< Fallout 4
Fallout 4 - recenzja #2
Fallout 4

Raz na jakiś czas pojawia się Gra - przez duże G. Taka, przez którą Cthulhu wierci się niespokojnie w swoim R'lyeh, gwiazdy osiągają odpowiedni układ, ludzie wariują a Internet robi się jakby bardziej monotematyczny. Ostatnim razem taka sytuacja miała miejsce cztery lata temu, przy okazji premiery Skyrim, i w sumie to utrzymywała się mniej lub bardziej aż dotychczas. A od premiery Fallouta 4 - rany, Internet implodował fanartami, memami, screenami oraz komiksami dotyczącymi kolejnej odsłony postapokaliptycznej serii. Pytanie brzmi tylko - czy w pełni zasłużenie? Czy mamy tutaj do czynienia z fenomenem pokrewnym ostatniemu The Elder Scrolls? Czy może tym razem coś po drodze nie wyszło, a piorun drugi raz w to samo miejsce nie uderzył? Odpowiedzi na te i inne pytania znajdziecie poniżej, prosto z Bostonu roku 2287.

Ad Victoriam

Przyznam otwarcie, że nigdy nie byłem szczególnym miłośnikiem Falloutów jako cRPG. Oczywiście, ceniłem je wysoko, zwłaszcza odsłonę opatrzoną numerkiem 2 - jednak pomimo to zawsze preferowałem gry fabularne takie jak Baldur's Gate czy Planescape: Torment. Potem nadeszły czasy Fallout 3 - który potwornie mnie odrzucił swoją szarością, monotonią i brakiem jakiegokolwiek ciekawego motywu. Sądziłem, że tak oto moja historia z serią się skończy, jednak następnie pojawił się New Vegas - który był dla mnie świetny. Rozbudowany, zróżnicowany, ciekawy i przyjemny w odbiorze, nawet pomimo faktu że klimat sudo-westernu niespecjalnie mi się podobał. Jednak prawdziwą immersję ze światem gry osiągnąłem dopiero teraz, przy okazji Fallout 4. Nareszcie mamy region, który nie kręci się wokół jednego koloru, jednej scenografii, oraz jednego klimatu. Mamy lasy w stylu Stalkera, mamy ulice starego Bostonu, zalatujące lekko zniszczoną Moskwą z Metro 2033, oraz mamy też całą gamę miejsc bardzo typowych dla Fallouta - pustkowia, zniszczone fabryki, opuszczone domy i sklepy.

Szkoda tylko, że w tak fajnie wykreowanym świecie ma miejsce tak bardzo niestabilna i momentami męcząca historia. Wątek główny nigdy nie był szczególnie mocną stroną gier Bethesdy - niezależnie czy mówimy o Oblivionie, Skyrim, czy Fallout 3 - jednak sądzę, że dopiero teraz historia kompletnie klapnęła o dno. Owszem, wszystko rozpoczyna się znośnie, oraz wprowadza do uniwersum bardzo wiele ciekawych, dość odważnych elementów, jednak druga połowa oraz zakończenie sprawiają wrażenie napisanych na siłę i przeciągniętych kilkukrotnie, żeby główna oś fabuły wyglądała okazale w świetle całej zabawy. Na całe szczęście, podobnie zresztą jak w poprzednich grach od Beth - wątki poboczne w pełni wynagradzają braki wątku głównego, oraz skutecznie zachęcają do zwiedzania świata. Szkoda tylko, że cała produkcja cierpi na jeden zasadniczy problem.

...ale fajny FPS z tego Fallouta

Wiecie, jak najprościej podsumować mi Fallout 4? Destiny spotyka Far Cry, a gdzieś tam w tle stoi Fallout. Bardzo ciężko, oraz w bardzo dużym cudzysłowu nazywam tą grę RPGiem. To jest shooter. Owszem, posiada rozwój postaci, zarządzanie ekwipunkiem, dialogi (o których więcej za chwilę), jednak nie zmienia to faktu że jest to gra, która nie ma nic wspólnego z tradycją Fallouta. Popatrzcie sami, jak ta odsłona wygląda płasko w porównaniu do Fallouta 2. "Dwójka" kręciła się wokół rozbudowanych opcji dialogowych, kreatywnego myślenia, umiejętnego podejścia do konfliktów - ba, mówimy tutaj o grze którą można było pokonać bez zabicia jednej postaci. A Fallout 4? W tej części każda jedna misja, niezależnie czy główna czy poboczna, na 95% będzie oscylować wokół zdobycia przedmiotu z rąk bandytów, oczyszczenia budynku z supermutantów, czy też znalezienia jednego NPC oraz zamordowania go. Cała gra - widać to gołym okiem - zbudowana jest w taki sposób, żeby to była mentalność zabawy bliższa strzelaninie niż jakiemukolwiek prawdziwemu RPG.

