PIERWSZE WOLNE WYBORY A SPRAWA POSTAPO

4 czerwca 1989 roku, po raz pierwszy po II Wojnie Światowej w Polsce odbyły się pierwsze demokratyczne wybory do Sejmu i Senatu. Liczba miejsc na które społeczeństwo mogło oddać głosy w przypadku Sejmu wynosiła 35%, zaś w przypadku Senatu 100%. Szczegóły co i jak możecie przeczytać na stronach Wikipedii. Dodam jeszcze, że było to preludium (zapoczątkowane wcześniej) doprowadziły do wielu zmian społecznych w Polsce, jak m.in. do pojawienia się wolnych mediów, czego pochodną jest także internet i Trzynasty Schron.

A jak to wydarzenie - rozpatrywane jak symbol otwarcie pewne epoki - miało wpływ na kulturę postapokaliptyczna w Polsce? Wbrew pozorom miało i to duży wpływ. Począwszy od zawieszenia działalności tzw. cenzury czyli Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk (ostatecznie zlikwidowany w kwietniu 1990 roku) a skończywszy na perturbacjach w dopływie "paliwa" zasilającego wszelkie inicjatywy kulturalne - czyli pieniędzy.

Rozpatrzmy to pod względem dwóch filarów kultury postapo czyli filmu i książki.

Film

Czy polska kinematografia lat 50'ch, 60'ch czy 70'ch przyniosła nam jakieś filmy nawiązujące swoją tematyką do postapokalipsy? Raczej nie - chyba, że podłączymy pod to ambitne obrazy, pokazujące wydarzenia II Wojny Światowej (będącej dosłowną i jak najbardziej prawdziwą apokalipsą), z punktu widzenia zagubienia i tragedii jednostki a nie z pozycji wielkiego i fantastycznego widowiska. Do tego gatunku można by zaliczyć film Andrzeja Wajdy "Kanał", klęska Powstania Warszawskiego została pokazana w ujęciu tragedii jego uczestników, uciekających warszawskimi kanałami z oblężonych przez Niemców miejsc w stolicy.

Czy jest jakiś jeszcze film? I w jakim okresie takowy mógłby powstać, skoro lata 60 to wysyp doskonałych filmów i seriali historycznych oraz obyczajowych zaś lat 70 to wielkie ekranizacje powieści oraz tzw. "kino moralnego niepokoju".

Należy też pamiętać, że tamten okres był nasączony ukrytym strachem przed prawdziwą - bo nuklearną apokalipsą. Blok wschodni skupiony wokół ZSRR (czyli Polska też) kontra państwa zachodnie - wystarczyła mała iskra by atomowy ogień spustoszył Ziemię - że użyję takiego opisu ;-).

Dopiero początek lat 80'ch przynosi frapujące dzieła filmowe, które reprezentują dwa nazwiska reżyserów Juliusz Machulski oraz Piotr Szulkin. Pierwszy reżyser znany jest w tworzeniu dowcipnych i aktualnych komedii, których ponadczasowość sprawdza się w kilkukrotnych w ciągu roku emisjach telewizyjnych. Jego sztandarowym filmem jest oczywiście "Seksmisja". Wojna (w zawoalowanej formie być może atomowa - cenzura) doprowadza do całkowitego wyginięcia mężczyzn. Władzę - w wielkich podziemnych schrono-kopalniach - sprawują kobiety. Wszystko to jakoś się kręci, do czasu aż archeolodzy (archeolożki??) dokupują dwóch zahibernowanych przed wojną mężczyzn.

"Seksmisja" to wyrafinowana kpina na totalitaryzm oraz "wojnę płci" - film, który nadal bawi, śmieszy, ale też i uczy.

Inne pole na odcinków filmów obrabiał Piotr Szulkin. Jego filmy jak "Golem", "Wojna Światów - następne stulecie" czy "O-Bi, O-Ba, Koniec Cywilizacji" to dzieła, które nie miały takiego szczęścia jak "Seksmisja". Problemy z cenzurą, ujęcie tematyki - dopiero teraz, dzięki stacjom kablowym prezentującym polskie kino, możemy w pełni zrozumieć i docenić ich przekaz.

I choć podane tu prze ze mnie przykłady nie porażają nakładami finansowymi i produkcją a'la Hollywood, to są świadectwem pewnej epoki, która w Polsce cechowała się totalitarnym państwem oraz cały czas grożącą wybuchem wojną atomową.

