiętą doń łatką "plecaka", a więc oficera, który swoją pozycję zawdzięcza jedynie protekcji ojca. Fakt ten jest punktem zapalnym sporu między nim, a porucznikiem Rafałem Żądło (Tomasz Schuchardt), dowódcą I plutonu. Spiritus movens narastającej niechęci między żołnierzami staje się też z czasem oficer TOC w bazie w Afganistanie, porucznik Justyna Winnicka (w tej roli Ilona Ostrowska), z którą z jednym z żołnierzy łączyło coś, czego chyba chciałby drugi. A to w skutecznym wykonywaniu swojej pracy pomaga raczej średnio. Podobnie jak pozostałym żołnierzom II plutonu - Zbójowi (Eryk Lubos), Iwanowi (Mikołaj Krawczyk), Mamutowi (Dawid Zawadzki), Malborowi (Piotr Rogucki), Młodemu (Sebastian Fabijański) - nie pomaga walka z mniejszymi i większymi życiowymi problemami.

Scenariusz "Misji" można było traktować jako newralgiczny element serialu w zasadzie od pierwszych o nim wzmianek. I istotnie fabuła wzbudza odczucia co najmniej ambiwalentne. Akcja serialu rozpoczyna się jeszcze w Polsce. Ćwiczenia żołnierzy, rozterki przed wyjazdem, ale także m.in. fakt kompletowania wyposażenia na własną rękę, bez mała propagandowe przemówienia najwyższych stopniem oficerów czy wymowne zobrazowanie traumy i pozostawienie samemu sobie rannego żołnierza odesłanego do kraju wyglądają przekonująco. Schody zaczynają się, gdy II pluton ląduje w prowincji Ghazni. Pierwszą totalną bzdurę przynosi już czwarty odcinek - "Nikogo nie zostawiamy" - w którym porucznik Konaszewicz w iście hollywoodzkim stylu ratuje uprowadzonego przez talibów podwładnego żołnierza. Taka sytuacja nie ma racji bytu w realnym - wojennym - świecie.

Ale wpadek jest więcej. Jak pisze Marcin Ogdowski na swoim blogu, sporo jest błędów merytorycznych: "Serialowi bohaterowie lecą na misję herculesem, podczas gdy loty rotacyjne odbywają się cywilnymi czarterami. Żołnierzy żegnają rodziny, spacerujące po płycie lotniska, niczym po hali odlotów. (...) Do takiej sytuacji nie mogłoby dojść. (...) Ewakuacja [rannego żołnierza] helikopterem MEDEVAC ograna zostaje ujęciem odlatującego... Mi-8 (w "realu", jak wiemy, zajmują się tym amerykańskie black hawki)". Dodaje jednak: "(...) niedoróbki dostrzegą insajderzy – nie więcej niż kilkanaście tysięcy ludzi". O ile takie niedociągnięcia można jeszcze wybaczyć, to już gabaryt bagażu problemów, jaki każdy z żołnierzy zabiera ze sobą na misję wydaje się nieco przesadzony. Nie twierdzę, że takie sytuacje nie mają miejsca. Na krótki serial o tak samo krótkich odcinkach, nagromadzenie sporej ilości kontrowersyjnych tematów to chyba jednak zbyt sporo. W ogóle podstawowym mankamentem "Misji" jest właśnie kiepskie zbalansowanie - ciekawie zrealizowane, przekonujące prawdziwością wątki przeplecione są mało wiarygodnymi i nieautentycznymi.

Kadr z serialu Misja Afganistan


Gryzie się to z udanymi elementami scenariusza i dobrą reżyserią serialu. Ekipie udaje się poruszyć w zasadzie wszelkie tematy dotyczące wyjazdów polskich żołnierzy na misje. To - nie przymierzając - taki filmowy alfabet misjonarza. Twórcy zdecydowanie odżegnują się też od przypisywania wojakom etykiet najemników, nie wzdrygając się jednocześnie przed umieszczeniem w scenariuszu postaci czy wątków, które mogłyby sugerować coś zupełnie odwrotnego. Liczą jednak na inteligencję widza i wyciąganie własnych wniosków. Za to duży plus. Ostre, sprawne dialogi wypełnione są "szuszwolami", "ajdikami", "rośkami", "pekaśkami", co tworzy otoczkę realizmu. Dejczer zdecydował się na filmowanie bez statywu i dynamiczny montaż scen akcji. Stylem "Misja Afganistan" przypomina "The Hurt Locker" Kathryn Bigelow. Wzorzec był więc z najwyższej półki. I Dejczer daje radę. Prowadzi akcję naprawdę umiejętnie, żywo, udaje mu się wciągnąć oglądającego. Odpowiednie filtry stosowane na kamerach tworzą surowy obraz podnóży Hindukuszu. Musi jednak popracować nad bardziej płynnym przeplataniem wątków, gdyż zdarza mu się "zapomnieć" o niektórych, by przywołać je nagle bez specjalnego powodu i trochę w nieprzemyślany sposób. Szkoda też, że na ścieżce dźwiękowej nie słychać żadnego kawałka Comy (cicho na to liczyłem ze względu na udział Roguckiego) czy innego, mocniejszego gitarowego brzmienia.

Sporym atutem jest natomiast portretowanie postaci. Można powiedzieć, że bohater jest zbiorowy - żołnierze Wojska Polskiego. Ale scenarzyści poświęcają sporo czasu indywiduom. Może "nie wgryzają" się w każdego, ale też nie szkicują ich nazbyt grubą kreską. Każdy ma swoją osobowość, swoje życie. Widzom udaje się z nimi zżyć. Najbardziej frapująca wydaje się postać plutonowego Gnysia - "Mamuta" - wielokrotnego misjonarza, który ma swoje za uszami. I - nie wdając się w szczegóły - po serialowej zmianie będzie miał jeszcze więcej. W parze z barwnymi charakterami idzie niezłe aktorstwo. Paweł Małaszyński w końcu mnie do siebie przekonał, jako że dotąd nie byłem specjalnym fanem jego talentu. Znakomicie wypadają Eryk Lubos i przywoływany już Dawid Zawadzki. Piotrowi Roguckiemu - frontmanowi zespołu Coma - w przemyśle filmowym nie wróżę jednak więcej niż role ekscentryków. Spory potencjał tkwi natomiast w "Młodym", czyli Sebastianie Fabijańskim. Tomasz Schuchardt potwierdza, że ma szansę zostać aktorem wybitnym, nawet mimo tego, że chwilami jego gra ogranicza się tylko do rzucania przeciągłych spojrzeń za porucznik Winnicką. Urodziwą panią oficer w interpretacji Ostrowskiej też da się oglądać. Aktorka to bowiem, podobnie jak mający pewien potencjał Mikołaj Krawczyk (filmowy "Iwan"), z bogatym doświadczeniem telenowelowym, które to jednak w ich przypadkach odbija się czkawką. Wieloletnia gra w rozwleczonych serialach sprawiła, że oboje są po prostu niewyraziści.

