< POSTKULTURA | << FILMY
Avengers: Wojna bez granic

Okładka filmu 'Avengers: Wojna bez granic' Avengers: Wojna bez granic (Avengers: Infinity War)
Produkcja: USA 2018
Reżyseria: Anthony Russo, Joe Russo
Scenariusz: Christopher Markus, Stephen McFeely
Obsada: Robert Downey Jr., Chris Hemsworth, Mark Ruffalo, Chris Evans, Scarlett Johansson, Benedict Cumberbatch, Chris Pratt, Josh Brolin i inni
Muzyka: Alan Silvestri
Zdjęcia: Trent Opaloch
Czas: 149 min.

Nie rozumiałem i nie zrozumiem miłości, jaką fani darzą dwie pierwsze odsłony Avengers. Może chodzi o moją chroniczną nienawiść do zdolności artystycznych Jossa Whedona, który po prostu nie umie nadać filmowi jednolitego tonu, ani stworzyć spójnych postaci. Stąd też kiedy na stołek reżyserski Infinity War wskoczyli bracia Anthony i Joe Russo, poczułem niemałą ulgę i zacząłem dopiero oczekiwać premiery. Po moim pierwszym imaxowym seansie powiem Wam tyle - jest znakomicie. A może raczej - jest znakomicie, ALE...

Ponad dwie i pół godziny kulminacji trzech faz Marvel Cinematic Universe ukazują starcie Thanosa ze wszystkimi bohaterami ziemi (i nie tylko), by ocalić połowę wszechświata przed zagładą. Ponad podziałami, ponad konfliktami - wszyscy do akcji, by nie pozwolić "Szalonemu Gigantowi" na zdobycie Kamieni Nieskończoności.

Avengers: Infinity War jest filmem, który pokazuje jak powinny były wyglądać dwie pierwsze odsłony Mścicieli. Tak, także tutaj znajdziemy humor - jednak w Wojnie bez granic nie przyćmiewa on wszystkich innych elementów i sensu filmu. Tak, każda postać ma swoje pięć minut - jednak prezentują właściwe, ustalone przez samodzielne filmy wzorce bez żadnych uproszczeń czy spłaszczeń. Akcja jest genialnie nakręcona i czytelna dla odbiorcy. Widzimy co konkretnie się dzieje, a każde starcie ma wyrazisty charakter i wysoką stawkę.

Najmocniej zaskoczył mnie sposób w jaki trzecia odsłona Avengers wiąże wszystkie filmy i wątki Marvela w jedno ogromne przedstawienie. Przed premierą widowiska miałem pewne obawy dotyczące spójności filmu. Bo jak tu połączyć autoironiczny charakter trzeciego Thora, dość poważny seans z udziałem Black Panther oraz klasycznych Avengers czy starwarsowych Strażników Galaktyki? Dzięki zdolnościom reżyserów i scenarzystów wyszedł z tego bardzo zgrabny miks, który umiejętnie stawia krok tam, gdzie skończyły się poprzednie filmy - nie czujemy dzięki temu żadnych dziur które nie zostały wypełnione czy wątków które były uzupełniane na kolanie. Chemia między bohaterami jest lepsza niż kiedykolwiek, a elementy takie jak rozmowa Thora z Rocketem czy kłótnia Starka z Doktorem Strange to jest coś co po prostu trzeba zobaczyć samemu. Mimo że każdy z bohaterów pochodzi z odmiennych filmów, odmiennych środowisk i odmiennych stylów narracji - to ich interakcje są perfekcyjnie rozpisane i przekonujące.

No i oczywiście - Infinity War prezentuje Nam antagonistę, który na swój dziwny sposób mówi z sensem. Nie jest kolejnym "bandziorem", ani płaskim "skrzywieniem" jakiegoś bohatera. Thanos, mimo że brutalny i prawdziwie bezwzględny - jest także postacią która ma cel, oraz powód swoich działań. Uważa się za zło konieczne, postać która niszcząc wszechświat - będzie w stanie go ocalić przed późniejszą zagładą. Widzimy też coś więcej - człowieczeństwo i pewien tragizm, które pozwalają mu kibicować nawet wtedy, kiedy masakruje bohaterów znanych nam od lat.

