< Fallout 4
Fallout 4 - recenzja #1
Fallout 4

Postapokaliptyczny symulator śmieciarza i łażenia w kółko.

Jak każdy Fallout, tak i czwarta część zaczyna się od znanych wszystkim słów "War, war never changes". Niestety tym razem, co jest nie do pomyślenia, tych słów nie wypowiada Ron Perlman. Ani na początku, ani w żadnym z zakończeń. Symbolicznie obrazuje to, jak już niewiele wspólnego z oryginalnymi Falloutami ma najnowsze dzieło Bethesdy. Można go chyba usłyszeć w TV na początku, ale nie jestem pewien czy tak jest naprawdę, czy ja tak bardzo chciałem w to wierzyć.

"Czwórka" zaczyna się wręcz idyllicznie. O to znajdujemy się w łazience ze swoją żoną (albo mężem - zależy kim chcemy grać), gdzie kreujemy wygląd naszego protagonisty. Po skończeniu procesu tworzenia, przyjdzie nam przez krótką chwilę zaznać życia typowego amerykańskiego obywatela. Do momentu aż nie usłyszymy bardzo znanego fanom postapo dźwięku syren. W tym momencie zaczyna się paniczna ucieczka do najbliższej krypty Vault-Tec, do której zapisaliśmy się zaledwie parę minut przed atakiem nuklearnym. Na miejscu, zamiast wygód nowoczesnego schronu, czeka nas komora kriogeniczna. I w ten oto sposób naszemu podopiecznemu udaje się przeżyć aż do czasów długo po wojnie... Ale więcej nie napiszę, bo mimo iż większość z Was pewnie już dawno skończyła ten tytuł, to część jeszcze nie zaczęła grać. Wystarczy że później, chcąc nie chcąc jeszcze kilka spoilerów będę musiał wyjawić.

Fabularnie jest na pewno lepiej niż w "trójce", jednak nie oznacza to wcale że gra chociaż odrobinę zbliżyła się poziomem do New Vegas. Nie mówiąc już nawet o dwóch pierwszych Falloutach. Ogromna większość questów polega na zabijaniu lub na przynoszeniu jakichś śmieci, lub też na zabijaniu i przynoszeniu śmieci. Questy gdzie trzeba zrobić coś innego, można policzyć na palcach jednej ręki, a i one polegają najwyżej na zbudowaniu czegoś. Nie spodziewajcie się na tym polu niczego odkrywczego ani wstrząsającego. Ta gra ogólnie bowiem nie miała chyba na celu wstrząśniecia graczem. Nie porusza ona żadnych ważnych tematów. Nie ma w niej problemu narkomaństwa czy prostytucji (żadnej "pani z kasą wiadomo gdzie" jeszcze nie spotkałem, dajcie znać czy Wam się powiodło). W Falloucie 4 nie spotkamy żadnych ukrzyżowanych ludzi, nie ma też zorganizowanych grup łowców niewolników. Wątek androidów (których ze względu na poziom technologii w świecie Fallouta teoretycznie być nie powinno) niby miał na celu zadanie ważnych pytań. Ale przez dialogi (o nich za chwilę), i ich jakość, w zasadzie cały potencjał gry uleciał tak szybko jak się pojawił.

Główny wątek Fallouta 4 to w zasadzie odwrócenie tego co było w trzeciej odsłonie. Tym razem to gracz, jako tatuś (lub mamusia) szuka swojego syna. Kiedy go w końcu odnajduje, przyznam że można być odrobinę zaskoczonym. Jednak przez nieszczęsne dialogi ma się wrażenie, że protagonista przyjmuje to na zasadzie "ok spoko". Zresztą NPCe też długo się nad niczym nigdy nie zastanawiają. Nawet rozstrzelanie połowy osadników nie przeszkodzi Ci w rozwijaniu danej wioski, czy rozmawianiu i wydawaniu poleceń ocalałym, bo nadal będą się cieszyć na Twój widok i z uśmiechem zgodzą się na handel.