A skoro przy postaci Winnickiej jesteśmy, warto się pochylić nad tym, jaki obraz kobiety w wojsku kreuje ekipa serialu. Ten niestety nie jest zbyt zachęcający. Jak już wspomniałem, pani porucznik jest powodem rywalizacji między Konaszewiczem i Żądłem - wątkiem równie przewidywalnym, co zbędnym. A przynajmniej mogącym być poprowadzonym ze znacznie większym wyczuciem. Ale nie to jest w wątkach z wybijającym się udziałem jej postaci najsłabsze. Scenarzyści opatrzyli ją bowiem nieprzystającymi do żołnierza i afgańskich realiów cechami - babskim uporem, porywami serca, podejmowaniem nieuzasadnionego ryzyka. Symptomatyczny w zobrazowaniu tych słów jest odcinek dziewiąty, pt. "Fatima". Według scenarzystów wystarczy bowiem, że kobieta spojrzy głęboko w oczy radzie starszych afgańskiej wioski, by wpłynąć na raz powziętą przez nich decyzję. W kontekście całego serialu postać Winnickiej rozpisana jest najgorzej - po prostu bzdurnie.

Kadr z serialu Misja Afganistan


W "Misji" twórcy próbują przypatrzeć się i przybliżyć nieco afgańską kulturę. Nie wychodzą jednak poza raczej znane powszechnie schematy - ortodoksję, głęboką religijność, źle pojęty dżihad. Zdecydowanie lepiej wypada za to - i jest to ważny aspekt, o którym rzadko się w Polsce słyszy - obraz współpracy wojska z Afgańczykami, cywilami i służbami mundurowymi. Misje ISAF polegają w podobnej mierze na walce z talibami, co przekonywaniu miejscowej społeczności, że zaangażowani żołnierze nie chcą jej krzywdy. Wojskowe kontyngenty mają przede wszystkim pomagać (w serialu pokazano to np. w organizacji lokalu wyborczego) i pomoc ta prezentowana jest już od pierwszych odcinków serialu.

Mówiąc o kreowaniu afgańskiej rzeczywistości, nie sposób wspomnieć o tamtejszych wioskach. W najlepszym w moim odczuciu odcinku - siódmym w kolejności, a zatytułowanym "Dobra robota" - mamy właśnie namiastkę tego, jak wyglądają afgańskie kalaty i co się w nich może kryć; przy okazji, jak niebezpieczna jest walka misjonarzy w wojnie partyzanckiej. Braki budżetowe w sferze scenografii są jednak aż nazbyt widoczne. Poligonowi w Świętoszowie daleko do Bliskiego Wschodu (który notabene stoi nie tylko pustyniami, o czym twórcy zdają się zapominać), natomiast afgańskie wioski chyba nawet w rzeczywistości nie wyglądają tak ubogo. By jednak zakończyć pozytywnie, warto wspomnieć o kilku znakomitych scenach: wybuchu IED z udziałem tzw. żywej szczerbinki, obrony mostu na środku pustyni (to świadczy także o tym, że niektóre zadania, do których wyznaczani są wojacy, trącą totalnym bezsensem), czy Wigilii w żołnierskim gronie w miejscu zapomnianym przez Boga (poprzedzonej co prawda beztroską, niespodzianą wizytą dowódcy jednostki w szalenie niebezpiecznym miejscu - m.in. tutaj nieomal zapłakałem nad naiwnością scenarzystów...).

Zdjęcie z planu serialu Misja Afganistan


Tak czy owak "Misja Afganistan" to serial w pewnym sensie przełomowy i mimo swoich niedociągnięć ważny. Dobrze ujął to przywoływany w tej recenzji Marcin Ogdowski: "(...) W tej chwili, tak mi się wydaje, ważniejsze jest to, że w ogóle powstał. Że za jego sprawą tematyka Afganistanu przebije się do szerszej świadomości. Może i trochę nieudolnie, ale w wystarczającym zarysie pokaże Polakom, czym na tej wojnie zajmują się nasi żołnierze. I jakie są tego konsekwencje". I na tym zakończmy.

Moja ocena: 6,5/10

Źródło fotosów i zdjęć z planu: strona serialu "Misja Afganistan"
Podgląd newsa | Skomentuj newsa

Głosujemy na Metro 2033 - 20:19 - Sakwan
Metro 2033
Na portalu Lubimyczytać.pl od jakiegoś czasu trwa plebiscyt na najlepszą książkę w kategorii Wehikuł Czasu. Wśród wielu świetnych pozycji mamy reprezentanta gatunku postapo w literaturze – Metro 2033. Czujecie, do czego zmierzam?

Apeluję do Was, żebyście głosowali! Oczywiście na wspomniane Metro 2033., jakiekolwiek inne głosy będą oznaczały zdradę Najświętszej Emanacji Trzynastego Schronu! Każda osoba może oddać jeden głos na dzień, więc głosować codziennie!

Głosy oddajemy portalu w tym miejscu (dałbym od razu linka, który oddaje głos na właściwą książkę, ale powiedzmy, że trzeba być poprawnie politycznym, a przynajmniej uczciwym wobec konkurencji). Ponadto, żebyście nie zapomnieli, że głosować można codziennie, w tym miejscu znajdziecie wydarzenie na Facebooku.

LubimyCzytać.pl
Wydarzenie na Facebooku
Podgląd newsa | Skomentuj newsa

22 stycznia 2013
Piąty numer 'Coś na Progu' - 2:56 - Squonk
Coś na progu - dwumiesięcznik
Informacja prasowa od Wydawnictwa Dobre Historie.