Wcześniej wspomniałem o opcjach dialogowych - nowoczesne, "quasi-Mass-Effectowe" rozwiązanie zostało po prostu tragicznie wprowadzone do gry. Opcje wypowiedzi są niejasne, zaproponowane wyjścia często mylące, a co najgorsze - nie mają absolutnie żadnego znaczenia dla fabuły. Zawsze mamy cztery wyjścia: Tak, Nie, Cynizm albo dopytanie o szczegóły. Poprzez wykorzystanie Perswazji, które teraz jest losowe sprawdzałem możemy stanąć przed postacią NPC, posiadając podstawowe zdolności charyzmatyczne, oraz męczyć ją "specjalną" odpowiedzią dopóki łaskawie się na nią nie zgodzi. Koszmarnie wpływa to na proces samego grania czy przebywania z postaciami, oraz jeszcze bardziej rozluźnia to, z czym dotychczas kojarzyliśmy markę Fallout. A wiecie, co jest najgorsze? Że pomimo to - sam gameplay jest napawdę dobry, jeżeli nie lepszy niż kiedykolwiek!

Ale fajny FPS z tego Fallouta!

I tak oto Fallout z perspektywy FPP po raz pierwszy w historii nie jest sztywny, nie jest niewygodny ani kiepski w obsłudze. Wreszcie mam do czynienia z grą, w której sterowanie oraz podróż po pustkowiach nie są tylko komfortowe - tylko po prostu przyjemne i zręcznie wprowadzone do produkcji. Walka stanowi połączenie niektórych elementów Skyrim - kiedy mówimy o walce wręcz - wraz z technikaliami FPSów pokroju Battlefield, Halo czy ostatni BioShock. Starcia są o wiele szybsze oraz posiadają w sobie większą dawkę dynamiki - chowamy się za ścianami czy wrakami, ostrzeliwując oponentów, rzucamy granatami, teraz przypisanymi pod hotkey, błyskawicznie zmieniamy ulubione bronie w locie, a w przypadku wroga podchodzącego na bliski kontakt - możemy go poczęstować ciosem kolbą. Bardzo porządny retusz przeżył także system V.A.T.S, który teraz nie zatrzymuje czasu - jedynie go spowalnia - oraz ładuje w miarę strzelania pasek ciosu krytycznego, z którego możemy skorzystać w dogodnej dla nas sytuacji. Jednak bez wątpienia moim ulubionym elementem rozgrywki, oraz głównym powodem dla którego przeczesuję każdy zakamarek świata gry - jest system ulepszenia broni i pancerzy. Został on stworzony tak ciekawie, tak zręcznie i logicznie, że możemy ze stanowiska rusznikarskiego wyciągnąć dowolną broń jaką sobie zamarzymy - w granicach rozsądku oczywiście. Przerobić laserowy karabin na laserową strzelbę? Nie ma problemu. Zrobić sobie ściętą dwururkę a'la Mad Max? Sam taką wykonałem. Zmodyfikować stary, wolny karabin w doskonałą snajperkę? Proszę bardzo. To jest tylko wierzchołek góry możliwości, jaka stoi przed graczem. Jeżeli mamy odpowiednią ilość części i śmieci, potrzebnych do przeróbek, to możemy do woli bawić się i spędzić całe godziny w ekranie modyfikacji broni, eksperymentując nad każdą spluwą, którą znajdziemy w świecie gry.

Nieco gorzej natomiast jest z elementem reklamowanym już od E3 - czyli budowaniem oraz zarządzaniem osadami, czy stacjami, które przyłączymy do naszej sprawy. Problem leży w tym, że ten element jest kompletnie niepotrzebny, stanowi zawartość kompletnie niepotrzebną graczom, oraz stanowiącą zmarnowany czas z perspektywy twórców. To jest tak, jak z minigierkami w każdej grze AAA - wprowadzenie, tutorial, chwila zabawy, a potem porzucenie na zawsze. Sprawa jest tym gorsza, że budowanie nie zostało nawet wprowadzone dobrze, w związku z czym cały proces - szczególnie rozbudowanie istniejących już budynków - to prawdziwa, przeklęta katorga która zniechęca do zabawy tym elementem. Moja historia z osadami zakończyła się tak, że umiarkowanie oczyściłem swoją stację benzynową Red Rocket, a potem o całej sprawie zapomniałem na kilkadziesiąt godzin, preferując dłubanie nad karabinami w warsztacie albo wykonywanie misji dla Bractwa Stali. Nie, dziękuję - kiedy chcę budować domki, to uruchamiam Minecrafta albo Terrarię.