Warto też wspomnieć o Bractwie Stali, bo oczywiście nie mogło ich zabraknąć (stety czy niestety, na szczęście nie odgrzano znowu kotleta zwanego Enklawą). Muszę przyznać że w Falloucie 4 zdecydowanie lepiej się prezentują, niż świętoszkowate praworządne dobre leszcze z "trójki". Tym razem znowu szukanie technologii wyszło na pierwszy plan, a ich działania nie są jednoznacznie dobre. Za sterami tej organizacji stoi osoba z linii Maxsonów, która ma prostą politykę nie patyczkowania się z wrogami Bractwa. Jest to moim zdaniem całkiem pokaźny plus. Lekko spoilerując, powiem że można walczyć przeciwko nim, co jest kolejnym plusem. To chyba jedna z nielicznych rzeczy, które Bethesda wzięła z Fallouta Nev Vegas. W grze są frakcje, z którymi można stanąć do walki przeciwko innym. Nie są tak ciekawe i rozbudowane jak w Vegasie (z czego dwie są tak byle jakie, że aż wstyd się w nich udzielać), ale zawsze to... kolejny plus.

Zatem fabularnie nie jest tak źle, ale dalej czuć że jest to gra Bethesdy, co niestety będzie traktowane jako minus...

Wspominałem wcześniej o dialogach, co jest zdecydowanie najbardziej skopaną rzeczą w nowym Falloucie. Zastosowano system znany z ostatniego (wydanego) Deus Exa, ale w wydaniu bethesdowskim. Czytaj debilnym. W zasadzie mimo możliwości wyboru z czterech różnych opcji, na ogół trzy z nich prowadzą do takie samego wyniku. Wygląda to tak, że jedna opcja pozwala nam odmówić, druga zgodzić, trzecia zgodzić za większą kasę, a czwarta daje możliwość rzucenia jakiegoś sarkastycznego tekstu i również się zgodzić. Do tego same dialogi są napisane jakby 5 minut przed premierą. Szablonowo, przewidywalnie i momentami tak bez sensu, że nie raz, nie dwa łapałem się za głowę. Ekspresja postaci też dodaje swoje, bo jest niemiłosiernie kwadratowa. Jest lepiej niż w "trójce" (bo gorzej niż tam już się po prostu nie da), ale i tak widać że chłopaki z biura developerskiego niespecjalnie się z tym aspektem szczypali. Śmiesznie się robi jak jakiś NPC zarzeka się, że czegoś nie zrobi, a po jednej opcji dialogowej gdzie nasza heroina rzuca jakimś pompatycznym, pełnym nadziei tekstem (zawartym w jednym zdaniu i 5 słowach) rozmówca się kruszy i bez oporów rusza do pracy. Żadnych gróźb, żadnych speech cheeków (chociaż takowe są, jednak pochodzą one już z charyzmy, a nie ze skilli), po prostu nic. Drewno jest tak suche, że zaraz chyba się zapali. Serio, te dialogi to dramat. Nie chcę wiedzieć jak to będzie wyglądać w piątej części, ale jeżeli Bethesda dalej będzie szła tym torem, to nie zdziwię się jak zrezygnują z nich całkowicie. Jak teraz ze skilli i traitów!

Tak, nie przeczytaliście się. Skille i traity poszły w zapomnienie. Jedyne co się ostało to perki. Bohater od początku dzierży każdą broń idealnie, bo niby miał szkolenie wojskowe. Ale nie uwierzę że nauczył się obsługiwać perfekcyjnie wszystkie rodzaje broni. I tego tyczy się też cała reszta. Otwieranie zamków i hakowanie (tak jak i wszystko inne) rozwijamy teraz perkami. Debilizm i uproszczenia idą zbyt daleko w tej części, a wystarczyło sprawić aby skill broni poprawiał skupienie celownika, szybkość i sprawność z jaką bohater przeładowuje broń i ją konserwuje. Jedyny plus z tego wszystkiego, to poprawki w strzelaniu. Bethesda poprosiła o pomoc chłopaków z Id Software, i od razu widać efekty. Strzały trafiają tam gdzie powinny, broń ma odrzut i takie tam. Niestety ma to drugie dno, gdyż gra jest jeszcze bardziej nastawiona na strzelanie, a przez to jeszcze mniej ma wspólnego z RPGami które znamy i kochamy.