Już jest - piąty numer czasopisma "Coś na Progu". Tym razem jeszcze więcej stron w tej samej cenie, czyli 116 stron za 8.90zł! W środku same pyszności.

Opowiadania: Roberta E. Howarda (inspirowane twórczością H.P. Lovecrafta), Marka Tufo (apokalipsa zombie z punktu widzenia buldoga!) i Tomasza Kaczmarka (Pulp w czystej formie). Publicystyka Roberta Blocha, Bartosza Czartoryskiego i Marcina Wrońskiego. Wywiady z Thomasem Ligottim i Stefanem Grabińskim!

Temat numeru: POTWORY!

Do tego - dwa komiksy i tona potwornej publicystyki. Okładka - Michał Oracz. Czasopismo można zamawiać ze strony wydawcy: Wydawnictwa Dobre Historie.

Podgląd newsa | Skomentuj newsa

Audiobook 'Metro 2033' Dmitrija Głuchowskiego! To możliwe! - 15:48 - Squonk
Metro 2033
Informacja prasowa od Wydawnictwa Insignis.

"Metro 2033" bierze udział w styczniowym wydaniu plebiscytu "Škoda. Czytam, bo wiem co dobre!". Wystarczy codziennie oddać głos na naszą książkę, by już wkrótce cieszyć się kultowym tytułem w formie audiobooka.

Od kilku miesięcy na stronie LubimyCzytać.pl można głosować na najlepsze książki - każdego miesiąca w innej kategorii. W styczniu na Wasze głosy czeka "Metro 2033" Dmitrija Głuchowskiego, nominowane w kategorii "Wehikuł Czasu, czyli najlepsza książki fantasy/SF".

Książki, które zwyciężą w comiesięcznym plebiscycie, zostaną wydane w formie audiobooka w kolekcji Škoda. Wiesz co dobre! Ponadto autorzy najciekawszych recenzji mają szansę wygrać m.in. iPody i przewodniki Pascala dla zmotoryzowanych.

Obecnie książka Głuchowskiego prowadzi w rankingu, ale konkurencja nie śpi - dlatego liczymy na Was, drodzy czytelnicy! Codziennie do końca stycznia możecie oddawać swój głos na "Metro 2033".

Na Wasze głosy czekamy tu: http://lubimyczytac.pl/skodawieszcodobre/rankingmiesiaca#book50010.

Podgląd newsa | Skomentuj newsa

'W mrok' - recenzja na Trzynastym Schronie - 16:12 - Squonk
Powieść z serii Uniwersum Metro 2033
"W mrok" łączy w sobie postapokaliptyczne science fiction oraz rasowy thriller z elementami horroru i domieszką kryminału, a wszystko doprawione jest gigantyczną dawką wciągającej akcji i spięte klamrą powieści przygodowej. Dzieje się tu na tyle dużo, że nawet skrótowe przytoczenie fabuły mija się z celem. Wystarczy nadmienić, iż całość zaczyna się od... wybuchu nuklearnego. Później, parafrazując słowa Alfreda Hitchcocka, napięcie nieprzerwanie rośnie. Spotykamy znanych już z "Do światła" bohaterów - stalkera Tarana i jego przybranego syna Gleba - uwikłanych w niebezpieczną rozgrywkę, której efektem może być zagłada ginącej w oczach populacji petersburskiego metra. Jednak to dopiero początek przygody...

Całość recenzji powieści Andrieja Diakowa "W mrok", którą przygotował red. Veron znajdziecie TU OOOJ!

Albo tu ---> "W mrok" - recenzja

Podgląd newsa | Skomentuj newsa

23 stycznia 2013
COŚ na plaży/w lesie/nad rzeką - a Wy co?! - 1:26 - Squonk
Perk z Fallouta
Piękny, ciepły, letni wieczór. Słońce powoli zaczyna zachodzić. Z browarem w ręku oraz z panną/facetem/piesem/wszystkim na raz udajecie się na spacer. Do lasu, nad rzekę, na plażę, na łąkę. W teren. W okół radośnie biegają małe dzieci chcące jak najdłużej zostać na świeżym powietrzu, zaś pieski merdając ogonkami "zczytują" z krzaków oraz słupków najświeższe, psie informacje. On opowiada jej jak minęła mu służba, ona jak idą postępy w projekcie, który jest realizowany w jej pracy. Wszystko spowijają ostatnie promienie zachodzącego Słońca...

Nagle, przed Wami ukazuje się las... Krzyży... NIE! Nagle przed Wami ukazuje się COŚ!!!

To COŚ może się ruszać lub nie, może być żywe albo nie całkiem. Może być cokolwiek jakie, ale na pewno jedno będzie z tym wiadomo. To nie jest coś, czego normalnie można by się spodziewać w dobrze znanych Wam od lat miejscach. Jak np. COŚ, co znaleźli rosyjscy żołnierze nad brzegiem Sachalinu w 2006 roku (w pobliżu Japonii - jest to najbardziej wschodnia część Rosji). Nikt nie miał pojęcia, co to za stworzenie. Układ szkieletu wskazywał, że nie była to ryba lub krokodyl/aligator. Istota posiadała skórę, włosy, coś na podobieństwo futra. Podobno zaraz po znalezieniu tego stwora, zabrały go służby specjalne i nikt więcej o nim nie słyszał.







Pytanie jest więc takie - co byście Wy zrobili w takiej sytuacji? Zawsze możecie oczywiście jak najszybciej poinformować nas, zwłaszcza jeśli wiecie, że w Waszej okolicy mieszka redaktor/współpracownik Trzynastego Schronu. Jednak jeśli ocenicie, że sytuacja może rozwinąć się w kierunku wzrostu poziomu zagrożenia, to powinniście mieć zapisane w swoich telefonach namiary kontaktowe do państwowych instytucji realizujących zadania polityki bezpieczeństwa.

Dla Was, Waszej panny/faceta/piesa oraz dobrze schłodzonego, dobrego piwa.

News powstały w oparciu o materiały, które podrzucił użytkownik Vocoder.

Źródło: Kryptozoologia.