A co przyniosły nam zmiany po czerwcu 1989 roku? Państwo przestało łożyć pieniądze na filmy, a tą funkcje przejęli prywatni producenci a przed wszystkim telewizje. Po okresie w sumie wielkich klap finansowych polskich "superprodukcji", cały tworzyć ferment przeniósł się na robienia seriali telewizyjnych. Plany ekranizacji powieści Janusza A. Zajdla "Limes Inferior" można uznać za bujanie w obłokach jakie przy cieplej kawce mogą uprawiać luminarze naszej fantastyki. Zaś ekranizacja opowiadania Marka Baranieckiego "Głowa Kasandry" - jeśli skonfrontujemy ją z nową ekranizacją "Krzyżaków" - sprawia, że lepiej się na to zbytnio nie napalać.

Książka

Napisanie i wydanie książki nie wymaga aż takich nakładów ludzkich i osobowych. Potrzebny jest przede wszystkim pomysł i motywacja.

Przysłowiowy okres "komuny" można w sumie uznać, za raj dla pisarzy. Owszem, tekst książki musiał być wcześniej porządnie zweryfikowany przez cenzora, a autor mógł dostać (ale i nie musiał) zgodę na druk. Bo należy pamiętać, że w tamtym okresie - w czasach gospodarki centralnie planowanej - nawet dostęp do papieru drukarskiego był ograniczony. Że nie wspomnę o toaletowym ;-)

Jeśli jednak książka dostawała "zielone światło" to wydawca drukował ją w minimalnym nakładzie kilku tysięcy egzemplarzy, a i potem co jakiś czas wznawiał i wznawiał. Dziś to raczej fantastyka - wysokie nakłady mają jedynie książki salonowych pisarzy, opisujące dresiarstwo lub też alkoholowo-seksualne wizje. Ale idźmy dalej.

Pole fantastyki na odcinku literatury obrabiali tacy pisarze jak Stanisław Lem czy bardziej przystępny - bo mniej filozoficzny - Janusz A. Zajdel. Jego opowiadania publikowane w wielu pismach, śmiało i twórczo odnosiły się do apokalipsy. I to nie tylko wywołanej przez wojnę atomową, ale także przez zwykłą ludzką chciwość czy "marketingowe" podejście do życia. "Czwarty rodzaj równowagi", "Feniks", "Psy Agenora", "Ten piękny dzień" - to tylko niektóre opowiadania, z bogatej twórczość Zajdla, które nawiązują bądź ocierają się o postapokalipsę. A jeśli dodamy do tego fakt, że Janusz A. Zajdel był także specjalistą z zakresu ochrony promieniotwórczej - to otrzymamy pełny profil twórczość tego autora, który doświadczenia naukowe często przemycał do swoich tekstów.

Początek lat 80'ch to zmiana w twórczości pisarskiej Zajdla. Krótsze formy ustępują powieściom - dziełom polskiej literatury fantastyczno-naukowej z zacięciem socjologicznym. Ich tematyka, choć nie nawiązująca mocno do postapokalipsy - zahacza o mechanizmy kontroli i zniewalania społeczeństw czy totalitaryzmu. Powieści takie jak "Limes Inferior", "Paradyzja" czy "Wyjście z cienia" to obowiązkowa pozycja dla każdego fan klimatów postapo.

Przed 1989 rokiem zostało jednak wydanych więcej utworów, które w śmielszy bądź nie sposób traktowały o postapokalipsie. Wymienić tu można powieść Macieja Kuczyńskiego "Katastrofa", opisująca co się może stać z ludźmi jeśli za bardzo zaufają taniej i łatwo wytwarzanej energii elektrycznej. Książka - mimo, że została wydana w 1968 roku - nadal jest aktualna i świeża, w swej tematyce.

Kwestię wojny atomowej - w ujęciu religijno-kościelnym - poruszył w powieści "Wyczerpać morze" Jan Dobraczyński. Jego postać została "wyciągnięta" na światło dzienne w zeszłym roku, przez ówczesnego ministra edukacji narodowej - Romana Giertycha. Choć "Wyczerpać morze" to powieść mocno obrobiona przez cenzurę (kto wywołał tą wojnę i czy w ogóle była jakaś wojna atomowa??), to warto ją przeczytać, aby poszerzyć swoją wiedzę z zakresu elementów religijnych w postapokalipsie.

Okres komuny to także wiele innych powieści i opowiadań ("Głowa Kasandry"), więc możemy ten okres podsumować jako płodny czas, gdy chodzi o literaturę.