Mamy jeszcze stary, znany i niekoniecznie kochany system VATS. Ze zmian wprowadzonych do niego należy wspomnieć fakt, że czas już nie zatrzymuje się całkowicie, lecz znacznie spowalnia. Do tego mamy jeszcze ładujący się pasek, który pozwala wybrać nam moment, w którym wykonamy trafienie krytyczne w przeciwnika. Niestety wiele więcej o tym napisać nie mogę, ponieważ poza zaznajomieniem się z tym trybem, tak samo jak w F3 i NV, ani razu go nie używałem.

Wracając do perków, nie ma już takich debilizmów jak okrytą zła sławą "Atomowa anomalia", ale tą zastępują inne pozbawione polotu. Generalnie sytuacja z perkami z jednej strony się poprawiła, z drugiej i tak wykonała kilka kroków wstecz. Do tego wybór przy levelowaniu jest raczej mały, bo część musimy zdobyć przeszukując Pustkowia w celu odnalezienia magazynów, które dają nam dodatkowe perki.

Raj na pustkowiach

Grafika nie powala, w jednych momentach może się naprawdę podobać, w innych natomiast jest wręcz odrażająca. Żeby było gorzej, wszystko jest tak kolorowe i przesłodzone, że mam wrażenie uczestniczenia w disneyowskim parku rozrywki. Wyobraźcie to sobie: idziecie ze swoimi dzieciakami, dostajecie pidżamy Krypty 111 i strzelacie z kapiszonów do gości przebranych w super mutanty. Po czym idziecie na Nuka-Colę i słodką bułkę. Owszem burze radiacyjne mocno poprawiają klimat, a i kilka miejsc jest też niczego sobie jeżeli chodzi o atmosferę, jednak na ogół wyglądają obleśnie pod innymi względami. Takie Morze Blasku może i ma klimat, jednak graficznie prezentuje poziom gier z 2005 roku. Zresztą całość wygląda niewiele lepiej niż Fallout 3 na modach, a czasami chyba mam wrażenie że mu ustępuje. Mimo że grałem na ultra podrasowanych ustawieniach grafiki, to momentami gra straszyła takimi teksturami, którymi pogardziłby wiekowy Half Life 2. Do tego jak zwykle nie doczekaliśmy się oświetlenia dynamicznego. Tzn. czasami przy pracy reflektorów niby jakieś w miarę ciekawe cieniowanie się pojawia, jednak w każdym innym momencie nie dorasta nawet do pięt staruszkowi Doomowi 3. Inne kwestie to widoki, a te też nie powalają. Setki podobnych niecieniowanych drzew mogło robić wrażenie w dniu premiery Fallouta 3, teraz wywołało u mnie tylko uczucie zażenowania. Niektóre obiekty jakie widać w oddali, a które powinny poprawiać swoją jakość w miarę zbliżania się do nich, czasami szwankują i z bliska można zaobserwować wielkie tekstury niskiej rozdzielczości przez które można przechodzić.

Swoją drogą przykro mi się robi, kiedy muszę porównywać grę z 2015 roku z tytułami sprzed dekady, a ona i tak od nich odstaje. Silnik wyraźnie już nie daje rady. Nasz rodzimy Wiedźmin 3 bezlitośnie zamiata Fallouta 4 pod tym względem już w pierwszej rundzie, przez wyjątkowo brutalny nokaut.

Wstyd panowie z Bethesdy.