Podgląd newsa | Skomentuj newsa

Zmiana warty - 13:41 - nie wiem
SZ13S
Dzisiaj dochodzi do zmiany na stanowisku sekretarza Redakcji Trzynastego Schronu. Nowym sekretarzem zostaje Veron. Wszystkim osobom, z którymi współpracowałem przez ostatnie trzy lata jako sekretarz redakcji, pragnę złożyć ogromne podziękowania. Trzynasty Schron stał się dla mnie drugim (a czasami pierwszym) domem, w którym rozwinąłem się intelektualnie i osobowościowo. Poznałem nie tylko wielu wspaniałych ludzi, ale również samego siebie. A najważniejsze dla mnie jest to, że to poznawanie się nie skończyło, bo nie mam zamiaru ze Schronu jak na razie odchodzić. Kierując się jednak myślą ś.p. gen. Petelickiego, trzeba awansować ludzi lepszych od siebie, żeby wszystko działało najlepiej jak tylko się da. Wierny tej idei, bez żalu przekazuję moje dotychczasowe stanowisko osobie, która będzie wiedziała co z nim zrobić.

Ku chwale Trzynastego Schronu!
Podgląd newsa | Skomentuj newsa

24 stycznia 2013
Edycje specjalne The Last of Us - 9:24 - Pilarious
Nowa gra twórców serii Uncharted - The Last of Us pojawi się w dwóch edycjach specjalnych (także w Polsce).

Obydwie edycje będą zawierały:
- Miniartbook The Last of Us
- The Last of Us: American Dream, epizod pierwszy
- Naklejkę na pada z motywem z gry
- Dodatki i premie do rozgrywki multiplayer, takie jak dodatkowe punkty doświadczenia, elementy do zmiany wyglądu postaci, czy silniejsze ciosy w walce wręcz
- Pakiet soundtracku, motyw dla systemu PS3, awatary PSN

Ponadto w odpowiedniej edycji Joel lub Ellie, otrzymujemy dodatki związane, z którymś z tych bohaterów:
- Plakat kolekcjonerski przedstawiający daną postać
- Dodatkowe skiny dla postaci, które otrzymuje po ukończeniu trybu dla jednego gracza
- Kupon z kodem, pozwalający na pobranie skina dla Sackboya w grze LittleBigPlanet


Osoby, którym jeszcze mało mogą pokusić się o sprowadzenie z USA dwóch innych edycji specjalnych - Survival oraz Post-Pandemic Edition.

Szczegóły tych edycji w rozszerzeniu newsa


Pierwsza z nich zawierać będzie:
- Artbook w twardej oprawie autorstwa Dark Horse
- Steelbook - metalowe pudełko na grę z podobiznami Ellie i Joela po dwóch stronach
- Pakiet z soundtrackiem, motywem dla systemu PS3 i awatarami
- The Last of Us: American Dream, epizod pierwszy

Post-Pandemic Edition kusi takimi bonusami:
- Steelbook
- The Last of Us: American Dream, epizod pierwszy
- Figurkę kolekcjonerską przedstawiającą bohaterów gry
- Pakiet z soundtrackiem, motywem dla systemu PS3 i awatarami


Gra ma mieć premierę 7 maja tego roku na konsoli PS3.

Jej fabuła oczywiście przenosi nas do świata post-apokaliptycznego: niedaleka przyszłość, ludzkość prawie całkowicie wyginęła przez tajemniczą zarazę, miasta porosły trawą i chwastami, zaś po ulicach chadzają mutanty. Wśród ocalałych znajdują się przestępca Joel i nastolatka Ellie, która nie zna świata sprzed zagłady. Sama nieliniowa (według zapewnień twórców) fabuła ma się opierać na relacjach dwójki głównych bohaterów.
Podgląd newsa | Skomentuj newsa

25 stycznia 2013
Pstrykałby jak w czerwony guzik - 0:09 - Squonk
Nowina Trzynastego Schronu o broni jądrowej
Jest zima, to musi być zimno. Jest zima, to człowieka nachodzą "mroźne" klimaty. Czyli takie kojarzące się z Rosją czy byłym Związkiem Radzieckim. No i Zimną Wojną. No wiecie - człowiek czasem też może poczuć taki "romantyczny zew" pożytecznego idioty jakim stał się ostatnio np. francuski aktor Gerard Depardieu i popłynąć na fali rozważań, jak to fajnie tam było, kiedy czerwony sztandar oraz sierp i młot rozświetlały codzienne mroki życia w tamtym czasie.

Ale wystarczy sobie przypomnieć coś z Uniwersum Metro 2033 i wszystko wraca do zdrowej normy. Czyli Rosji taka jaka ona mniej więcej jest, a nie taką jaką widzimy ją z migawek w telewizji, czy usłużnych politycznych propagandzistów.

Jednak Zimna Wojna nadal siedzi mi w głowie, dlatego polecam Wam zapoznać się artykułem na temat pracy oficera służącego na stanowisku dowodzenia międzykontynentalnych pocisków balistycznych. Dziwne to trochę, bo chyba mało kiedy zdajemy sobie sprawę z tego, że za tym całym medialno-propagandowym cyrkiem, jakim kiedyś była otoczona cała koncepcja użycia broni jądrowej, stali normalni i zwyczajni ludzie. Ktoś, kto siedząc kilkadziesiąt metrów pod ziemią czy wodą byłby tym, który bezpośrednio "odpowiadał by" za rozpętanie na Ziemi nuklearnego piekła.

On miał dostęp do "czerwonego guzika" - artykuł.

Podrzucił toga5.

Klimatyczna podstawa programowa:
- Robert J. Szmidt - "Samotność Anioła Zagłady"
- Sting - "Russians"

Podgląd newsa | Skomentuj newsa

Recenzja filmu 'Życie Pi 3D' - 15:29 - Veron
Życie Pi 3D
Podciągnąć "Życie Pi" pod klimaty postapo, to zadanie na pierwszy rzut oka dość karkołomne. I fakt, z kanonicznym obrazem postapokalipsy najnowszy film Anga Lee nie ma praktycznie nic wspólnego. Ale oglądając go, mimowolnie narzucały mi się skojarzenia z filmem Danny'ego Boyle'a, "127 godzin" - kinem, jak by nie patrzeć, ekstremalnie survivalowym. Takie też jest "Życie Pi", z tym że miast gór stanu Utah mamy tu przestwór Pacyfiku, a kamieniowi przygważdżającemu rękę głównego bohatera do skalnej ściany odpowiada szalupa z... tygrysem bengalskim.