A co wydarzyło się po 1989 roku? W skrócie można powiedzieć - masakra. Wydawcy wyszli z takiego samego założenia jak dziś wychodzą developerzy gier komputerowych. Otóż uznano, że nikt nie chce czytać polskiej literatury, bo modni są anglojęzyczni pisarze. A że wszyscy tak mówią - to medialny fakt, stał się faktem 100%. I tak przez półki księgarń przewalały się tony anglojęzycznej literatury, a polskich barw bronił Lem i twórczość Sapkowskiego, który na tej posusze stał się nagle wielką gwiazdą polskiej fantastyki (Janusz A. Zajdel odszedł przedwcześnie w 1985 roku). Od czasu do czasu nieśmiało przebijały się takie nazwiska jak Piekara czy Pilipiuk, jednak ich twórczość była tylko małym popiskiwaniem, w anglojęzycznej i wtórnej dżungli.

Dopiero w 2001 roku, niejaki Robert J. Szmidt zakasał rękawy i postawił na nowego konia w tym wyścigu. Posiadane pieniądze zainwestował w utworzenie czasopisma Science Fiction - wypełnionego całkowicie polskimi tekstami. Rewolucja się zaczęła!!!

W końcu - chciało by się rzec ;-)

Co było potem to już sami dobrze wiemy. W latach 2002-2004 przeżyliśmy wręcz wysyp nowych czasopism fantastycznych, w których teksty polskich pisarzy miały swoje godne miejsce. Jednak tłuste lata jakie miała zwiastować ekranizacja "Wiedźmina" okazały się adekwatne do poziomu tego serialu (bo film to tylko taki Frankenstein zmontowany w celu wybębnienia kasy). Ten cały zamęt przetrwało tylko Science Fiction, wspierane na polu krzewienia polskiej literatury m.in. przez wydawnictwo Fabryka Słów.

A co przyniosły nam ostatnie lata? Przede wszystkim rozliczeniową twórczość nawiązującą do polskich przemian po 1989 roku. Twórczość, która może być solą w oku dla różnych konformistycznych postaw - przyzwyczajonych do oględnego nazywanie problemów jakie na co dzień widać. Taką powieścią jest przede wszystkim "Wrzesień" Tomasza Pacyńskiego - która według Macieja Parowskiego (możemy go uznać za autorytet na scenie fantastycznej) jest tylko opisem żalów młodzieńca żydowskiego pochodzenia.

Według mnie - ale jest to już moja prywatna opinia - cała ta sytuacja w latach 1989 - 2001 (jeśli możemy zaznaczyć ten okres jako najgorszy dla polskiej literatury fantastycznej) to właśnie efekt działań takich panów jak Maciej Parowski, którzy zachłyśnięci wolnością nie zauważyli jej wad oraz ograniczeń.

We "Wrześniu" Pacyńskiego, wojna atomowa to tylko pretekst do rozważań nad przyczynami, które są przyczyną procesów gnilnych naszego społeczeństwa - zahamowanych m.in. przez integracje europejską. Tą tematykę - już bez żadnych zahamowań - rozwinął Jacek Piekara w powieści "Przenajświętsza Rzeczpospolita". Tu już nie ma metafor i owijania w bawełnę - celowe przerywanie pewnych sytuacji, ma pokazać czytelnikowi, że nie mieszka w Polsce - kraju pełnych pnących się w górę wieżowców i nowych samochodów - ale w kraju, gdzie nadal płonęły by "nienawistne stosy" (sic!!!), gdyby tylko polskie demony zostały spuszczone ze smyczy.

Lżej do sprawy podszedł - teraz już nie niejaki - ale sam - Robert J. Szmidt w powieści "Apokalipsa według Pana Jana". Nie skupił się on na mechanizmach społecznych, a wziął na "tapetę" naszych polityków, biorąc to co jest w nich najgorsze w postaci tytułowego Pana Jana.

-----

Czy mogę coś tu jeszcze napisać? A owszem - parę żali i pretensji dałoby się tu jeszcze wyłuszczyć, ale nie zmieni to zbytnio mojej oceny sytuacji. A ta jest - jeśli chodzi o literaturę bardzo dobra. Czasem aż za - bo mamy nadmiar wielu dobrych powieści i opowiadań. Jednak tu nadmiar nam nie zaszkodzi ;-)

Zaś co do filmów, to jeśli miałby by to być takie "wiedźminy" to lepiej oddajmy tą działkę do obróbki specom zza oceanu. Hollywoodzkie dzieła - mimo wielu wad - nadal ujmują swoim uniwersalizmem i podskórnym przekazem - jakich nawet ta wielka produkcja nie tłumi. I dobrze.

© 2008 Squonk