Pomijając samą grafikę, świat wygląda nie jak po wielkiej, przerażającej wojnie nuklearnej, lecz jak po zamieszkach kiboli w okresie jakiejś strasznej suszy. Myślę że najbiedniejsze dzielnice Detroit wyglądają gorzej w rzeczywistości, niż to co widzimy w grze. Do tego nie grzeszy on też logiką i spójnością. Niech mi ktoś wytłumaczy jak to możliwe, że w supermarkecie po ponad 200 latach nadal można cokolwiek znaleźć? Kilka ghouli przez tyle lat przeciwstawiałoby się próbom szabrowania jego skarbów? A ta wataha bandytów, która się zadomowiła jakieś 15 metrów obok sklepu, gdzie przynajmniej jeden ma pancerz wspomagany i wyrzutnię Grubas, nie dałaby sobie rady? Czy ich dieta nakazuje im jeść tylko zrabowane jedzenie? No i jakim cudem znalazłem tam zapleśniałe jedzenie na półkach? Przecież rozsypało by się w pył już po roku, dwóch od wojny. Albo wieżyczki strażnicze gdzieś na zadupiu, które potrafią się po kilku dniach zrespawnować. Czy ktoś je naprawia? Ale po co, skoro jedyne czego bronią to jakiś stary bunkier w którym nic nie ma? A drewniane chaty, które powinny spłonąć w dniu odpalenia atomówek, albo zawalić się po kilku latach. Czyżby konserwator budynków nadal działał? I dlaczego wszędzie wala się tyle benzyny i plastiku? Przecież przez brak tego pierwszego wybuchła wojna, a do produkcji drugiego potrzeba ropy. I nagle teraz jest tego od groma. Tyle pytań, ja nie mam odpowiedzi na żadne z nich, a kontynuować tą wyliczankę mogę praktycznie w nieskończoność...

Czas powiedzieć coś o dźwiękach i muzyce. Te pierwsze są dobre, większość spluw brzmi odpowiednio, tak samo dźwięki otoczenia. Nie da się tutaj zbyt wiele napisać poza tym, że przynajmniej w tej dziedzinie nie ma kichy.

Gorzej znacznie jest z muzyką. Pomysł autorów aby od trzeciej części zrezygnować z pracy Marka Morgana i diametralnie przerzucić się na orkiestralną muzykę Inona Zura uważam za dramat. Nie zrozumcie mnie źle, technicznie wszystko z jego muzyką pasuje. Niestety ona sama za grosz nie pasuje do Fallouta. Orkiestralne pitu pitu bardziej pasuje do podniosłych Oblivionów czy Skyrimów, niż walki na pustkowiach. A to, plus kolorowa grafika totalnie obdarła tę grę z resztek klimatu. Jestem o tyle wściekły, że już w New Vegas muzyka była bardzo dobra. I nie mówię tu tylko o wykorzystaniu kawałków z F1 i F2, bo nowa też była utrzymana w całkiem dobrym klimacie. Tutaj natomiast mamy oprawę muzyczną do szarżowania na armie orków albo innych smoków. Nazwijcie mnie dziwakiem, ale to jest jedna z tych rzeczy które najbardziej mi popsuły odbiór nowego Fallouta. Rezultat tego był taki, że po kilkunastu godzinach po prostu muzykę wyłączyłem. Radia słuchałem tylko chwilę, kawałki z "trójki" wróciły, są też nowe. Prezenter z radia Diamond City zasługuje na kulę w łeb. Jest ponoć quest na poprawienie u niego charyzmy, ale jak już do niego dotrę, to pierwsze co zrobię to odstrzelę mu głowę. GRRRR!!

Guns, Guns Never Changes

Uff, zajmijmy się czymś przyjemniejszym, bo od tego marudzenia już mnie kolka łapie. Tym przyjemniejszym aspektem gry są zdecydowanie bronie. Jest ich sporo, choć nie tyle co w New Vegas, ale za to każdą można modyfikować na wiele sposobów. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby przerobić strzelbę laserową na snajperkę, shotguna laserowego czy automat. A może chcecie obrzyna z lunetą snajperską? Pomijając bezsens takiego rozwiązania, podoba mi się fakt że nic nie stoi na przeszkodzie, aby zmodzić spluwę w taki sposób na jaki ma się ochotę. Broń można też nazywać po swojemu, co jest miłym dodatkiem. Bo w pełni zmodowana broń ma nazwę tak długą i niedorzeczną, że szybko może nam uciec z pola widzenia w nagromadzonych śmieciach.