"Książka, na podstawie której powstał film, stała się międzynarodowym bestsellerem, który rozszedł się w nakładzie ponad miliona egzemplarzy. "Życie Pi" to niesamowita historia 16-letniego chłopca, który po katastrofie statku spędził na Pacyfiku w szalupie ratunkowej 227 dni w towarzystwie trzyletniego tygrysa bengalskiego, a także hieny, zebry i orangutana. To niezwykła, przejmująca opowieść o rozpaczy, strachu, wierze i szczęściu." [fragment opisu dystrybutora]

W odróżnieniu od obrazu Boyle'a "Życie Pi" szybko zmienia się w opowiastkę teologiczno-filozoficzną, ze wskazaniem na to pierwsze. Lee zaczyna i w zasadzie kończy ten wątek jeszcze w scenach rozgrywających się na suchym ladzie. Poszukiwanie własnej tożsamości i eksploracja różnych odmian wiary przez Piscine'a są symptomatyczne, ale nie nachalne. Tajwański reżyser nie mędrkuje, nie bawi się w proroka. Raczej cierpliwie, acz metodycznie, przewraca na ekranie kolejne strony zgrabnie napisanego scenariusza, zmierzając do - będącego jednocześnie kwintesencją filmu - drugiego aktu.

Ta lwia - a może raczej tygrysia - część "Życia Pi" czerpie swą siłę z realizacji, która jest, trzeba to uczciwie przyznać, olśniewająca. Pysznie skomponowane kadry pełne są rozmachu, wzmocnione dodatkowo porządnym trójwymiarem, ocierają się wręcz o wirtuozerię. Takie perełki jak nocne ujęcia pływających na powierzchni wody meduz czy tysięcy surykatek na bezludnej wyspie, skąpane w subtelnych, melodyjnych kompozycjach Mychaela Danny, na długo pozostają w pamięci. Fenomenalnie prezentuje się też koci towarzysz Pi o wdzięcznym imieniu Richard Parker, całkowicie wygenerowany komputerowo. Magia obrazu filmowego jest w "Życiu Pi" nieomal namacalna.

Lee pozwala chłonąć widzowi te cudnej urody obrazki w rytm kojący i spokojny niczym morskie pływy w bezwietrzny dzień. Chwała mu również za to, że - podobnie, lecz nie tak skutecznie jak Boyle w "127 godzinach" - mimo ograniczonej przestrzeni, w której prowadzi akcję, trzyma widza z dala od znużenia. Niemniej jednego wybaczyć mu nie mogę - nie wciągnął mnie w opowiadaną historię. Być może dlatego, że "Życie Pi" to film lekki i przyjemny a priori - kolorowy, bezkrwawy, pachnący Bollywoodem. Przy całej lakoniczności tego słowa, to wzorcowy przykład ładnego filmu (ale czy na jedenaście nominacji do Oscara?...). Tylko trochę brakuje w nim emocji. A te przecież Ang Lee obrazować potrafi jak mało kto, wystarczy wspomnieć takie jego filmy jak "Tajemnica Brokeback Mountain" czy "Ostrożnie, pożądanie". Ale i tak warto, choćby tylko dla wrażeń estetycznych.

Moja ocena: 6,5/10
Podgląd newsa | Skomentuj newsa

26 stycznia 2013
Buzdygan dla Marcina Ogdowskiego - 3:05 - Squonk
Marcin Ogdowski - z Afganistanu.pl
W corocznej edycji plebiscytu miesięcznika "Polska Zbrojna" po raz pierwszy mogli wziąć udział czytelnicy. Oddając swoje głosy przez Internet sprawili oni, że - Buzdygan - nagroda dla osób, które przyczyniły się do budowy wizerunku nowoczesnego wojska trafiła do Marcina Ogdowskiego.

"To człowiek, który zmienił oblicze Wojska Polskiego. Dzięki prowadzonemu przez niego blogowi zAfganistanu.pl przetrwałam osiem najtrudniejszych miesięcy w moim życiu - misję mojego męża w Afganistanie" - napisała żona jednego z żołnierzy, zgłaszając kandydaturę Marcina Ogdowskiego.

Nam jest również miło choćby dlatego, że blogowe zmagania Marcina z tematyką afgańską zaczęliśmy śledzić już parę lat temu, a on sam jest osobą sympatyczną, otwartą oraz wielce komunikatywną. O czym zresztą sami możecie się przekonać, gdyż w naszych zasobach znajduje się - przeprowadzony przez red. Verona - wywiad z laureatem.

Gratulujemy i polecamy Wam zajrzeć do niniejszych materiałów:
- Z Afganistanu.pl - blog Marcina Ogdowskiego
- Wywiad z Marcinem Ogdowskim dla Trzynastego Schronu
- Internauci przyznali swojego Buzdygana - wiadomość z Polski Zbrojnej

Zdjęcie wykonane przez Artura Webera zostało wybrane celowo, bo mały piesek zawsze dobrze działa ;-)

Podgląd newsa | Skomentuj newsa

27 stycznia 2013
Cyberpunk 2077 - 0:23 - Uqahs
Wystarczyła krótka filmowa zapowiedź, aby cały świat skierował swój wzrok na nowy projekt twórców Wiedźmina. Polacy dzięki komputerowej adaptacji przygód Geralta udowodnili, że na tworzeniu gier się znają, a zdroworozsądkowe podejście do praw autorskich przysporzyło im szacunku wśród graczy. Poprzeczka zawieszona jest wysoko i CD-Projekt RED musi zrobić wszystko, aby Cyberpunk 2077 okazał się przebojem.


Ekipa twórców ściśle współpracuje z Mikem Pondsmithem, autorem systemu gier fabularnych Cyberpunk 2020. Komputerowa wersja gry przeniesie fabułę kilkadziesiąt lat w przyszłość, dzięki czemu fani papierowego systemu poznają dalsze losy znanego im doskonale świata. Mrocznego, pełnego niebezpieczeństw i ludzi wykorzystujących nowoczesną technologię dla swych nikczemnych celów. Więcej o swoich inspiracjach, a także o współpracy z polskim producentem, Pondsmith ujawnia w tym materiale filmowym:


Póki co wiadomo, że będzie to gra RPG ze sporą ilością akcji oraz z otwartym światem. Fani wraz ze zwiastunem dostali ukrytą wiadomość, zdradzającą nieco więcej szczegółów. Cyberpunk 2077 nie pojawi się tak prędko. Chęć stworzenia naprawdę dojrzałego i dopracowanego dzieła wymaga czasu. Ponadto większość sił CD-Projektu skupi się teraz zapewne nad kolejnym Wiedźminem, dlatego nie dziwi podana przybliżona data premiery - rok 2015. Nam pozostaje tylko czekać.