Bo, i tu wskakujemy na głębiny spoilerów - bohaterowie giną. Jest to coś, co w filmie superhero chciałem zobaczyć od dawna, i Infinity War dostarcza to garściami. Nie dość że w trakcie seansu zobaczymy kilka postaci - drugoplanowych, acz powszechnie znanych - które pożegnają się z życiem, to w finale Thanos wygrywa. W drodze do kina nigdy bym nie podejrzewał, że film zakończy się porażką Avengersów i pokaże moment, w którym antagonista wykonuje swój "pstryk" palcami, niszcząc połowę wszechświata. Ginie przy tym niezliczona ilość postaci, w tym wielu bohaterów pierwszego planu. Wszystko to dzieje się przed oczami rannego, pokonanego Tony'ego Starka. Bo nawet sam Iron Man, mimo że dał z siebie wszystko w najlepszym pojedynku całej sagi Marvela - nie był w stanie powstrzymać Thanosa. Jedyną nagrodą jaka go czekała, były wyrazy uznania i szacunku z ust antagonisty. Może i na pierwszy rzut oka nie było to nic wielkiego, jednak jedyną postacią, którą Szalony Gigant rozpoznał i którą uznał za godnego oponenta "przeklętego wiedzą" - był właśnie Tony. Tych kilka słów, krótka rozmowa między Alfą a Omegą tego filmu, podkreśliła status Iron Mana w świecie stworzonym przez Marvel Studios. Co więcej, nie jest to jedyny ważny" moment w filmie. O to chodziło! Żeby Avengers stali czymś więcej niż okazją do wspólnej rozwałki i wymian złośliwości ze swoimi znajomymi z Manhattanu czy Asgardu. Avengers: Infinity War pokazuje nam impakt, jaki te postacie wywarły na swój świat, oraz na siebie nawzajem, a także na nas samych. Że to nie są tylko puste kostiumy, na które możemy nanieść nasze ambicje - tylko ludzie którzy mogą nas zainspirować. Ale mogą też zawieść.

W tym wszystkim tkwi jednak małe, śmierdzące "ale". W innym świecie najnowsi Avengers mogli by być niesamowicie pięknym finałem dziesięcioletniej serii filmów, oraz punktem zwrotnym dla całego gatunku filmów superhero. Może i podkreśli to mój status realistycznej do bólu osoby, jednak - nie mam nic przeciwko cierpkiemu zakończeniu. Mimo że Infinity War pokazał śmierć wielu postaci, z czego niektórzy towarzyszą mi wręcz od dzieciństwa - to mam świadomość że nadal są to tylko postacie. Coś, co można poświęcić żeby zamknąć wątek, by film nabrał znaczenia. W idealnym świecie kontynuacja Infinity War opowiadałaby o tych, którzy pozostali. O Avengers, którzy chcą zabić Thanosa i pomścić śmierć swoich przyjaciół. Świat mógłby istnieć dalej: Thor mógłby przewodzić "nowym" Strażnikom Galaktyki, ziemi zaś mógłby strzec Tony Stark czy Steve Rogers. Byłoby to smutne, słodko-gorzkie pożegnanie, które jednak nadałoby niesamowitej wagi każdemu filmowi z serii Marvel Studios.

Jednak nie żyjemy w "innym świecie" i wiemy już że szykuje się kontynuacja Czarnej Pantery, sequel Spider-Mana, trzecia odsłona Strażników Galaktyki. Innymi słowy - wiemy już, że kolejna odsłona Avengers zniweczy całą wagę Wojny bez granic i zaoferuje nam bezpieczne status quo. Uważam to za niesamowicie smutne, wręcz krzywdzące dla trzecich Mścicieli. Bo po kolejnej odsłonie - jaki tak naprawdę będzie sens istnienia Infinity War ponad gdybanie, co by było w przypadku wygranej Thanosa. Co by było, gdyby jacyś bohaterowie zginęli i mogli zaoferować znaczący ostatni akt dla serii filmów. Co by było, gdyby istniał materiał na piękny, prawdziwy finał znanego nam świata Marvela.

© 2018 Konrad 'Veskern' Ochniowski

< POSTKULTURA | << FILMY