To samo tyczy się pancerzy, bo do większości (nie licząc ciuszków, fatałaszków i innych sukienek w które lubicie się potajemnie przebierać) można zainstalować dodatki, takie jak ołowiane płyty chroniące przed promieniowaniem lub pojemniejsze kieszenie.

Duży plus!

Osobnym, ważnym, aspektem w Falloucie 4 jest używanie pancerzy wspomaganych. Nie działają one już tak jak w "trójce" i w "vegasie", gdzie wystarczyło nauczyć się ich obsługi i zakładało je się jak każdy inny pancerz. Teraz są one osobnym obiektem, w który trzeba wejść. Pancerz w "czwórce" składa się ze "szkieletu" który można używać zaraz po włożeniu baterii fuzyjnej. Dopiero na niego zakłada się osobne podzespoły jak ręce, korpus, hełm, etc. Każdy element można modyfikować oraz malować. Do tego zbroje można mieszać, i dać ręce z pancerza T45, hełm z pancerza bandytów, itd. Ten aspekt mi się spodobał, natomiast już zdecydowanie mniej to, że w przeciągu pół godziny od wyjścia z Krypty dostajemy pierwszą zbroję wraz z działkiem obrotowym, mając za zadanie wybicie bandytów i zklikwidowanie szpona śmierci. Zdecydowanie za szybko, ale i to pokazuje kierunek w jakim gra idzie.

Fallout Shelter 2

Chyba najwcześniej ogłaszaną funkcją w nowym Falloucie były osady i możliwość ich rozwijania. Jest to bardzo ciekawy pomysł, wykonanie też nie jest złe, chociaż sporo rzeczy należałoby poprawić. Przede wszystkim już w pierwszej lokacji o nazwie Sanktuarium boli brak możliwości ingerencji w istniejące domy. Można w nich postawić łożko, skrzynkę, kibel (nie no, kibla nie można, tylko żartuje) czy zainstalować nowe oświetlenie, ale boli niemożność jakiejkolwiek przebudowy. Do tego po usunięciu ruin, fundamenty nie są zbyt symetryczne więc nie postawimy na nich dokładnie takich samych rozmiarów konstrukcji. Ściany, dachy itp. mają ścisłe rozmiary i czasami trudno jest wszystko dopasować tak, by spełniało to nasze oczekiwania. Do tego wszystko co stawiamy to absolutna prowizorka. Ja wiem że to postapokalipsa, ale żeby stawiać dziurawe dachy to już lekka siara. Niektóre osady są takich rozmiarów, że ciężko tam cokolwiek postawić, stąd kilka moich melin tętni życiem, inne są pozostawione niechciane i nie zanosi się na to abym cokolwiek z nimi zrobił.

Inna sprawa, że rozwój osady (ale i crafting) wymaga niespożytych ilości surowców. Prowadzi to do konieczności zbierania dosłownie każdego śmiecia jaki spotkamy. Czajniki, wiatraki, puste butelki, zabawki, dosłownie każdy śmieć ma teraz zastosowanie. Te podstawowe jak drewno i stal na ogół łatwo jest "wyciągnąć" z drzew i złomu walającego się w osadzie, ale te rzadziej spotykane znajdują się głównie na pustkowiach. Niby jest to plus, bo nie ma przedmiotów nieprzydatnych, jednak wbijając do jakiś starych baz, nieraz łapałem się na tym że bardziej interesuje mnie zdobycie 5 telefonów i kleju (który jest niezbędny praktycznie do wszystkiego, a jest w cholerę rzadki) niż jakiejś nowej super giwery, albo kilku stimpaków. Kończyło się to tak, że miałem dylemat - wywalić dwa karabiny czy 10 wiatraków. Zrobił się przez to lekki symulator złomiarza/śmieciarza, ale na całe szczęście ta zabawa w osadę nie jest niezbędna. Tak więc jak ktoś ma awersję do zbierania szajsu, to nie będzie musiał się tym męczyć (no może poza kilkoma misjami fabularnymi gdzie trzeba coś zbudować).