Źródło: Cyberpunk 2077 - strona oficjalna
Podgląd newsa | Skomentuj newsa

Petycja w sprawie wydania serii książek na podstawie S.T.A.L.K.E.R.a - 1:11 - Uqahs
Rorsarch podrzucił informację o tym, że fani komputerowej serii gier S.T.A.L.K.E.R. domagają się wydania na naszym podwórku książek osadzonych w ich ukochanym uniwersum. W tym celu wystosowali petycję do wydawnictwa Insignis, którą i wy możecie wesprzeć swoim podpisem.

S.T.A.L.K.E.R.

Przy okazji pojawiła się nieoficjalna wzmianka, jakoby Fabryka Słów szykowała się do opublikowania stalkerowych książek w naszym kraju. Zacna to inicjatywa i prawdopodobnie dochodowa, biorąc pod uwagę sukces, jaki towarzyszył innej postapokaliptycznej serii książek, mowa o Metro 2033 Dmitrija Głuchowskiego.
Podgląd newsa | Skomentuj newsa

Obrońcy Narodu Polskiego!!! - 16:21 - Squonk
Zagrożenie bezpieczeństwa
Kogo lub co widzielibyście jako największe zagrożenie dla trwania Narodu Polskiego oraz Polskiego Społeczeństwa?

Elektrowni atomowej na razie jeszcze w Polsce nie ma, więc jej wykorzystanie - przede wszystkim jako czynnika psychologicznego - odpada. Przemysł chemiczny, a zwłaszcza zakłady produkujące szkodliwe oraz niebezpieczne związki - jako miejsca należące do infrastruktury krytycznej są odpowiednie i właściwie chronione, jak prezydent Lech Kaczyński w drodze na groby polskich żołnierzy 10 kwietnia 2010 roku. Broni atomowej nie mamy, choć z racji prób ustanowienia roku 2013 rokiem Edwarda Gierka, warto sobie przypomnieć jego - domniemane - starania o to. Natomiast zombie, kosmitowie, katastrofy naturalne, a także Godzilla występują tylko w dwóch miejscach na świecie: w Nowym Jorku oraz w Los Angeles.

Czyli jest więc ktoś, kto w bezwzględny sposób chciałby zniszczyć wszystkich Polaków? Dzieciom brutalnie wyrwać smoczki w buzi, rozdzielić trzymające się za ręce pary, a staruszkom zabrać podpierające ich laski?

Tak to oni! HOMOSEKSUALIŚCI oraz stojące za nimi HOMOSEKSUALNE ZŁO!!! A także OSOBY PŁCI PRZECIWNYCH ŻYJĄCE ZE SOBĄ BEZ ZAWARCIA PRZENAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU MAŁŻEŃSTWA.

Pisane celowo z dużych liter bo takie to jest złe, że aż mi dech zapiera, a palce popadają w drętwotę...


Grafika pochodzi ze strony Janek Koza.

Na szczęście dobry los jeszcze raz zaświecił nad naszą Ojczyzną i znalazło się grono Mieszkańców Krypty, Snakeów Pliskenów, Johnów Connorów, którzy ocalili nas przed zagładą. 46 posłów Platformy Obywatelskiej, wszyscy z Prawa i Sprawiedliwości, Polskiego Stronnictwa Ludowego oraz Solidarnej Polski. Podziękujmy im za ten trud w następnych wyborach, gdyż okazali się lepsi i czujniejsi - a przede wszystkim skuteczniejsi - w obronie Polski, niż nie jeden bohater!

Poznaj Prawdziwych Bohaterów: Nie będzie związków partnerskich. Tak zdecydowali konserwatyści PO [KTO JAK GŁOSOWAŁ].

Zobacz również jak HOMOSEKSUALNE ZŁO atakuje w kosmosie:



Podgląd newsa | Skomentuj newsa

28 stycznia 2013
FantastykaPolska.pl rozpoczyna działanie - 2:37 - Squonk
FantastykaPolska.pl
Pamiętacie co robiliście lub o czym myśleliście 12 lat temu? Zadając takie pytanie można oczywiście liczyć na szerokie spektrum odpowiedzi, z których prawdziwe będą jednak tylko te mające jakieś kluczowe znaczenie. Dla nas czy dla naszego otoczenia. Dlatego też początek mojej przygody z czasopismem Science Fiction, który zaczął się właśnie 12 lat temu wspominam miło oraz z przyjemnym sentymentem. Choć kupiłem pierwszy numer z powodu obszernej relacji z prac nad "Władcą Pierścieni", to trafił gdzieś tam "gdzieś". Zaskoczyło, kupionym z rozpędu numerem drugim i to tak, że zostało mi to dziś. Bowiem w nim pojawiły się teksty, które otworzyły mi łepetynę że "klimaty" mogą kojarzyć się nie tylko z Falloutami.

Dziś brzmi to dziwnie, że jak to jakieś jedno czy drugie opowiadanie mogło coś zmienić w postrzeganiu swoich zainteresowań. Należy jednak pamiętać, że w 2001 roku nie było takie łatwego i relatywnie taniego (a niekiedy nawet darmowego) dostępu do Internetu. Zresztą to w ogóle był jeszcze czas, kiedy wszyscy - właściwie cały świat - żył w postzimnowojennym letargu, który mieli dopiero za parę rozpalić śniadoskórzy "koledzy" niejakiego Osamy...

W tym to czasie "informacyjnego niedostatku", pojawił niejaki (wtedy niejaki) Robert J. Szmidt, który postawił na promowanie polskiej literatury fantastycznej. Co było dalej to każdy wie. Jak to się zakończyło również. A po latach znaleźliśmy się w takim dziwnym czasie, nakładania się na siebie kryzysu gospodarczego, który przerzedził zapotrzebowanie na literaturę drukowaną, oraz rozwoju technologicznego pozwalającego mieć "mały komputerek w kieszeni". Jednym słowem: papierowa książka, jak również papierowa prasa traci rację bytu. Spadają nakłady, redukuje się zatrudnienie, a wydawcy nadal uparcie tkwią w przekonaniu, że papier ma jeszcze szansę. Co przekłada się na - śmieszne dla mnie - w swoim przekazie akcje w stylu Nie czytasz? Nie idę z Tobą do łóżka.

