< NAUKA I TECHNIKA | << MILITARIA
Wieści z post zimno-wojennego frontu

Myślicie, że zimna wojna zakończyła się wraz z upadkiem systemu komunistycznego w tzw. bloku wschodnim? Tak samo się skończyła, jak zakończyły się popisy młodych chłopaków z gimnazjum przed dziewczynami, podczas szkolnej przerwy ;-D.

Cicha konkurencja między państwami (głośniejsza czasem też) będzie zawsze - tak długo jak świat światem. Każde państwo pewne swojej siły będzie chciało ugrać na arenie międzynarodowej więcej i uzyskać lepsze miejsce w szeregu - to normalne. No chyba, że pomyślimy o prowadzonej do niedawna polskiej "godnościowej polityce zagranicznej" - pełnej napinania muskułów, fochów i przekonania o dziejowej misji Polski. Jak już jesteśmy przy napinaniu muskułów, to z reguły zawsze jest ono powiązane z paplaniną. Dziś podobną rzecz zrobił rosyjski przedstawiciel przy NATO Dmitrij Rogozin. oznajmiając, że Rosja mogłaby użyć siły, jeśli Pakt Północnoatlantycki bądź Unia Europejska rzuci wyzwanie ONZ w sprawie Kosowa.

Rogozin jako osoba elokwentna i wykształcona (3 fakultety) oczywiście miał na myśli coś innego niż sprawę Kosowa, która dla Rosji jest tylko okazją do mieszania w bałkańskim kotle. Główną jego "bolączką" jest fakt, że blisko granic Rosji pojawią się amerykańskie instalacje tarczy antyrakietowej, co jako niewątpliwy tytan intelektu - łączy to z możliwością większego zaangażowanie NATO w tamtym regionie. Czyli w Kosowie, Bośni czy Macedonii. Pokazówki i napinanie muskułów zawsze było stałym elementem rosyjskiej (wcześniej radzieckiej) polityki zagranicznej. Co oczywiście nie znaczy, że państwa zachodnie ze stanami Zjednoczonymi to święte baranki, które chcą dla wszystkich dobrze.

Słowa Rogozina - jak to słowa - można potraktować błaho, jeśli nie pójdą za nimi czyny. Ale wcześniej - przed konkretnymi czynami - zawsze są tzw. pokazuchy. Czyli głośne porykiwania bądź pomruki, które mają uświadomić drugą stronę o możliwościach i sile konkurenta. Za takie coś można uznać incydent na zachodnim Pacyfiku, do jakiego doszło kilkanaście dni temu. Otóż amerykańskie myśliwce F-15 (stacjonujące w bazie Elmendorf na Alasce) przechwyciły dwa rosyjskie bombowce Tu-95, z których jeden przeleciał nisko na pokładem lotniskowca "Nimitz".

Tu-95

Jeden z bombowców dwukrotnie przeleciał na wysokości około 600 metrów nad pokładem USS Nimitz, zaliczanego do największych okrętów wojennych na świecie. Dwa inne samoloty zachowały odległość około 160 kilometrów od lotniskowca. Rosyjskie Ministerstwo Obrony oświadczyło dzisiaj, że nie doszło do naruszenia międzynarodowych przepisów lotniczych. Przedstawiciel ministerstwa powiedział też, że wykonane loty były standardowymi procedurami szkoleniowymi. W środku nocy cztery rosyjskie Tupolewy 95 wystartowały z bazy Ukrainka w obwodzie amurskim, najbardziej oddalonym na wschód w obrębie Rosji - poinformowali agencję Associated Press przedstawiciele Japonii, dodając, że jeden z samolotów naruszył japońską przestrzeń powietrzną.

Pokładowe myśliwce F/A-18 z "Nimitza" były w tym czasie w powietrzu. Nie nawiązano również łączności pomiędzy lotniskowcem a rosyjskimi bombowcami.

USS Nimiz

Powyższy incydent doskonale wpisuje się w tradycje radziecko - amerykańskich przepychanek wojskowych z okresu zimnej wojny. Równowaga atomowa między USA a ZSRR sprawiła, że posiadana przez te państwa ogromna ilość broni jądrowej była bezużyteczna. To znaczy, że jedyną rzeczą jaka działała przeciwnika była świadomość, że druga strona ma tą samą broń. Jednak nikt jej nie użyje - nawet i na pokaz - bo warunkowało by to globalną wojną atomową. Pozostawała więc konkurencja na polu broni konwencjonalnej.