A Tragedy has Befallen all Mankind*

Jeżeli tak samo jak bohater czwartego Fallouta przespałeś nieokreśloną ilość czasu w komorze kriogenicznej, i ostatnią grą postapo w jaką grałeś był Fallout 2 to mam dla Ciebie następujące rozwiązania. Jak masz ochotę na bieganie sobie po pustkowiach to zainstaluj sobie Stalkera. Tutaj klimat zrywa papę z dachu. Jest mrocznie, brudno i brzydko czyli tak jak powinno wyglądać postapo. Jeżeli zbyt otwarte światy Cię męczą, a i nie chcesz motywów z RPG to jest Metro 2033 i Last Light, w wersji Redux. Graficznie to chyba nawet do tej pory jedne z najładniejszych gier jakie wyszły. Z kolei jeżeli to już koniecznie musi być Fallout, a konwencja Ci nie przeszkadza, to dostępny jest rewelacyjny New Vegas. Jest w nim wszystko to, czego nie ma w Falloutach 3 i 4.

Jednak jeżeli wpadnie Ci w ręcę "trójka" i Ci się ona spodoba... To nie widzę powodów abyś nie zagrał w czwartą część. Mimo mojego psioczenia na nią, jest to nadal grywalny tytuł, i naprawdę potrafi wciągnąć, choć koło 1/2/NV to nawet niestety nie stał. Pal licho już nawet porównania do pierwszych dwóch części. Na ich powrót nie ma co liczyć, więc po co się zamartwiać. Ale wybaczyć się nie da, że świetny i nie taki stary New Vegas, który miał masę dobrych rozwiązań oraz fabułę, niczego Bethesdy nie nauczył. Szkoda, że ludzie ślepo podążają za hypem i kupują wszystko od Beth jak leci. Przez co nie ma co liczyć, że firma zatrudni bardziej uzdolnionych ludzi, bo i po co skoro tak wszystko sprzedaje się na pniu. Do tego dochodzi Todd Howard, uważający się za nie wiadomo kogo, który tak naprawdę od lat serwuje nam te same zabugowane plastikowe gry bez ducha. Widać takich rzeczy potrzebują współcześni gracze.

Cieszę się że do nich nie należę.

Plusy
- crafting,
- budowanie i rozwijanie osad,
- dużo spluw które można modyfikować,
- kilka nawiązań do poprzednich części,
- lepszy system strzelania niż poprzednio,
- mimo wszystkich wad, w sobie tylko znany sposób potrafi wciągnąć.

Minusy:
- fabuła,
- questy,
- dialogi,
- niespójny świat,
- częsty brak logiki,
- drętwe postacie,
- masa uproszczeń,
- gra wymusza zbieractwo każdego możliwego śmiecia,
- grafika,
- pozbyto się "skilli" i "traitów",
- kolorowo jak w Disneylandzie, totalny brak klimatu;
- jeszcze mniej RPG, a więcej typowego shotera,
- muzyka pasująca do zabijania smoków a nie do Fallouta,
- glitche, bugi i crashe,
- większość dobrych pomysłów z New Vegas zostało olanych.

* - testament Mr. Housa z Fallout New Vegas.

W czasie gry korzystałem z programu Fallout 4 Configuration Tool dla lepszego FOV (pola widzenia) oraz FPSów (wyświetlanych klatek na sekundę).

© 2015 Zrecenzował Grzegorz 'Morbid' Markowski

pasek

Cenega Poland

Dziękujemy firmie Cenega Poland za przekazanie nam recenzenckiego egzemplarza gry Fallout 4.

< Fallout 4