I tu znów na "scenie" pojawia się redaktor Szmidt oraz jego nowy projekt - strona FantastykaPolska.pl, który pisze o tym tak:

Kilkanaście lat temu, wprowadzając na rynek magazyn Science Fiction, pomogłem otworzyć drzwi rynku wydawniczego dla kolejnej fali polskich autorów. Dzięki tamtej inicjatywie czytelnicy otrzymali dostęp do wielu znakomitych tekstów, które wcześniej leżakowały latami w szufladach, a polscy autorzy przestali być traktowani gorzej od swoich zagranicznych kolegów. Dzisiaj próbuję otworzyć kolejne drzwi, tym razem wirtualne, tworząc bazę ogólnodostępnych znakomitych tekstów, które powinny zachęcić do kupowania czytników, a przez to doprowadzić do rozwoju e-książki w Polsce. (fragment "wstępniaka" ze strony FantastykaPolska.pl)

Właśnie!

Zwróćcie uwagę na coś, na co niemrawo lub wcale nie zwracają uwagi polscy wydawcy pracy oraz książek: by czytelnicy w sposób łatwy oraz tani wchodzili w posiadanie czytników. Skoro wspomniałem na początku rok 2001 to dodam, że wówczas w moim posiadaniu pojawił się telefon komórkowy. Dlaczego do tej pory nikt nie wpadł na pomysł abonamentowego nabywania e-czytników? A problemu spadającego czytelnictwa nie rozwiąże coraz powszechniejszy dostęp do tabletów, tak samo jak nie rozwiązały tego - odchodzące powoli w niebyt - netbooki.

Na swój prywatny użytek, to co zaczął w 2001 roku Robert J. Szmidt nazywam "rewolucją" bowiem dobrze pamiętam, że wówczas księgarskie półki uginały się od pomniejszych anglojęzycznych pisarzy, a z polskich był dostępny tylko Lem. Choć dziś - w 2013 roku - nawet i Trzynasty Schron jest dostępny do czytania w wersji papierowo-elektronicznej (schronowe ziny) - to ufam, że jeśli za pomysłem większej dostępności oraz popularyzowania e-literatury stanie ktoś taki jak właśnie ON, to pomysł ma szansę powodzenia. A na pewno zasiania ziaren, które w przyszłości wydadzą plon.

Jesteśmy za, a ja na pewno!

FantastykaPolska.pl - strona projektu, a także baza e-booków.

Podgląd newsa | Skomentuj newsa

30 stycznia 2013
Społecznie bezużytecznych? A lobotomią ich! - 0:49 - Squonk
Obrazek do newsa
Zdrowa tkanka narodu i społeczeństwa. Mama, tata, dwójka dzieci. On brunet, ona blondynka, dzieci w połowie takie lub takie. Uśmiechnięci, radośni, zadbani, aktywni, cieszący się życiem. Bez nałogów, bez chorób, bez dewiacji i zboczeń. Dla nich każdy dzień upływa w szczęściu i radości, nie zakłócanej brudami tego świata.

Tyle teoria, bowiem praktyka niesie za sobą mniejsze lub większe "odchyły od normy", które mała ale krzykliwa mniejszość "wiedzących lepiej" zawsze narzuci większości za normy objawione. Słabość charakteru, okoliczności losu, a czasem po prostu zwyczajne "bo TAK" sprawiają, że nie każdemu jest stać po tej rzekomo lepszej stronie życia. A wtedy owa "wiedząca lepiej" mniejszość czująca się w obowiązku naprawiać świat, zabierze się za porządki. W skrajnym wypadku jak niemieccy naziści. Wykluczyć, zniszczyć, wyeliminować a jak się da to daną kwestię "ostatecznie rozwiązać".

Ale można też leczyć, a w sumie to "leczyć". Homoseksualizm choćby, jak w przypadku Alana Turinga. Elektrowstrząsami, farmakologią, a może chirurgicznie? Powrócić do okresu lat 30 - 50'ch XX wieku, gdy zaburzenia psychiczne (pod które można było podpiąć zarówno faktyczne stany chorobowe, jak i inne "odchyłki od normy") "leczono" za pomocą zabiegu lobotomii?

Według artykułu Chińscy doktorzy Mengele XXI wieku, jej "rozwinięte" formy są stosowane w tym kraju na razie do "leczenia" narkotykowego nałogu. Na razie, i na razie tylko tam. W naszym, zachodnim świecie wizja masowego otwierania czaszek wszelkim "freakom" by ich reedukować, może co najwyżej pojawić się na kartach powieści fantastycznych, albo w lewacko/prawackich wizjach złego/dobrego świata. Jeśli jednak dałoby się na tym zarobić jakiś pieniądz, albo pojawiła by się na to jakaś moda, to nie miałbym takiej pewności, a powrocie do lobotomicznego szału. Ale czyż Chiny nie uważają się za tych, którzy inspirowali świat Zachodu swoją mądrością?

Klimatyczna podstawa programowa:
- Sucker Punch

Podgląd newsa | Skomentuj newsa

31 stycznia 2013
[Trzynastolecie i Rok Schronu] Filmowe podsumowanie 2012 roku - 0:01 - Veron
Filmowe podsumowanie 2012 roku
Tytuł nowiny może wzbudzać wątpliwości, jestem tego świadom. Że dopiero teraz, że jak to powiązane ze schronowym jubileuszem?... Zaprawdę, powiadam Wam - na podsumowania zawsze jest czas ;-). A z XIII-leciem Schronu łączy się ono tak, że oto w urodzinowym 2012 roku udało nam się zobaczyć i zrecenzować dla Was wszystkie filmy w klimatach postapo, które miały swoją premierę na przestrzeni zaprzeszłych już dwunastu miesięcy. Mało tego, Trzynasty Schron po raz pierwszy w historii objął film patronatem medialnym - był to niemiecki "Hell". W tym krótkim i - podkreślam to - subiektywnym przeglądzie chciałbym jeszcze raz powrócić do tych obrazów (przypominam, że oceny wszystkich przywołanych filmów znajdziecie w dziale z recenzjami).