Tak bardzo retro, że aż grafice się oberwało

Mówiąc bezlitośnie, krótko, i na temat - Fallout 4 jest grą brzydką jak wszyscy diabli oraz bez cienia usprawiedliwionej optymalizacji. Na screenshotach może wygląda w miarę okej, jednak podczas zabawy, kiedy puszczamy tą produkcję w ruch - naprawdę, mówiąc szczerze to Skyrim sprzed 4 lat był o wiele lepszy. Modele wyglądają do zniesienia - z małymi wyjątkami - jednak ich animacja to olbrzymi problem. Załóżcie pierwszy raz Pancerz Wspomagany oraz przejdźcie kilka kroków - bohater chodzi w nim jak niezgrabna kaczka z blaszaną beczką między nogami. Świat natomiast posiada tekstury zaskakująco niskiej jakości, rozmazane i nieprzyjemne, a efekty mgły wyglądają po prostu potwornie. W dodatku wymagania sprzętowe produkcji są nijak nieadekwatne do wyglądu gry, oraz potrafią się przyciąć nawet na rozsądnych maszynach. Sam ekran opcji graficznych jest natomiast potężnie wybrakowany - nie mamy na przykład możliwości wyłączenia Synchronizacji Pionowej z poziomu innego niż plik konfiguracyjny, podobnie zresztą jest z efektami oświetlenia. Wstyd, wstyd, i jeszcze raz wstyd, Bethesdo. Dobrze, że przynajmniej mimika i wygląd twarzy postaci są ładne - chyba pierwsza gra studia, o której mogę to powiedzieć z czystym sumieniem. W dodatku ekran tworzenia postaci jest doskonały, oraz pozwala na bardzo rozsądną gamę modyfikacji twarzy i postury - sami na pewno widzieliście efekty pracy tych co bardziej utalentowanych graczy. Na podobną pochwałę zasługuje oprawa dźwiękowa, dalece lepsza niż w poprzednich odsłonach Fallout, oraz muzyka. Aczkolwiek mam lekkie pretensje do radia - które stanowi dobór dokładnie tych samych kawałków co w dwóch poprzednich odsłonach. Byłoby miło posłuchać czegoś innego.

Come Fly With Me

Bardzo chciałbym móc zmieszać Fallouta z błotem, podsumować go jako zidiocenie serii oraz coś wprost przeciwnego do "Next-Gen" którym to ta odsłona jest reklamowana nawet na pudełkach. Problem leży w tym, że mimo to - pomimo ograniczeń, otępienia, systemu dialogów i ogólnej brzydoty - to jest po prostu świetna zabawa. Znakomity, zróżnicowany sandbox, mięsista i satysfakcjonująca walka, absolutnie genialny crafting, a także cała masa wątków pobocznych, które są równie dobre jak w każdej poprzedniej odsłonie The Elder Scrolls czy Fallout. Wszystko to skutkuje grą, w której potrafię siedzieć godzinami - podobnie jak kiedyś w Skyrim - i chłonąć atmosferę, dłubać w warsztacie, i ogólnie mówiąc znakomicie się bawić. Nie jest to gra, która ma jakikolwiek start do Wiedźmina 3 - bynajmniej, jest gorsza o parę dobrych klas. Jeżeli też chodzi o tytuł w klimatach postapokalipsy, to moim zdaniem w tym roku o wiele lepszy był Mad Max - szybszy, ciekawszy i bardziej satysfakcjonujący na dłuższą metę. Jednak mimo wszystko - to jest naprawdę dobry tytuł. Z pewnością wart wydanych pieniędzy, oraz gwarantujący dziesiątki, potencjalnie nawet setki godzin zabawy. Gdyby to nie była kolejna numerowana część serii, to byłbym dla niej o wiele łaskawszy, potraktował jako taki "Call of Fallout". Jednak przykro mówić, ale mimo to F4 pod wieloma względami stanowi dla tej serii krok w tył - nie zaś naprzód.

Moja ocena: 7/10

Plusy
- genialny crafting,
- świetne wątki poboczne,
- satysfakcjonująca, szybka walka,
- zróżnicowany i ciekawy świat,
- ulepszenie systemu V.A.T.S,
- przyjemna, rozbudowana zabawa,
- wciągająca jak diabli.

Minusy:
- brzydka grafika, marnie zoptymalizowana,
- bardzo niski poziom questów,
- pozbawienie gry większości cech cRPG,
- tragiczny system dialogów.




Tweet

© 2015 Zrecenzował Konrad 'Veskern' Ochniowski

< Fallout 4