W połowie XIX wieku Stany Zjednoczone zaczęły wyrastać na światową morską potęgę. Czasy kiedy podczas wojen napoleońskich statki angielskie lub francuskie bezkarnie przejmowały bezbronne okręty amerykańskie już dawno odeszły w niepamięć. Potęgę morską Stanów Zjednoczonych tworzyły pancerniki, a po doświadczeniach drugiej wojny światowej lotniskowce. ZSRR mimo chęci i posiadaniu szerokich planów modernizacji swojej floty - stworzonych przez admirała Siergieja Gorszkowa - nadal pozostawał lądowym mocarstwem, a morskim słabeuszem. Te braki - spowodowane różnymi czynnikami - nadrabiano rozbudowując podwodną flotę (w oparciu o wiedzę i doświadczenia niemieckich konstruktorów U-botów) oraz tworząc bombowe lotnictwo morskie. A wraz z rozwojem broni rakietowej, jaką mogły przenosić samoloty ZSRR - dla Amerykanów stało się jasne, że ich lotniskowce już nie są jedynymi "panami oceanów".

Trzonem lotnictwa morskiego były samoloty Tu-95, używane do wielu celów - także do przenoszenia broni jądrowej - ale też do pocisków rakietowych, które miały niszczyć lotniskowcowe zespoły amerykańskiej floty. W wyniku ataku przeprowadzonego z różnych stron w odległości kilkuset kilometrów - lotniskowce jak i ich osłona były zdane jedyne broń przeznaczoną do bliskiej obrony - jak działka Phalanx. A jak może namieszać już jeden samolot z pociskiem rakietowym, to dobrze pokazała wojna o Falklandy w 1982 roku, kiedy to brytyjskie lotniskowce musiały trzymać się w bezpiecznej odległości od tych wysp. Mimo to - zwykłym "trafem szczęścia" - Argentyńczykom udało się zniszczyć pociskami Exocet dwa okręty brytyjskie - niszczyciel "Sheffield" oraz transportowiec "Atlantic Conveyor". Tylko, że na wyposażeniu lotnictwa argentyńskiego znajdowało się kilka takich pocisków. Rosjanie zaś na pewno chcąc przeprowadzić taki atak nie wypuścili by jednego samolotu (jak Argentyna) ale kilkadziesiąt.

I w związku z tym, w amerykańskich biurach konstrukcyjnych narodził się pomysł wysokospecjalizowanego myśliwca pokładowego, który posiadając duży zasięg lotu - mógł w sporej odległości od lotniskowców, zwalczać radzieckie bombowce. Tym samolotem był F-14, a bronią na bombowce ogromne pociski "Phoenix" - o zasięgu 200 kilometrów. Zasięg lotu F-14, plus jego możliwości operacyjne w połączeniu z możliwościami "Phoenixow" sprawiały, że radzieckie lotnictwo trzymane było w szachu.

F-14 F-14

Było - gdyż pociski zostały wycofane z użycia w 2004 roku, a sam F-14 (rozpromowany w filmie "Top Gun" z Tomem Cruise'm ) odszedł z czynnej lotniskowcowej służby w 2007 roku. Powietrzną osłonę lotniskowców przejął wielozadaniowy F/A-18E/F Super Hornet - będący powiększoną wersją samolotu F/A-18C/D Hornet.

Powstaje więc pytanie - czy rosyjskie machanie szabelką przed nosem militarnej dumy Stanów Zjednoczonych jakimi są lotniskowce sprawi, że koncepcja wykorzystania lotnictwa morskiego zostanie zweryfikowana? Według mnie nie - czasy F-14 i "Phoenixów" odeszły w zimnowojenną przeszłość. Jednak takie myślenie - zwłaszcza po stronie Rosji - już nie, o czym świadczą słowa takich harcowników jak Rogozin czy ów lotniczy incydent.

Źródła: CNN.com International oraz Onet.pl - Wiadomości

Zdjęcia: Wikipedia oraz Global Aircraft

© 2008 Marek 'Squonk' Rauchfleisch

< NAUKA I TECHNIKA | << MILITARIA