Filmowo był to dobry rok, bogaty w tytuły i przyzwoity jakościowo. Od 2011 jednak słabszy, brakło bowiem propozycji, które dorównałyby chociaż poziomem i klasą tak znakomitym obrazom jak "Melancholia", "Nie opuszczaj mnie" czy "127 godzin". Niemniej jeśli miałbym pokusić się o wytypowanie najlepszego filmu w klimatach 2012 roku byłyby to "Bestie z południowych krain". Benh Zeitlin sugestywnie buduje swój obraz z apokalips w skali mikro, pokazując, że aby skutecznie się im przeciwstawić, potrzebujemy przede wszystkim wiary w siebie i drugiego człowieka. Doprawione solidną dawką realizmu magicznego, "Bestie..." są jednym z najciekawszych filmów roku, co potwierdzają m.in. nominacje do Oscara w czterech kategoriach (w tym dla najlepszego filmu). Obraz, który pozostaje w pamięci na dłużej niż najlepszy blockbuster.

Kolejne świetne filmy wpadające w klimaty, a czerpiące lub osadzone w nurcie kina niezależnego to "Przetrwanie" - survivalowa jazda po krawędzi - i "Ostatnia miłość na Ziemi" - ciekawe spojrzenie na apokalipsę w osobistym wymiarze. Ten pierwszy frapował surowym klimatem i świetną rolą Liama Neesona. Drugi - subtelnym obrazem uczucia dwojga ludzi w obliczu nieuchronnie zbliżającej się zagłady. Ta kwestia znalazła też odzwierciedlenie w wakacyjnej komedii "Przyjaciel do końca świata". Film nie może być jednak w pełni udany, jeśli miłość, będąca jego fabularną osią, nie pojawia się naturalnie, lecz na rozkaz reżysera.

Filmem najmocniej osadzonym w kanonicznym obrazie postapokalipsy jest wspominany schronowy patronat, czyli "Hell". To zgrabne połączenie kina katastroficznego - dodatkowo z tematem na czasie, tak eksplikowaną przy okazji "majowego grudnia" A.D. 2012 nadmierną aktywnością Słońca - i horroru w stylu "Wzgórza mają oczy". Przyzwoita propozycja, podobnie jak średniometrażowy "Rammbock" - będąca stylistyczną wprawką zabawa z gatunkiem zombie apocalypse.

W odróżnieniu od niemieckojęzycznych produkcji kompletną porażkę zaliczyły natomiast filmy rozgrywające się za naszą wschodnią granicą. Ufoapokalipsa w "Najczarniejszej godzinie" i bezczelnie zmarnowany potencjał okolic czarnobylskiej elektrowni w "Czarnobyl. Reaktor strachu" mogły się podobać jedynie pod względem realizacji. A to i tak bez rewelacji. Do tego niechlubnego grona z przykrością zaliczyć też muszę najnowszą odsłonę świetnie rozpoczętej onegdaj serii "[Rec]", o podtytule "Geneza". Odejście od konsekwentnego stylu nie przyniosło filmowi nic dobrego, przez co da się go oglądać przez kwadrans. Potem to już czysta karykatura.

Podobnie nie przemówiły do mnie docenione na Schronie i nie tylko "Dredd 3D" oraz "Iron Sky". Oba wymęczyły mnie srodze fatalną narracją, scenariuszowymi gułami i osobliwą grą ze swoją konwencją - pierwszy zbyt mocnym przez co odpychającym w niej osadzeniem, drugi indolentną z niej zgrywą. Filmy znalazły jednak uznanie pośród pozostałych redaktorów. Squonk o "Iron Sky": "Pruski dryl, dobrze skrojone mundury, kształtne twarze, dobrze zbudowane ciała - każdy misiaczek i misianka czująca klimaty, nawet i bez kryptonaziolskich sympatii od razu zastrzyże na to uszami. Takie są prawa popkultury, która dobrze podana może latami bawić i uczyć (poprzez bycie źródłem inspiracji do samodzielnych poszukiwań) kolejne pokolenia smakoszy dobrej rozrywki." Zagłoba o nowym "Dreddzie": "Brakuje tutaj moralizatorstwa, pustych dywagacji na temat znaczenia bohaterstwa, romantycznego wątku, ciapowatego kompana nieumiejętnie starającego wprowadzić wątek komediowy czy patetycznych politycznych intryg, usilnie próbujących nawiązać do rozpustności finansjery lub korupcji władzy. I Bogu dzięki! Zamiast tego widz otrzymuje to, o czym wielokrotnie wspominali w swoich modlitwach fani kina akcji rodem z ubiegłego wieku."

Na koniec słowo o blockbusterach, które przez cały rok trzymały niezły poziom. "Battleship: Bitwa o Ziemię" i kolejna część niekończącej się opowieści pod tytułem "Resident Evil" zyskały w moich oczach porządną realizacją i radochą w opowiadaniu. Choć to filmy bardziej nawet niedopracowane fabularnie od wspomnianych akapit wyżej, oglądanie ich dostarcza niewspółmiernie więcej przyjemności. Ciekawym zjawiskiem okazał się też "Dom w głębi lasu" - powodowany autentyczną miłością twórców do kina w ogóle, zgrabny zlepek motywów i konwencji.

Co nas czeka w bieżącym roku? Jedna premiera w klimatach - "Życie Pi" - już za nami. Jak najszybciej postaramy się też ocenić katastroficzne "Niemożliwe". Nowych "Mad Maksa" i "Terminatora" raczej się nie doczekamy, lato przywita nas jednak bombastycznym "Pacific Rim" w reżyserii Guillermo del Toro i - wszystko na to wskazuje - mocno postapokaliptycznym "1000 lat po Ziemi" z udziałem dwóch pokoleń aktorskich Smithów (Willa i jego syna Jadena). Ciekawie zapowiada się ponadto "Phantom" z rolą Eda Harrisa oraz kumpelska komedia w gwiazdorskiej obsadzie, "This Is The End". A więc i w 2013 - roku Trzynastego Schronu - powinno być z filmami wcale nieźle.

Postaramy się utrzymać poziom i zrecenzować dla Was wszystkie tegoroczne premiery w klimatach. Czytajcie Trzynasty Schron!
Podgląd newsa | Skomentuj newsa

<<Niusy

X Apoc - Trzynasty Schron [ v 1.0 ] & PHP by Hammer